Strona główna / Literatura faktu, historia / Kaci i ofiary. Okrucieństwa II wojny światowej i ich sprawcy

Aktualności

22.09.2020

Nie żyje Darek Milewski

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 20 września 2020 r. zmarł Darek Milewski, autor książki „Mały wielki tydzień”, w której opisał – jednym, sprawnym palcem – jak żyje się ze stwardnieniem zanikowym bocznym ALS. Miał 57 lat. Rodzinie i bliskim składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Kaci i ofiary. Okrucieństwa II wojny światowej i ich sprawcy

Laurence Rees

Część szósta 
SŁUDZY REŻIMU


Ken Yuasa i eksperymenty na ludziach

W miarę jak czyniłem postępy w swojej pracy, spotykając się z kolejnymi weteranami z różnych krajów, uświadomiłem sobie, jak ważne jest zrozumienie, że wiek dwudziesty – a przynajmniej jego większa część – był epoką amoralnego państwa. Ten, kto żył w Niemczech, w Japonii albo w Związku Radzieckim w okresie, kiedy demokracja została zdławiona, funkcjonował w społeczeństwie, gdzie podstawowe instytucje były zdegenerowane.
Koszmar tej rzeczywistości uzmysłowiła mi najdobitniej relacja pewnego Żyda, który powiedział mi, że w Kristallnacht, „noc kryształową”, w 1938 roku, kiedy palono synagogi i napadano na Żydów, zwrócił się o pomoc do niemieckiej policji – tylko po to, by zdać sobie sprawę, iż miejscowa policja w rzeczywistości zachęca do aktów przemocy.
Szybko, i z entuzjazmem, całe grupy zawodowe przyjmowały amoralny porządek. Niemiecki system prawny został wypaczony w ciągu kilku miesięcy, gdy stworzono i zaakceptowano równoległy świat obozów koncentracyjnych, podlegający jedynie „woli Führera”. W Związku Radzieckim (o czym mowa w jednym z poprzednich rozdziałów) stworzono uniwersalne pojęcie „wroga ludu”, które oznaczało, że każdego można aresztować za nic – a system prawny ochoczo je przyjął. W Japonii władze zalegalizowały niewolnictwo i gwałty w „domach pocieszenia”* – a wojsko je zaaprobowało.
Ale tym, co powinno niepokoić nas najbardziej, jest gorliwość, z jaką środowisko lekarskie w tych trzech państwach odrzuciło zasady Hipokratesa i pognało ile sił w nogach ku amoralności i zbrodni. W Niemczech lekarze zaangażowali się w program „eutanazji” i zabijali najpierw upośledzone dzieci, a później dorosłych śmiertelnymi zastrzykami. Lekarze odgrywali też główną rolę w procesie selekcji w Auschwitz, decydując, kogo należy zamordować natychmiast, a komu udzielić tymczasowego odroczenia egzekucji. W Związku Radzieckim lekarze notorycznie uznawali za „obłąkanych” całkowicie zdrowych psychicznie więźniów politycznych, których następnie torturowano w specjalnych szpitalach psychiatrycznych, zwłaszcza w osławionym Instytucie Serbskim w zaułku Kropotkina w Moskwie. Natomiast w Japonii środowisko lekarskie skwapliwie skorzystało ze sposobności, jakiej dostarczyła mu wojna w Chinach, aby prowadzić eksperymenty na ludziach.
Ken Yuasa był jednym z japońskich lekarzy, którzy pomagali dokonywać tych zbrodni. Kiedy spotkałem go w 1999 roku w Tokio, na pierwszy rzut oka wydawał się po prostu szacownym przedstawicielem swojej profesji. Jego ojciec był lekarzem, a Ken Yuasa idealizował go: „Mój ojciec chciał coś zrobić dla społeczeństwa i pomagać ludziom nieuprzywilejowanym. Pamiętam z dzieciństwa, że odwiedzał pacjentów nawet w ciągu nocy”. Ken Yuasa wstąpił więc do akademii medycznej z postanowieniem, że zostanie lekarzem tak samo oddanym dobru publicznemu jak jego ojciec. Ale kiedy zrobił specjalizację w 1941 roku, w wieku dwudziestu pięciu lat, zdał sobie sprawę, że musi zaciągnąć się „ochotniczo” do Armii Cesarskiej jako lekarz, gdyż w przeciwnym razie zostanie powołany jako zwykły żołnierz. I tak, w październiku tego samego roku, otrzymał stopień oficerski i przydział do armii w Chinach.
Przyjechał do kontynentalnych Chin z takimi samymi uprzedzeniami dotyczącymi miejscowej ludności jak reszta wojskowych – „Uważaliśmy ich za odpadki. Śmieci” – i podjął służbę w szpitalu wojskowym Roan w prowincji Shansi. Po mniej więcej sześciu tygodniach komendant szpitala poinformował go, że tego wieczoru odbędą się „ćwiczenia operacyjne” i że musi się stawić o siódmej. „To mną wstrząsnęło – wspominał Ken Yuasa. – Poraziło mnie. Teraz się zacznie, pomyślałem. I poczułem się bardzo nieswojo, ale oczywiście nie mogłem nic powiedzieć”. Młody doktor Yuasa poczuł się „nieswojo”, ponieważ słyszał, że operacje przeprowadza się na zdrowych Chińczykach, aby szkolić japońskich lekarzy na chirurgów. Ale uważał, że „w wojsku rozkazy nie podlegają dyskusji” i obawiał się, że jeśli nie posłucha, to ucierpi cała jego rodzina: „Władze uznałyby, że popełniłem zbrodnię «niesubordynacji», i moi rodzice w kraju znaleźliby się w trudnym położeniu. Byłby to dla nich powód do wstydu”.
Zrobił więc, co mu kazano, i stawił się wieczorem w sali operacyjnej. Zobaczył tam dwa stoły, ustawione obok siebie. Stali przy nich dwaj Chińczycy. Jeden był wysoki, dobrze zbudowany, mniej więcej trzydziestoletni, natomiast drugi, który płakał, mógł mieć od czterdziestu do pięćdziesięciu lat. Młodszy posłusznie położył się na stole operacyjnym, natomiast starszy nie chciał wykonać polecenia. Doktor Yuasa nigdy w życiu nikogo nie uderzył, nigdy nie użył przemocy fizycznej w żadnej formie, ale kiedy zobaczył, że starszy Chińczyk stawia opór, postanowił działać: „Postawiłem stopy mocno na ziemi i pchnąłem, a wieśniak wstał i ruszył naprzód”. Doktor Yuasa czuł, że „musieliśmy zademonstrować naszą wyższość przed żołnierzami koreańskimi”. (Koreańczycy, pełniący wartę w sali operacyjnej, byli postrzegani przez Japończyków jako „gorsi” żołnierze Armii Cesarskiej).
Popchnięty przez doktora Yuasę starszy Chińczyk położył się na drugim stole. A doktor Yuasa poczuł się „bardzo dumny” z tego, co „osiągnął”. Patrząc wstecz z perspektywy końca lat dziewięćdziesiątych, ledwo mógł uwierzyć, że tak się zachował. „To naprawdę straszne – powiedział, mówiąc o swoim poczuciu „dumy” z tego, że zmusił starszego Chińczyka do posłuchu. – Straszna sytuacja psychiczna”.
Kiedy doktor Yuasa potrząsnął głową, dziwiąc się na wspomnienie tego, co zrobił, zdawał się patrzeć na zupełnie innego człowieka. Wyglądało to tak, jakby z powodu rozdźwięku między jego zachowaniem w przeszłości a zachowaniem w teraźniejszości jego umysł zdystansował się od tamtych wydarzeń, tworząc obraz innej osoby. Ta osoba z przeszłości mogła być jego narwanym młodszym bratem – kimś, kto był mu bliski i kogo doskonale rozumiał, lecz nie mógł być odpowiedzialny za niego dzisiaj.
Następnie doktor Yuasa opisał, na poły z niedowierzaniem, jak asystował przy operowaniu dwóch Chińczyków. Żaden z tych zabiegów nie był konieczny dla zdrowia pacjenta – wręcz przeciwnie: „Pierwsza operacja [na starszym Chińczyku] polegała na usunięciu wyrostka robaczkowego, ponieważ wśród japońskich żołnierzy zdarzało się wiele przypadków zapalenia wyrostka – nie mieliśmy żadnych antybiotyków i było całkiem sporo przypadków, kiedy żołnierze umierali podczas operacji. Lekarz wykonujący tę operację był niedoświadczony, a zdrowy wyrostek jest śliski, musiał więc robić nacięcie trzy razy. Później wycięto jelito, potem amputowano rękę, a w końcu lekarz zrobił mu zastrzyk w serce”. Co niewiarygodne, chiński wieśniak przeżył te wszystkie okaleczenia, ale nie przeżył tego, co stało się później. Doktor Yuasa i inny japoński oficer trzymali go za szyję, prawie go dusząc, a w tym czasie wstrzyknięto mu narkotyk, który wreszcie spowodował śmierć.
Następnie młodszy Chińczyk został „zoperowany” w ten sam sposób. Nikt nie przeżył podobnych „operacji” – i nikt nie miał przeżyć. Podczas swojej służby w Chinach doktor Yuasa uczestniczył w czternastu operacjach na zdrowych Chińczykach – i wszyscy zmarli. Był również świadkiem znacznie bardziej barbarzyńskich „eksperymentów” w więzieniu w pobliżu innego szpitala. Tam, w obecności grupy japońskich lekarzy, dwóch chińskich więźniów postrzelono w brzuch, a później lekarze próbowali wyjąć kule w „warunkach polowych” bez żadnego znieczulenia. „Myślę, że umarli z bólu w trakcie operacji – powiedział doktor Yuasa. – W obecności innych nie chciałem krytykować, starałem się więc być bardzo odważny i dzielny”.
Na tym Japończycy nie poprzestali, zorganizowali też całą serię prób z bronią chemiczną i biologiczną. A w ramach badań nad najbardziej skuteczną metodą zabijania, lekarze z osławionego Oddziału 731 eksperymentowali na niewinnych chińskich cywilach, zarażając ich chorobami zakaźnymi, takimi jak tyfus, ospa i zapalenie opon mózgowych. Wielu z nich przeprowadzało eksperymenty na ludziach, aby nabrać wprawy i lepiej wykonywać swoją „normalną” pracę. Niemieccy lekarze postępowali w taki sam sposób. W Auschwitz doktor Mengele wierzył, że jego eksperymenty na bliźniętach wzbogacą wiedzę medyczną. Jeśli dzieci umierały na skutek tych eksperymentów, to nie stanowiło to z jego punktu widzenia wielkiej straty, były to bowiem dzieci żydowskie. A ponieważ Chińczyków uważano za „śmieci”, japońscy lekarze mordowali ich bez żadnych skrupułów.
Wśród setek tysięcy lekarzy w Niemczech, Japonii i Związku Radzieckim zdarzali się oczywiście tacy, którzy nie chcieli brać w tym udziału. Ale woleli po prostu usunąć się w cień i ignorować to, co się działo. Wymowny jest fakt, że w tych państwach nie doszło do żadnych wielkich protestów, zorganizowanych przez środowisko lekarskie. Wręcz przeciwnie, niektórzy lekarze traktowali możliwość eksperymentowania na ludziach za wspaniałą okazję do rozwijania swoich badań i ułatwienia sobie kariery.
Chcielibyśmy myśleć, że lekarze różnią się od reszty z nas, że są bezinteresownie oddani swojemu powołaniu, że przysięga Hipokratesa, którą składają, zobowiązując się „nikomu nie szkodzić”, naprawdę coś znaczy. Ale historia lekarzy, takich jak doktor Ken Yuasa, pokazuje, jak łatwo wielu z nich w Niemczech, Japonii i Związku Radzieckim dało się skorumpować.
Po wojnie doktor Yuasa był więziony przez Chińczyków do 1956 roku. Po powrocie do Japonii podjął na nowo praktykę lekarską – tym razem jednak próbował, podobnie jak wcześniej jego ojciec, „zrobić coś dla społeczeństwa”.