Strona główna / Literatura polska / Zmarzlina

Aktualności

18.05.2022

Spotkanie online z Pauliną Młynarską

W piątek 3 czerwca o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Okrutna jak Polka".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.05.2022

Rozmowa z Tanyą Valko

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Tanyą Valko, autorką książki "Arabska zdrajczyni".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska zdrajczyni Tanya Valko
  2. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka
  3. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński

Zmarzlina

Tomasz Białkowski

1. 

W nocy padał mokry śnieg i rano mocno się namęczyłem z wózkiem. Był to dobry amerykański wózek inwalidzki firmy Colours, który kupiłem kilka dni temu. Ślizgaliśmy się po całej szerokości chodnika i nic nie pomagały tylne szprychowane, pneumatyczne dwudziestoczterocalowe koła. Wózek zapadał się w brei, uciekał do krawężnika, a przy przystanku na Kołobrzeskiej uderzył w plastikową siatkę kobiety wybierającej z kosza pogniecione puszki. Bezdomna przerwała poszukiwania, popatrzyła na wózek z autentycznym zainteresowaniem, by wreszcie wyseplenić:
– Ty dlaniu.
Dalej było jeszcze gorzej, bo zbliżaliśmy się do dworca, a przez to ruch był coraz większy. Niezdarnie wymijałem zaspanych ludzi idących na ranną zmianę do fabryki opon. Spod brei wyłaził mokry piach z wodą i aluminiowe cacko stawało w błocie. Na pocieszenie, wraz ze wschodzącym słońcem, wracał mróz. Przy hotelu Kormoran poprawiłem na palcach skórzane rękawiczki, które przemokły dzień wcześniej i teraz przymarzały do chromowanych ciągów. Ale to nie miało już znaczenia, bo po drugiej stronie ulicy był dworzec autobusowy. Złodzieje z mafii taksówkowej nawet nie zwrócili na wózek uwagi, siedzieli w białym mercedesie, którego wnętrze całkowicie zaparowało od kawy i kwaśnych oddechów. Chyba grali w karty. Przetoczyłem pojazd wzdłuż kolumny samochodów, przy budce z hamburgerami poczułem głód. Pierwszy raz od trzech dni zachciało mi się jeść. Potem, pomyślałem. Wszystko zrobisz potem. Wózek ustawiłem przy drugim z filarów podtrzymujących wiatę przed dworcem. Spojrzałem na umieszczony na dachu zegar, który co jakiś czas wskazywał temperaturę. Minus pięć, zapamiętałem. Odchyliłem w wózku podnóżki, wyregulowałem ich wysokość, poprawiłem podparcie na podudzie. A potem zdjąłem z dłoni sztywne rękawiczki i położyłem je na kolanach matki. Odszedłem w kierunku wiaduktu. Nie oglądałem się za siebie.
W delikatesach kupiłem pęto dobrej, suszonej kiełbasy i butelkę bolsa. Dziewczyna zza lady odliczyła pieniądze i nakazała swojej koleżance ściszyć radio.
– Ani to piosenka, ani melodia. Takie nie wiadomo co! – rzuciła z niesmakiem w moją stronę. W radiu puszczali Roda Stewarta.
Wróciłem do mieszkania. Na podłodze rozłożyłem gazetę, do kiełbasy przyniosłem z kuchni chleb, a do wódki słoik ogórków, no i oczywiście paczkę niebieskich elemów. Odruchowo przejrzałem informacje z kraju. Piłem i jadłem, równocześnie przeglądałem poplamioną gazetę. Od dwóch dni tematem głównym była zima, a wraz z nią korki i zaspy. Pojawiły się pługi drapiące asfalt. Na Pomorzu wiatr wtłoczył morską wodę do rzek, pozalewało drogi. Obliczono, że w wypadkach zginęło dwanaście osób, a blisko dwieście zostało rannych. W Gdańsku toczyła się rozprawa przeciwko wyrostkom, którzy zaszczuli koleżankę z klasy, załamana popełniła samobójstwo. Większość uczestników sondy obstawiała uniewinnienie dręczycieli. Na ich korzyść przemawiały niewinne twarze. Na kolejnej stronie zamieszczono informację o broni atomowej, którą kiedyś podarowali nam Rosjanie, ale gdzieś przepadła. Poszukiwano też oszustów sprzedających podrobione dyplomy. Dłużej zatrzymałem się przy repertuarze kinowym. Reklamowano „Życie na podsłuchu” niemieckiego reżysera młodego pokolenia. Film opowiadał historię kapitana tajnej niemieckiej policji, który się nawróciło. To mogłoby być ciekawe chociaż jest nieprawdziwe, pomyślałem. Kiedy skończyłem kiełbasę, zadzwoniłem do faceta od nieruchomości. Powiedziałem, żeby przyszedł wieczorem, kiedy wytrzeźwieję.
– To znaczy, że mama wyjechała? Tak jak pan mówił?
– Tak, właśnie ją odprowadziłem na dworzec – wyznałem szczerze. – Proszę przyjść, dopełnimy formalności.
Potem to do mnie zadzwonił telefon. Annie nie musiałem nic mówić.
– Jesteś pijany – powiedziała.
– Być może, ale to nie zmienia faktu, że ona już tego nie zobaczy.
– Powiedz, czy ty to zrobiłeś?
– Tak, właśnie oswajam się z tą myślą.
– Boże, to co teraz będzie?!
– Z tobą czy ze mną?
– Z nami!
– Nas już dawno nie ma. No więc... ciebie zapewne przesłucha policja, ale przyjmij to ze spokojem, masz przecież wprawę.
– Przestań! Błagam cię, przestań! Ja tego nie zrobiłam!
Odłożyłem słuchawkę.
Pomyślałem o matce, która wolno zamarzała przy siódmym stanowisku. Wieje wiatr, a powietrze jest mroźne. Matka oczy ma nieobecne, martwe, jak zawsze. Ponura, z wykrzywioną, jakby zdziwioną, prawą stroną twarzy, obserwuje ruch na placu. Jej mokre włosy obłażą szronem, a nos, uszy, dłonie i stopy lodowacieją, na policzkach rosną pęcherze, sinoczerwone plamy pokrywają całą twarz, krew w naczyniach krwionośnych stygnie. Widzą to przypadkowi pasażerowie. Próbują ją rozgrzewać, jakaś paniusia wydobywa z torebki krem przeciwzmarszczkowy, naciera matce twarz, co jest zaprzeczeniem postępowania w takich wypadkach, jakiś podchmielony idiota wlewa w jej usta wódkę, robią wszystko, by ją dobić. Potem wciągają do hali dworcowej, panienka z piekarni biegnie z gorącą herbatą. Wszyscy skutecznie pracują na jej koniec. A kiedy ból ustępuje i skóra na twarzy robi się blada, jest już po wszystkim. Serce przestaje pulsować. Pojawia się pogotowie, by stwierdzić zgon kobiety o nieznanej tożsamości, w przybliżeniu sześćdziesięcioletniej, wnioskując z aparatu umieszczonego w uchu – z uszkodzonym słuchem.
Telefon zadzwonił ponownie.
– Za pół godziny będę pijany – wyjaśniłem Annie najbardziej prawdopodobny przebieg wypadków. – Ktoś, kto nie śpi kilka nocy, a jest w półśnie całe dwudziestojednoletnie życie, po wypiciu butelki wódki, nawet tak dobrej jak bols, idzie spać. Kiełbasa tylko rozleniwia. A ponieważ sprzedano wszystko, co tylko było w tym domu do spieniężenia, położę się na gazecie, która służy mi teraz za obrus lub, jak kto woli, informator kulturalny. Bo przecież dzisiaj nie pracuję... No to, jak już się wreszcie wyśpię, przyjdzie tu ten cwany facet z nieruchomości i zabierze mi klucze. Tak to chyba będzie wyglądało. A potem...
– Proszę cię, przestań. Powiedz, co teraz będzie?!
– A potem będą szukać zwyrodnialca, który w piątkowy, styczniowy poranek przyciągnął na wózku inwalidzkim przed dworzec starszą panią i zostawił na mrozie. Jej dane osobowe na razie, nie są znane, ale to przecież tylko kwestia czasu, bo tych dwoje widziało wiele osób, jak sunęli przez najdłuższą ulicę w mieście. Taki marsz trwa dosyć długo. A już na pewno ich spacer zarejestrowały policyjne kamery rozmieszczone na każdym większym skrzyżowaniu – zapaliłem papierosa. – No i ukaże się w jutrzejszej prasie zdjęcie smutnej, zimnej, lodowatej, suchej i pomarszczonej staruchy, a pod fotografią będzie dopisek: „Osoby mogące pomóc w ustaleniu tożsamości denatki są proszone o kontakt z komendą policji. Telefon...”.
– Czy możesz przestać! – Anna krzyknęła w słuchawkę. – Ja się boję, rozumiesz?! Co myśmy zrobili?
– No cóż – zaciągnąłem się ponownie – wszystko wskazuje na to, że zabiłem matkę. Mogłem ją wypchnąć z okna, udusić we śnie, zagazować w łazience. Chociaż nie, gaz mógłby wybuchnąć, a to przecież już nie jest nasze mieszkanie. Gaz więc odpada. Mogłem ją zadźgać nożem, utopić w wannie. No i oczywiście otruć... Ale ponieważ jestem tchórzem, ubrałem ją rankiem w cienką bieliznę, którą wcześniej wychłodziłem na balkonie. Na plecy narzuciłem palto bez podpinki. Jak się domyślasz, nie protestowała. Wsadziłem do wózka i ciągnąłem przez godzinę po Dworcowej. By było jasne, taki wózek źle się prowadzi po błocie i należą mi się słowa uznania. Jeszcze jestem spocony, może nawet się przeziębiłem... A potem ją tam zostawiłem. Oddałem jej również skórzane rękawiczki, jedyny prezent, jaki od niej w życiu dostałem.
– Ty oszalałeś.
– Już jakiś czas temu. Nie ja zresztą jeden. I nie powinno to być dla ciebie żadnym odkryciem. A rękawiczek może faktycznie żal. To były całkiem dobre rękawice, prawie niezniszczone, chociaż nosiłem je, jak wiesz, często.
Odłożyłem słuchawkę, wyciszyłem też całkowicie komórkę, żeby mi nie przeszkadzała. Potem zgasiłem papierosa. Ostatnio dużo paliłem i można powiedzieć, że miałem z tym problem. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że wtłaczam w płuca te wszystkie substancje toksyczne z amoniakiem, formaldehydem i izotopami pierwiastków promieniotwórczych. Mieszam to z rakotwórczym chlorkiem winylu, nitrozaminami i, cholera wie czym tam jeszcze. Na szczęście mieszkanie od jakiegoś czasu stało puste i dym miał gdzie się rozłazić. A potem pomyślałem, że jak na świeżego matkobójcę zachowuję się nad wyraz racjonalnie. Telefon zaczął dzwonić, więc wyrwałem przewód z gniazda. Bo co ja miałem jeszcze do powiedzenia w tej chwili Annie? Ogarniała mnie senność, podczołgałem się do letniego grzejnika, zwinąłem w embrion, zasnąłem. Śniło mi się, że siedzę na podłodze z Humphreyem Bogartem i pijemy razem bolsa. Ja co chwilę częstuję go elemem, a on niezmiennie odmawia i wskazując na dziurę w szyi, mówi:
– To mnie, chłopie, zabiło. To kurewstwo. Na raka krtani. No i przełyku. Czy ty wiesz, że teraz, kiedy palisz, wywalasz na mnie i te ściany cztery tysiące substancji chemicznych? Przez tę oto dziurę w szyi przepływa lotna smoła. – A potem stary aktor rzuca się na mnie, wyrywa papierosa z ust i kończy go żarłocznie. – Podobno skłonność do nałogów jest zapisana w konkretnym fragmencie kory mózgowej, dasz wiarę? – sztacha się łapczywie, gasi kiepa i sięga po nowego papierosa. – Nie pal, chłopcze. Nie pal fajek, bo szkoda zdrowia.
Obudził mnie dzwonek do drzwi. Przez judasza dostrzegłem chudego gościa w źle uszytym płaszczu. Facet przebierał ubłoconymi trzewikami, co znaczyło, że znowu wróciła odwilż. Mogło to też znaczyć, że stał pod drzwiami na tyle długo, że śnieg na jego nogawkach się rozpuścił. W łapach ściskał brązową aktówkę. Otworzyłem mu drzwi, a sam ruszyłem do pokoju i zmieniłem światło na delikatniejsze. Piekły mnie oczy i gardło. Niestety, półmrok pomagał tylko na ból oczu. Słyszałem, jak tamten zamyka drzwi, opukuje je dyskretnie, bada trwałość.