Strona główna / Literatura polska / Znieczulenie miejscowe

Aktualności

30.09.2022

Spotkanie z Tanyą Valko i Igorem Kaczmarczykiem w Warszawie

W czwartek 6 października o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Tanyą Valko, autorką książki "Arabskie opowieści. Historie prawdziwe" oraz Igorem Kaczmarczykiem, autorem książki "Islamskie fatum".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nieszczęście w szczęściu Olga Rudnicka
  2. Gra w ludzi Eva Minge
  3. Skradzione lato Grażyna Jeromin-Gałuszka

Znieczulenie miejscowe

Dawid Kornaga

Polska* to kraj ukrytych strachów. Czają się w przeróżnych miejscach i wyskakują znienacka, a potem ludzie gadają, że Matka Boska się im objawiła na korze sosny, co przed domem od dwudziestu dwóch lat rośnie. 

* Jeszcze nie zginęła, ale ciągle – przynajmniej takie sprawia wrażenie – ledwo dycha. Na skutek tego my sami ledwo dychamy. Rześcy cudzoziemcy zaraz po przekroczeniu naszych granic zaczynają odczuwać wyczerpanie, rozglądają się za respiratorem; ktoś daje im setkę, ktoś popitkę, ktoś śledzika; dochodzą do siebie i jakoś przetrzymują pobyt w krainie przedłużających się wydarzeń. Międzynarodowi ekonomiści dziwią się, że u nas wszystko trwa tak długo: zanim cokolwiek wybudujemy, zdąży wymrzeć pokolenie, które to projektowało; jedynie polskie kobiety są zadowolone z niekończących się orgazmów (dlatego coraz więcej Amerykanek i Europejek przyjmuje polskie obywatelstwo). 

Powiedzmy sobie na początku pewną prawdę, i to prawdę niepodważalną, a kto śmie wątpić, ten jest głupi, ma wszy i krzywy kręgosłup: w pełni zasługujemy na parę kuksańców i ukąszeń. Mamy sporo ciemnych sprawek, za dużo złej krwi i tę złą krew trzeba spuścić dowolną metodą.
Jedne strachy zadowalają się cudzą trwogą, drugim to nie starcza, łakną jeszcze ciała. Pięknego ciała. Zorientowani w temacie wiedzą, że Polki to jedne z najśliczniejszych kobiet świata (kto śmie wątpić, ten jest głupi, ma wszy, krzywy kręgosłup i zaraz dostanie w policzek). Niestety, wiele Polek wybiera emigrację; prześladowane są nie tylko przez domowych tyranów – garną się do nich wampiry wszelkiej maści, oprócz Błażeja, lecz to szczegół. Dzięki wyjazdom polska krew miesza się z innymi i nie tyle miesza, ile wzbogaca. Inne narody powinny nam dziękować za ten bezinteresowny gest, oferując w podzięce polskim turystom atrakcyjne rabaty przy rezerwacji biletów lotniczych, hoteli i samochodów.
– A, pan z Polski? – zapyta recepcjonistka w jednogwiazdkowym hotelu na berlińskim Kreuzbergu, spisując dane z twojego dowodu. W okolicy pełno darmozjadów, którzy przypalają fifki na Oranienstrasse. Okolica nocą przyjazna, ale nie dla przyjezdnych. Co robić, to była najtańsza oferta na portalu rezerwacji
turystycznych; my, Polacy, nie wydziwiamy, bierzemy, co dają.
– E…
Nie wiesz, co odpowiedzieć, nie wiesz, wstyd to czy powód do dumy być Polakiem? Przez całe życie mówili ci, że owszem, świetna sprawa. Jesteś bohaterem od urodzenia. Herosem bitew, powstań i czynów wiekopomnych. Wystarczy badawcze pytanie dwudziestojednoletniej siksy, cała patriotyczna kindersztuba podchodzi do gardła.
– Przykro mi, nie mamy dla pana pokoju…
Wspaniale! Gdzie wasza historyczna ekspiacja? Tu kiedyś na zbombardowanym Reichstagu polski sztandar powiewał.
– Jak to nie macie? Jak to nie macie? – Zapominasz angielskiego, wrzeszczysz po naszemu.
– Ponieważ czeka na pana pokój w pięciogwiazdkowym Hiltonie w Mitte, w cenie naszego. Zamówię taksówkę, zawiezie pana na miejsce. Bitte.
O, i tak powinno być, i koniec. Europo, lepiej zacznij dziękować Polsce, bo jak nie, to Polska podziękuje tobie, i wtedy zobaczysz. My, jak się dąsamy, to tak, że z wąsów iskry lecą. Wiecznie nastroszeni. Wiecznie czujni. W Polsce bowiem ciągle zmagamy się z naszymi podstępnymi marami i czarami.
Straszydła polują nawet na polskie zwierzęta. Na wsi znikają kury nioski, w mieście rasowe koty. Żaden troskliwy pan psa przenigdy na dwór nie wypuści bez swojej eskorty (ale psu sąsiada, który wyjechał na parę dni, na pewno pozwoli pohasać). W przeciwnym razie zostaną po piesku nieszczęsnym ogłoszenia na słupach i drzewach, pusta miska i skulona w kącie sztuczna kość ze sklepu zoologicznego Psie Uciechy.
Polskie strachy atakują w najmniej spodziewanych momentach (po prawdzie każdy moment jest najmniej spodziewany), korzystając z naszego samozadowole-nia lub braku ostrożności. My, Polacy, mamy tak, że sami się im dajemy dobrowolnie, pogodzeni, że tak musi być, że beznadzieja, że nic na lepsze nie pójdzie. W Polsce zima trwa przez większą część roku, więc wszelkie stwory, które tu bytują, korzystają z trwa-
jących w nieskończoność ciemności, deszczu, śniegu, lodu i bałwanów.
Polskie przedszkolaki uczą się na pamięć, oprócz kilkunastu obowiązkowych modlitw i wierszyków o rzece Wiśle i trudach bycia Polakiem na ziemi przez historię okrutną doświadczonej, następującego wierszyka:

Hu-hu ha, hu-hu ha
Nasza zima naprawdę
jest zła
Hu-hu ha, hu-hu ha
Nasza zima do lata
się trzyma.

Skandynawski pedagog powie:
– Po co stresujecie biedne dzieci? I bez tego mają u was ciężko, rodząc się na ziemi, gdzie grasuje tyle demonów przeszłości. Wtłaczacie im do głowy utrzymane w defetystycznym tonie teksty! To się nadaje do oskarżenia w Europejskim Trybunale Praw Człowieka. A może zapominacie, że dziecko to taki mały człowiek? Nasza prasa pisała ostatnio, że polskie dzieci muszą od małego zarabiać na swoje utrzymanie, żyjąc z przydrożnej, a więc narażającej na ryzyko wypadku, sprzedaży jagód, grzybów i truskawek. Nie to co nasze, mogące cieszyć się pełnią dziecięctwa jak dzieci z Bullerbyn czy dokazywać beztrosko jak Pippi Langstrump. Dopóki będziecie dręczyć swój narybek duchami i nie szczędzić mu klapsów, dopóty wasze państwo będzie przytułkiem dla dzikości.
Może skandynawski pedagog ma rację, lecz nie zdaje on sobie sprawy, że straszenie dzieci uodparnia je na późniejsze życie w koszmarze.
Straszydła nie oszczędzają ani nas, zwyczajnych
polskich ludzi, czyli skrótowo Polaków (bez skrótu: polskiej odmiany Europejczyków), którzy i bez tego mają ciężko, ani nie oszczędzają tych, którzy – jak uczą w polskich szkołach na lekcjach biologii – są kimś wyjątkowym, bo bardziej ewolucyjnie rozwiniętym podgatunkiem homo sapiens, czyli politykami. Pewnie bez trudu sobie przypomnicie, ilu to na wpół obłąkanych posłów płomienne mowy wygłosiło w parlamencie. Dziennikarze słusznie się oburzali, co za bimbrowników wybraliśmy na swoich przedstawicieli, a to przecież nieprawda. Po pokojach hotelu poselskiego grasują mary i zmory, o których nie śniło się ustawodawcom. Mieszają w poselskich głowach, biedacy wygadują potem takie brednie, że człowiek przestaje wierzyć w sens demokracji. Każdy polski marszałek Sejmu prędzej czy później siwieje ze zgryzoty, słysząc owe przemowy*. 

* Za to lojalne ostrzeżenie obecny marszałek winien w ramach podziękowania dla autora tej kompilacji wpłacić stosowną sumę na konto wydawnictwa lub zakupić czterysta sześćdziesiąt egzemplarzy „Znieczulenia miejscowego” dla swoich podopiecznych w ławach poselskich, żeby biedacy liznęli trochę prozy życia, bo jak powszechnie wiadomo, otrzymanie mandatu wprowadza automatycznie w świat bajek, marzeń sennych i niewytłumaczalnych przywidzeń. 

Sceptycznie nastawieni prawdziwi Europejczycy powiedzą:
– E, żadne strachy, żadne wampiry nie istnieją! Brednie rozsiewacie.
Ale przecież fakty mówią same za siebie.
– E, naciągane. Pasuje tu kiepściutka metafora do waszych kiepściutkich bajeczek. Szukacie tarczy, która ma usprawiedliwić wasz niepokój. Wyżywacie się na niej, strzelając pociskami z ładunkiem oszczerstwa. Szukacie pretekstu do krytyki waszego kraju. Sprawa jest prosta, te opowieści to fantazje. Świat jaki jest, każdy widzi.
Do czasu pierwszego ukąszenia.