Strona główna / Biografie, wspomnienia / Hillary Clinton

Aktualności

24.09.2021

Spotkanie online Pauliną Młynarską

W piątek 24 września o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Moja lewa joga".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

18.09.2021

Rozmowa z Anną Karpińską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Anną Karpińską, autorką książki "Kiedy nadejdziesz".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Martwiec Katarzyna Puzyńska
  3. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston

Hillary Clinton

Carl Bernstein

Rozdział 5
Nagroda

Bill mówił o zmianach społecznych, ja zaś je ucieleśniałam. Miałam własne poglądy, zainteresowania i zawód […]. Byłam elokwentna. Reprezentowałam fundamentalną przemianę roli odgrywanej przez kobiety w naszym społeczeństwie.

Po wyborze Johna F. Kennedy’ego na prezydenta w 1960 roku ustalił się pewien szczególny rodzaj dziennikarstwa poświęconego kampaniom prezydenckim. Gatunek ten, zwany tick-tock, nawiązujący do mitu o zamku Camelot, do mistrzostwa doprowadził Theodore H. White w serii książek The Making of a President. White i wielu jego następców odnotowywali wszelkie elementy scenografii, najdrobniejsze szczegóły. Starali się to robić, zajmując pozycję postronnego obserwatora i dodając opisywanym detalom dramatyzmu, ale przy takim założeniu nie zauważa się niektórych ważnych spraw. Technika ta stała się standardem w ciągu następnego dziesięciolecia, co doprowadziło do tego, że zazwyczaj ujawniano niewiele realiów kampanii prezydenckich. Stało się to szczególnie widoczne w 1972 roku, kiedy White napisał ostatnią książkę z serii. W pierwszym wydaniu gloryfikowano geniusz kampanii Nixona. Zajmując się kampanią Clintona, prowadzoną dwadzieścia lat później, dziennikarze piszący o niej – oraz inni, piszący już po jej zakończeniu – napotkali szczególny problem. Istotą tej kampanii był bowiem oczywiście związek Billa i Hillary, ich partnerstwo oraz to, w jakim stopniu wpłynęło ono na filozofię, strategię, ataki i obronę, wypowiedzi, idee, napaści i ogólny charakter kampanii Clintona. Było to w Waszyngtonie nowym zjawiskiem – kampania kandydata współpracującego z żoną. Zasadniczy dialog odbywał się między nimi. Niewielu współpracowników i przyjaciół – jeśli ktokolwiek – poznało dokładnie rozmowy, jakie prowadzili, gdy byli sami. Najważniejsi liderzy kampanii wiedzieli jednak, że czasami Hillary wypowiadała się za niego, a często on powtarzał jej zdanie. Zawsze też Hillary stanowiła problem, którego lepiej było nie tykać.
Bill był dostatecznie doświadczony pod względem intelektualnym i politycznym, aby z zaskoczenia zaatakować George’a H.W. Busha i rzucić wyzwanie groźnej machinie pod jego dowództwem. Ekipa Busha składała się z inteligentnych i agresywnych młodych polityków pod rządami Lee Atwatera i jego ucznia, Karla Rove’a. Co więcej, Bill i Hillary mieli autentyczne pomysły i programy pozwalające rozwiązać rzeczywiste problemy kraju w sposób rozważny i nieideologiczny, a ich przesłanie było zasadniczo pozytywne, niezależnie od zabiegów obozu Busha, aby za pomocą etykietki „liberalny” zdyskredytować Clintonów. Przedstawienie poglądów kandydata w kampanii Clintona było elementem, który nie przysparzał kłopotów. Trudnym zadaniem natomiast było doprowadzenie do tego, aby prasa i wyborcy nie zważali na hałas, jaki zdaniem Billa i Hillary był bez znaczenia – relacje o życiu seksualnym Billa, unikaniu poboru i opinia Amerykanów o Hillary jako osobie ambitnej i dążącej do władzy. Autorzy kampanii musieli znaleźć sposób, aby zaangażować wyborców w idee propagowane podczas niej, a siebie przekonująco przedstawić jako ciekawą, nową siłę polityczną. Clintonowie nie mieli uchodzić za makiawelicznych potworów lub oportunistów, jak chcieliby ich ukazać republikanie, lecz za młodych, inteligentnych ludzi pokroju Kennedych, zamierzających wysłać Busha i jego siwą żonę na zieloną trawkę.
Nie pomogło Billowi to, że sam bywał swym największym wrogiem. Sensacyjne plotki, oskarżenia i rewelacje zrodziły dziennikarskie hipotezy. Po części z tego powodu, że jego kariera polityczna tak bardzo była spleciona z jej karierą, trudno było dokładnie poznać fakty z jej życia. Jak na osobę publiczną, szczególnie taką, której mąż czterokrotnie został wybrany na gubernatora, a teraz ubiegał się o prezydenturę, dossier Hillary było uderzająco skromne, pewne wątki podejrzanie się powtarzały, brakowało kontekstu. Było tak niezależnie od tego, czy media ją podziwiały, były do niej wrogo nastawione lub uczciwie starały się oddzielić Hillary prawdziwą od mitu stworzonego podczas kampanii Clintona – wcześniejszych i obecnej. A ona chciała, żeby tak pozostało, i w latach spędzonych w Białym Domu, i później.
Jednocześnie w czasie tej kampanii, a później także w Białym Domu, szczególnie istotne było to, że Billem często trzeba było pokierować, popchnąć go, upewnić, poprowadzić lub zganić, w zależności od chwili, żeby maksymalnie wykorzystał swoje możliwości. Starania te decydowały o jego skuteczności, a przypominały niemal strojenie instrumentu. Osobą, która wiedziała najlepiej, jak to robić, była jego żona, po części z tego powodu, że jej słuchał.

Hillary uwierzyła wcześniej niż Bill, że może on wygrać wybory w 1992 roku, nawet wtedy, gdy George’a Busha popierało niemal 90 procent Amerykanów. „I tu jej instynkt słusznie podpowiadał, a ja nie czułem tego przez bardzo długi czas – przyznał po latach Clinton. – Uważała, że w 1988 roku gospodarka była jeszcze w dość dobrym stanie, a negatywne konsekwencje ekonomii reaganowskiej nie ujawniły się jeszcze w pełni większości wyborców, staną się natomiast jasne już w 1992. I zawsze była o tym przekonana. I nigdy nie zmieniła zdania […]. To zdumiewające”.
Wiosną i latem 1991 roku Hillary i Bill dyskutowali między sobą, a w niewielkim stopniu również z innymi, o plusach i minusach walki o prezydenturę. Po zwycięstwie w wojnie w Zatoce Perskiej George Bush dominował na scenie politycznej do tego stopnia, że na razie tylko jeden kandydat z Partii Demokratycznej – były senator Paul Tsongas z Massachusetts – zdecydował się rzucić mu wyzwanie. Najważniejszym problemem Billa i Hillary nie była postać Busha, lecz ta sama kwestia, która zahamowała zapędy Billa w 1988 roku i zniszczyła kandydaturę Gary’ego Harta.
Hillary stwierdziła, że Bill na początku lata 1991 roku mówił, że nie wie, czy chce się ubiegać o najwyższy urząd. Wiedział przecież, że naraża się na insynuacje i ujawnianie przez republikanów rewelacji na temat jego kobiet. Hillary nie znała pewnych niesmacznych szczegółów. Wiedziała jednak dostatecznie wiele, by mieć świadomość, że jeśli świat ujrzy choć kilka faktów, kandydatura Billa najprawdopodobniej przepadnie. Rozmawiała z nim o tym, czy uda się wytrzymać bezlitosną kampanię, jaką prowadziliby republikanie. Oboje zdawali sobie sprawę, że wojna o urząd wyrządzi wielkie szkody ich rodzinie. Po latach Hillary i Bill powiedzieli, że podczas kampanii o urząd gubernatora w 1986 roku urządzali próbne debaty przy stole. Jedno z nich odgrywało rolę przeciwnika Clintona i mówiło niemiłe rzeczy o ojcu Chelsea (spraw seksu nie tykano). Teraz Chelsea była o cztery lata starsza i zrozumiałaby o wiele więcej. [...] 

Rozdział 14
Ani oszustka, ani Casanova

Tego było zbyt wiele. Zastanawiałam się, czy to, co Bill starał się zrobić dla kraju, było warte takiego bólu i upokorzenia.

Przez niemal dwa dziesięciolecia z pomocą Betsey Wright, prawników, innych przyjaciół i agresywnych prywatnych detektywów Hillary walczyła o to, aby seksualny temperament Billa nie zrujnował jego reputacji politycznej. Po przybyciu do Białego Domu Clintonom wydawało się, że brudy mają poza sobą. Nikt nie mógłby wówczas przypuścić, że 200 tysięcy dolarów wydanych na nieudaną inwestycję doprowadzi do próby usunięcia prezydenta za kłamstwa w sprawie jego zachowań seksualnych.
Po powrocie z wyspy Martha’s Vineyard wpadli z powrotem w wir nieustannych kłopotów. Prześladował ich czujny prokurator specjalny i ich przeszłość z Arkansas. Kryzysy te przesądzą o określeniu prezydentury Clintona i wpłyną na charakter i przyszłość Hillary w stopniu większym niż Billa. Clintonowie byli niekiedy niemile zaskoczeni, ale zdecydowanie się nie poddawali, nawet wówczas, gdy inni obwieszczali ich śmierć polityczną, albo – kiedy było jasne, że przetrwają – gdy potępiano ich, uważając, że rehabilitacja jest niemożliwa.
Słowo „Whitewater” nabrało wielu różnych znaczeń w czasie dwóch kadencji Clintona. Najpierw i przede wszystkim, chociaż tylko przez krótki czas, odnosiło się do szczegółów skrywanej kiedyś transakcji nabycia ziemi, dokonanej przez Clintonów w trzecim roku ich małżeństwa. Sprawa ta, nim minął rok prezydentury Clintona, wywołała śledztwo specjalnego prokuratora federalnego, badającego każdy aspekt ich życia, pobudziła do działania ich wrogów i przekonała redaktorów oraz dziennikarzy trzech najlepszych amerykańskich gazet – „New York Times”, „Washington Post” i „The Wall Street Journal” – że Hillary i Bill są po uszy zanurzeni w korupcji.
W istocie „sprawę Whitewater” rozdmuchiwano niemal od chwili, kiedy po raz pierwszy napisano o niej w „New York Times”, podczas kampanii, w serii artykułów i tekstów od redakcji, w których było coraz więcej ataków osobistych, a coraz mniej konkretów, a ponadto pod pewnym względami potraktowano Clintonów nieuczciwie. Co prawda, ich reakcja nie była jednoznaczna i wzmogła tylko podejrzliwość. Początkowe materiały o Whitewater publikowane w „Timesie” były wzorem umiarkowania, gdy porównać je z tekstami ukazującymi się w całej prasie amerykańskiej przez kolejne osiem lat.
Mark Fabiani, prawnik prezydenta, któremu Hillary w latach 1995 i 1996 powierzyła zadanie błyskawicznego reagowania na łamach prasy, rozumiał istotę sprawy Whitewater tak samo dobrze, jak każdy członek administracji. Fabiani powiedział, że Jeff Gerth, dziennikarz „Timesa”, który pierwszy pisał o tej sprawie, uważał ją za dobry „materiał na kampanię”, i że „nigdy nie zasługiwała ona na to, aby stać się przedmiotem długich dociekań niezależnych specjalistów”.
Zdaniem Fabianiego, wbrew protestom Clintonów, była to dobra sprawa do zbadania podczas kampanii prezydenckiej: „Gubernator stanu, ustalający przepisy rządzące działalnością kas oszczędnościowo-pożyczkowych, był wspólnikiem właściciela takiej kasy […]. A właściciel kasy oszczędnościowo-pożyczkowej przypuszczalnie ponosił większe koszty, niż wynikałoby z jego udziału w kawałku ziemi posiadanym wspólnie z Clintonami”.
Było także oczywiste niemal od początku, że Hillary, jako prawnik reprezentujący poszkodowaną kasę, kiedy jej mąż był gubernatorem, wdała się w pewien konflikt interesów, z jakiego powinna się wycofać, mimo że takie relacje były powszechną praktyką w Little Rock, a w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych coraz częściej także w Waszyngtonie. Gdy patrzy się z perspektywy późniejszych wydarzeń, można się zdziwić, jak wielką aferę zrobiono z tej pomyłki. Wspólna inwestycja z właścicielem kasy i jego żoną w ziemię, która nigdy nie osiągnęła ceny, jaką za nią zapłacono, urosła do rozmiarów procesu federalnego. Zakończył się on dopiero po drugiej kadencji Clintona, kiedy prokurator specjalny został zmuszony do przyznania – po sześciu latach śledztwa, wydaniu 52 milionów dolarów kosztów i osądzeniu prezydenta przed Senatem – że ani Bill, ani Hillary, nabywając tę ziemię, nie złamali żadnego przepisu (podobnie jak w wypadku sprawy Travel Office). Pozostał natomiast zarzut, że Clinton kłamał w kwestii kontaktów seksualnych. [...]