Strona główna / Literatura polska / Jasienica. Powrót / Kraj nad Jangcy

Aktualności

18.05.2022

Spotkanie online z Pauliną Młynarską

W piątek 3 czerwca o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Okrutna jak Polka".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.05.2022

Rozmowa z Tanyą Valko

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Tanyą Valko, autorką książki "Arabska zdrajczyni".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska zdrajczyni Tanya Valko
  2. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka
  3. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński

Kraj nad Jangcy

Paweł Jasienica

Równina. Za leciutką opalową mgiełką majaczą krawędzie gór. Lecz tu bliżej, może o parę kilometrów na prawo, płasko przywarta do ziemi rozległa osada obwiedziona nienaruszonym, szarym murem obronnym! W jasnym świetle słońca twardo się rysują łuki bram i linie narożnych bastionów, nad którymi, jakby zawieszone w powietrzu, widnieją przejrzyste wieżyczki o kształtach wysmukłych altan. W głębi bardzo ostry stożek wysokiego wzgórza z białą świątyńką na szczycie.
Góry już blisko. Szosa celuje prosto na ich stoki, stromo w tym miejscu ścięte i świecące pastelowymi barwami. Dymią tam piece rozległych wapienników. Zakręt w prawo i tuż przed przecinającym torem kolejowym jeszcze jedno spotkanie: długi rząd wolno sunących wielbłądów. Monotonnie i głucho brzęczą ich dzwonki.
W dolinę, dnem której prowadzi linia kolejowa, wychodzi dość szeroki wąwóz. Góra Smoczych Kości to niezbyt wysoki, ale skalisty cypel jego zbocza. Nasz czcigodny praszczur mądrze sobie obrał miejsce zakwaterowania. Wyniosłość jest znakomicie nasłoneczniona, nawet w grudniu i przy kilku stopniach mrozu silnie tu przygrzewa. W dolinie płynie potoczek.
Skały na Górze Smoczych Kości są przeważnie szare, gładkie, chociaż nie brak i jaśniejszych, nawet białawych fragmentów. W czasach mi nieznanych, w każdym razie na pewno historycznych, wyłamywano tu kamień, o czym świadczą wyraźne w pionowych ścianach ślady kucia. Ile przy tej okazji poniszczono bezcennych szczątków? Na szczycie tej wyniosłości istnieć kiedyś musiało warowne pewnie osiedle. Wśród krzaków znać jeszcze pozostałości murów, a na krawędzi wąwozu resztki tarasów, na których leżały chyba ogrody, może uprawne pólka.
Przeciwległe zbocze wąwozu odległe jest w linii powietrznej co najmniej o kilometr, rude, bezleśne i jałowe. Pnie się tam jakimiś krawędziami ścieżka wiodąca do ruin na cyplu. A jeszcze dalej, w zagłębieniu pod najwyższymi szczytami, widać dwie czworoboczne baszty oraz białą arkadę bramy świątyni obwiedzionej murem.
Świątynia, resztki osiedla i kamieniołomu to pamiątki po przeszłości na pewno całkiem świeżej w porównaniu z setkami tysięcy lat, jakie upłynęły od czasu, kiedy bytował tu Sinanthropus pekinensis. Mieszkał w do dziś zachowanych jaskiniach, gdzie w warstwach skalnego rumowiska odnaleziono jego szczątki oraz kości dawno zaginionych zwierząt. Jedne z tych pieczar są obszerne, inne mają wejścia ciasne, dość wysoko czerniejące w szarych skałach. W samym środku masywu leży kolista zapadlina o ścianach pionowych, wysokich na przeszło trzydzieści metrów. Tutaj, schodząc warstwami w dół, odnaleziono najcenniejsze rzeczy.
Do wszystkich stanowisk wiodą wygodne dróżki. Nad urwiskami żelazne bariery ochronne. Wszędzie tablice z objaśnieniami – w języku niestety wyłącznie chińskim – a nawet z ostrzegawczymi napisami: „Ostrożnie!”.
Cały teren jest znakomicie uporządkowany, może nawet zanadto, jak na mój gust. Od obszernego placu dla samochodów idą szerokie betonowe schody. Gmach przeznaczony dla odpoczynku turystów może w swej sali pomieścić paręset osób. Stoją tam miękkie meble i szerokie stoły z zastawami do herbaty. Toaleta ma bieżącą wodę. Już i przy Wielkim Murze Chińskim zauważyłem dbałość o wygodę turystów – w małym schronisku też były miękkie meble – ale tutaj to już prawie luksus.
W samej głębi stoi niewielki gmach mieszczący wystawę. Po raz pierwszy zauważyłem wtedy, że Chińczycy są mistrzami w ich urządzaniu.
Ta na Górze Smoczych Kości nie jest duża. Poszczególne salki obiegają wnętrze gmachu po linii elipsoidalnej. Przegląd zaczyna się od szczątków praczłowieka, kończy na gablotach mieszczących zrekonstruowane szkielety zwierząt kopalnych. Nad poszczególnymi przedmiotami szkła powiększające i lusterka pozwalające lepiej zrozumieć na przykład, które części szkieletu „przedpotopowej” żaby są prawdziwe, które zaś dorobione.
W samym środku wystawowego ciągu największe arcydzieło. Jest to duża czerwona tablica, jakby ekran, na którym umieszczono wykopane tu szczątki ryb sprzed pięciu milionów lat. Brakujące części uzupełniono, ale tak, że od razu po nieco odmiennej barwie można odróżnić autentyk od rekonstrukcji.
Najcenniejszych szczątków praczłowieka pekińskiego nie ma, niestety. Podczas wojny Amerykanie wywieźli je za ocean.
Szofer dotrzymał słowa i skręcił na drogę wiodącą do Fuan Shen. Wnętrze auta od razu wypełnił kurz, który akurat tak pachniał, jakbyśmy byli nie w Chinach, lecz pod Sandomierzem. Nie pamiętam wyglądu nielicznych domków przedmiejskich, jak sroka w kość patrzyłem na pochyłą, szarą ścianę kamiennego muru. Mignął mi cień bramy i nareszcie miałem pełne oczy tego, za czym się częstokroć bezskutecznie rozglądałem w Pekinie.
Uliczka była wąska i zupełnie prosta. Jezdnia z ubitej gliny miała powierzchnię lekko wklęsłą, przypominała spłaszczoną rynnę. Nieduże domki stały zwartymi, nieprzerwanymi ścianami, a przed frontem każdego wysuwało się w przód podsienie czy szeroki ganek z dachem płaskim, spadzistym, opartym na kolumienkach lub graniastych słupkach barwionych na czarno. A pod daszkami i wprost na ziemi stragany, kosze, rozesłane płachty. Na nich warzywa, jakieś bulwy, ryż, kolorowe sztuki materiałów.
I wszędzie tłum – czarny, niebieski, pstry od łat zszarganego przyodziewku, mrowiący się, ruchliwy. Jedyna istota żywa a nieruchoma to był bury osioł ze stulonymi uszami i ugiętą zadnią nogą, drzemiący pod daszkiem.
W wolno sunącym aucie ściemniało. Dziesiątki czarnookich twarzy zasłoniło szyby. Przez ramię kierowcy widziałem, że z głębi uliczki płynie ku nam ciemna ciżba.
Osłupiałem zupełnie. Nie zdecydowałem się nawet na prośbę o zatrzymanie maszyny. Zdawało mi się, że auto zakorkuje ulicę. Nie wiem zresztą, o czym myślałem. Do mózgu docierało tylko to, co chłonęły oczy. Skręciliśmy w prawo. Ta ulica była szersza, pusta, wysadzona wielkimi drzewami. Jezdnię miała także wklęsłą. Po obu stronach widniały ślepe i szare mury parterowych domostw. Do bram wiodły pochyłe dojazdy i schody, a między nimi wznosiły się płaskie obmurowane podwyższenia, podobne do tarasów.
Znowu brama, a za nią błękitnawy oświetlony zachodzącym słońcem świat, który mi się nagle wydał bezbrzeżnie szeroki. Stanęliśmy i tłum dzieciaków otoczył nas od razu.
Wzdłuż muru biegła polna droga, podobna do wąwoziku wyżłobionego w żółtej glince. Dzięki temu ściana obwarowania wydawała się jeszcze wyższa. Trzeba było zadzierać głowę, chcąc widzieć jej zębatą krawędź. U podnóża muru, a tam dalej nawet w połowie jego wysokości, poruszali się jacyś ludzie. O paręset kroków droga nikła pod zwałami kamienia. Ruszyliśmy z Huanem w tamtą stronę.
Nie przesadzam – naprawdę serce mi się ścisnęło i stanąłem jak wryty. Ci ludzie rozwalali mur!
Zamach stalowego łomu i cios w samo spojenie między szarymi prostokątami kamieni. Uderzenie nie zostawiło ani śladu. Drugi cios, trzeci... czarna rysa równo obramiła głaz... ostrze łomu wniknęło w szczelinę. Głucho szczękając, granitowy blok leci w wąwozik drogi, na kupę wcześniej zwalonych. A tam w dole dźwięczą oprawne w drewno długie dłuta poobijane młotami i leżą stosy tłucznia. Będzie materiał na szosy.
Robotnicy pracujący w połowie wysokości muru stali na czymś, co przypominało ścieżki i wykusze, a było po prostu górną powierzchnią nienaruszonych jeszcze bloków. Wszyscy jak jeden przerwali pracę, przyglądając mi się ciekawie.
Wolno doszedłem do narożnego bastionu. Stała na nim drewniana wieżyczka. Nie chciało się wierzyć, że ta lekka, ażurowa altanka także stanowiła część warownego umocnienia. Wyglądała ubożuchno, szara, ze zniszczonymi daszkami, jakby zliniała na słotach i wietrze.
Na wielkich przestrzeniach mur był już obdarty z kamienia. Zamiast szarej ściany widniała teraz żółta.
System budowy był tu taki, że najpierw wzniesiono wał gliny, który potem odziano płaszczem z kamienia polnego i zewnętrzną okładziną z potężnych sześcianów granitu.
Żółte jądro umocnienia jeszcze zachowuje kształty bastionów i furtek. Ale niedługo to potrwa. Deszcze łatwo sobie poradzą z gliną.
– Przecież ten mur może pamiętać nawet Mingów – mówię do Huana głosem, który mnie samemu wydał się żałobny.
– O, nie jest wykluczone, że jeszcze dawniejsze czasy – odpowiada zupełnie spokojnie.
Już wcześniej mówiono mi w Pekinie, że Chińczycy, którzy bardzo dbają o najważniejsze zabytki, dla innych mają twarde serce. „Tyle ich jest u nas” – mówią podobno.
A ja im wróżę, że jeszcze tego pożałują! Przyjdzie czas, że mieszkańcy Fuan Shen się zawstydzą – całkiem podobnie jak dziś w Polsce wstydzą się mieszkańcy Krakowa, którzy odpowiedzialność za zburzenie fortyfikacji miejskich usiłują przerzucić na Austriaków i skrzętnie tają, że Radwański – zbawca Bramy Floriańskiej i Barbakanu – był z pochodzenia wilnianinem.
Długo stałem na wzgórku przy drodze i patrzyłem na ginący mur. Przypominały mi się nagie, kamienne urwiska Gór Zachodnich. Tam też by łatwo znaleźć tłuczeń na szosy. Ano cóż, ci, którzy u nas zniszczyli kamienice Nysy – łaknąc „odzysku cegły” – nie są widać samotni na świecie.
Już miałem odchodzić, kiedy rzuciwszy okiem na przedmiejski ogródek, dojrzałem tam przedziwne urządzenie. Była to studnia. Składała się z drewnianego poziomego walca podpartego w punkcie ciężkości skrzyżowanymi drągiem i drabinką. Oś walca wchodziła w dziurę w granitowej płycie, pionowo wbitej w ziemię. Z drugiego końca była korba zrobiona z zagiętej gałęzi. Wyślizgane dłońmi i sznurem drewno lśniło jak szkło. Niegłęboka studnia o okrągłym przekroju była wyłożona kamiennymi płytkami. Z nich także była rynienka wiodąca ku poprzecznym grządkom małego ogródka warzywnego.
Za sąsiednim płotem coś monotonnie i cicho turkotało. Szary osiołek z zawiązanymi oczami obracał tam kamienne żarna. Obok drugi, również z płachtą na łbie, chodził w kółko uwiązany do osi kamiennego walca, który ugniatał mąkę rozsypaną po podstawie przypominającej położone na płask koło młyńskie.
Wszystko wyglądało tak samo pewnie jak za Mingów albo może nawet jak za mongolskiej dynastii Yuan. Tylko poganiająca osły dziewczynka miała na stopach gumowe trampki, całkiem takie same jak u nas.
Wieczorem długo trawiłem wrażenia. Nazajutrz trzeba było wcześnie ruszać na lotnisko, ale jakoś mi nie było do snu.
Przez okna pokoju położonego na piątym piętrze widać było wewnętrzny ogród hotelu, obrzeżony starodawnym, zębatym murem miejskim.
Udała się wyprawa! Sporo zobaczyłem! A przecież początkowo pełen byłem złych przeczuć, bo w miasteczku Wanping przeszła mi drogę kobieta z dwoma pustymi wiadrami.
Daremnie się trwożyłem, nie było złej wróżby. Owa niewiasta była przecież w spodniach.