Strona główna / Literatura polska / Homo Polonicus

Aktualności

12.05.2022

Spotkanie z Katarzyną Puzyńską w Toruniu

W czwartek 26 maja o godz. 18:00 zapraszamy do  Książnicy Kopernikańskiej (ul. Słowackiego 8, Toruń) na spotkanie z Katarzyną Puzyńską, autorką książki "Żadanica".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

16.05.2022

Rozmowa z Moniką Białkowską

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Moniką Białkowską, autorką książki "Nawet jeśli umrę w drodze".

Bestsellery

TOP 20

  1. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński
  2. Zgiń, przepadnij Olga Rudnicka
  3. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka

Homo Polonicus

Krystian Piwowarski

 
Cicho było we dworze i spokojnie. Ciężkie muchy latały brzęcząc, pająki tkały sieci, mysz zachrobotała. Janowa obiad gotowała i karmiła chudego jak śledź jegomościa gęsimi dróbkami i surową krwią.
— Na, zryj! — mówiła i trącała półmiski.
Jadł chudy jegomość, ale ile by nie zjadł, zawsze będzie chudy. Na suchoty umierał, a był mężem Janowej. Jan się nazywał. Chłopkowie zbierali siano. Chłopiec stajenny siedział na progu stajni o mur wsparty i ni to spał, ni to patrzył. Bibiana też spała zagrzebana w pieszczotliwy, błękitny cień, a młodzi parobkowie węszyli zapach dziewczyny i wyli w myślach z bezradności. Wiedzieli oni, jakich Bibiana ma opiekunów.
Stare baby siedziały w izbach, dziećmi się zajmując, gotowaniem i praniem. Tu i ówdzie na przyzbie stary dziad siedział i drzemał, ale mało ich, bo większość na cmentarz wymiotło. Wszelka gadzina po podwórku się smędziła. Leniwo było. Stary Bukowicki drzemał pod kasztanem. Xiężna siedziała przed lustrem w buduarze. Nabierała szmatką puder i przytykała do krostowatego czoła, do cienkiego nosa, do zetlałych policzków, do szarych powiek. Błądziła szmatką po twarzy, rozsypując puder na flakony wypełnione różnobarwnymi cieczami. Pod szklanymi korkami spały wszystkie zapachy rajskich kwiatów i owoców, wonie z Chin i Indii. Dotarły one na toaletkę xiężnej z Paryża via apteka Szmula Grajcewera, brata Jakuba, tego, który wyrabia klejnoty i handluje starzyzną.
Dlaczego łzy wciąż płyną i rozmywają, wciąż rozmywają warstewki pudru? Płyną uporczywie jak strużki deszczu po szybie. Mącą ostrość widzenia, opuszczona kochanka widzi swoje odbicie niewyraźnie, jest coraz bardziej ukryte, oddalone. Martwi się, bo chce pięknie wyglądać, a łzy ciągle płyną.
Stanisławczyka zbudził przyjazd przyjaciela. Slupcyn wpadł i długo łomotał w drzwi, klnąc jak bies, póki nie ocknął się xiążę.
— Wasz pan tak często? — usłyszał Stanisławczyk gruby głos za drzwiami.
— Często — odparł sługa. Ścierwo!
— Czego tam? — spytał xiążę, wstając.
Przekręcił klucz i ziewnął. Drapał się po piersi.
— Co to, łajdaku?! Zasławska w mieście! W teatrze wystąpi! — Slupcyn zakręcił nim. — Ubieraj się i jedziemy!
— Won! — warknął xiążę na niedobrego sługę. — Co za jedna?
— Nie wiesz? Kobietka prima! Deklamuje poezje i śpiewa przy orkiestrze.
— Co śpiewa?
— Pieśni. A cóżby?
— Nudzą mnie pieśni. — Xiążę wzruszył watowanym ramieniem i oblizał się. — Niech ją nagła cholera! Będę się tłukł do miasta dla starego pudła.
— Wcale nie stare — zaparł się Slupcyn, ale słabo.
— Młoda? — Xiążę zły był na Slupcyna, że go zbudził.
— Wyprawia bal u Żorża. Można by skubnąć paru w karty, co?
— Stare pudło — powtórzył xiążę i wykrzywił się.
— Mają nową dziewuszkę u Bucholtza! — rzucił Slupcyn nagle.
Uśmiechnął się przyjemnie.
— Młoda?
— Dziecko! Kolejka już stoi, ale rzeknę słówko Juszkiewiczowi, to ustąpi miejsca.
— Nie ustąpi — wydął xiążę wargę wątpiąc.
— Ustąpi.
— Znam Juszkiewicza. Ten po dobroci niczego nie odda.
— A ja mówię, że odda! — klasnął Slupcyn w wielkie dłonie.
Xiążę usiadł na łóżku. Wsparł się o wezgłowie. Zrobił kwaśną minę.
— Co mu każę, to zrobi! — zapewnił Slupcyn.
— Niby czemu?
— Okrada kasę zapomogową. Mam w ręku kwity.
— Ścierwo. — Xiążę pokiwał głową. — Dużo nakradł? — zaciekawił się.
— Dużo.
— A ty co tak nagle?! Co?! — zdenerwował się xiążę bez powodu. — Zgrałeś się i pieniędzy nie masz! Co?! Toś sobie przypomniał o przyjacielu!
— Łżesz, Stanisław! — Okrągła jak przykrywka, zarosła obfitymi bokobrodami twarz Rosjanina pociemniała z gniewu. — Grałem i wygrałem!
— Z kim grałeś?
— Było paru oficerów i urzędników. Z Warszawy.
— To pokaż pieniądze.
— Nie wierzysz mi?
— Łżesz jak pies, Piotr Piotrowicz. Znam cię.
— Ty łżesz, Stanisław!
— Jak ona się nazywa? — Xiążę zmienił nagle bieg dyskusji.
— Kto?
— Ta nowa. To dziecko?
— Żozefin! Istny aniołek!
— Ile ma lat?
— Mówią, że czternaście. Oszczerstwa! Ma dwanaście! Ani roku więcej! Przysięgam, Stanisław!
Xiążę zadumał się. Chodził po pokoju i nos trącał palcem.
— Znasz ty Kapustę, Piotr Piotrowicz? — zagadnął nagle.
— A kto to taki? — zdumiał się Slupcyn.
— Chłopek. Wichrzyciel.
— A co to ja, chłopków mam znać? Ty co, Stanisław? — zgorszył się Rosjanin.
— Masz znajomości w cyrkule. Dowiedz się.
— Po co ci to?
— Dowiedz się. — Spojrzał mu xiążę mocno w jakieś takie żółte, kłamliwe oczy.
— Dowiem się, niech cholera wytrzęsie! Ale do miasta jedziesz? Co?
— Jadę.
— No! Brawo!
I pojechali przyjaciele bryczką Slupcyna objęci za ramiona.
Na wieczór byli w klubie. Xiążę uparł się i wysłał Slupcyna do cyrkułu. Odszukał w tłumie klubowym Juszkiewicza, który siedział przy stole z jakimś bogato odzianym ziemianinem z rudymi włosami zajętym jedzeniem i gazety przewracał. Wziął Juszkiewicza na stronę i zapytał, czy stoi w kolejce do Żozefin-dziecka. Juszkiewicz klepnął się trzy razy w czerwony, tęgi kark i zamyślił, zwietrzył interes, po czym spytał:
— O co się rozchodzi, xiążę?
Rzekł mu Stanisławczyk o kwitach kasy zapomogowej. Zatrzęsła się Juszkiewiczowi obwisła warga.
— Żozefin, aniołek — wykrztusił. — Mam do niej termin. — Dał xięciu kartkę z godziną.
— Złodzieju — rzekł mu xiążę na odchodnym.
Juszkiewicz pobiegł za nim skamląc, żeby go nie gubił.
— Nie zgubię cię — rzekł mu xiążę. — Bóg cię pokarze, Juszkiewicz. Daj dziesiątaka.
— Nie mam! — zajęczał Juszkiewicz, bo świat mu się cały zawalił i ani myślał klepać się z zadowolenia w kark, jak to miał w zwyczaju.
Xiążę zrobił marsa na czole.
— Złodzieju — rzekł znowu.
— Slupcynowi daję — uczepił się Juszkiewicz poły xiążęcego surduta.
— To jemu dajesz. A mnie daj dziesiątaka.
Chciał nie chciał, musiał Juszkiewicz dać pieniądze. Przeklął w duchu xięcia.
Wrócił Slupcyn, mocno już pijany i oznajmił, że w cyrkule wiedzą o Kapuście tyle, że słowo głosi pośród chłopstwa i że kapitan zaprasza obu na partyjkę. Jako że do terminu mieli dość czasu, pojechali do kapitana. A tam i karty, i trunki, i jedzenie dobre, i miła służka, też prawie dziecko — tyle, że chłopczyk. Zaraz im kapitan rzekł o Żozefin, czy by nie chcieli zakosztować, bo on już pięć razy zakosztował i powiedział, że taka to niby drobnostka, takie jakieś, ni pies, ni wydra, a nad podziw wielka przyjemność. Slupcyn i kapitan to dawni przyjaciele, więc ściskali się i całowali. Xiążę, poruszony tą przyjaźnią, też się z kapitanem pocałował i Slupcyn całował xięcia nad karcianym stolikiem. Bo był i stolik składany, wygodny, przy którym gra rozkoszą była. Rzucił nagle kapitan karty, orżnąwszy obu, i za gitarę porwał. Grał długo, namiętnie, jak nimfa wodna, aż im stolik zaczął wirować przed oczami. To go xiążę nóżką przycisnął. Niczego się o Kapuście więcej nie dowiedział, bo kapitan grał wygięty i płakał ze wzruszenia. Wpadł w końcu pod stolik, nakrył się gitarą i zachrapał. Trudno to nazwać gościnnością.