Strona główna / Literatura światowa / Winnica w Toskanii

Aktualności

18.11.2019

Informacja o zmianie regulaminu

Informujemy, że z dniem 18 listopada 2019 r. ulegają zmianie niektóre postanowienia regulaminu korzystania z księgarni internetowej Prószyński i S-ka.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Winnica w Toskanii

Ferenc Máté

Klejnot w koronie

Czułem się jak dziecko w Wigilię Bożego Narodzenia. Zacząłem liczyć rzędy zaniedbanych winorośli, ale były tak mocno zarośnięte, że odpuściłem sobie to żmudne zajęcie i ruszyłem między drzewa. Jakieś sześćdziesiąt metrów od domu, tuż za pastwiskiem, rozpoczynał się gęsty las. Baldachim liści skutecznie blokował słońce, więc mniejsze drzewa i krzewy zmarniały, tworząc tym samym barierę nie do przebycia.
– Kochanie! – krzyknęła z dołu Candace. – Kochanie!
Obie kobiety przedarły się przez zarośla i wreszcie stanęły przed domem. Od północnej strony wznosiła się dziwaczna konstrukcja z zapadającymi się schodami i niskim, kamiennym budynkiem. Candace stała przy jego niezadaszonej części i włożyła głowę do wielkiego, ceglanego pieca – forno – wymurowanego na zewnątrz. W takich piecach Toskańczycy od wieków wypiekali chleb.
– Jest w doskonałym stanie – rzuciła głośno.
Wtedy byłem już pewien, że to nasz przyszły dom. Moja żona bowiem chciała mieć stare forno w tym samym stopniu, co ja chciałem mieć winnicę. Piec wyglądał z zewnątrz jak kamienny blok, wielkości może dwóch i pół metra kwadratowego, przykryty był terakotą, z małego daszku wychodził ceglany komin. Palenisko było łukowate i miało kilkudziesięciocentymetrową średnicę, wystarczająco dużą, żeby zmieścić małe prosię. Zajrzałem do środka. To był prawdziwy architektoniczny cud, wewnątrz kopuła, mniejsza może od kopuły Brunelleschiego we Florencji, ale z pewnością wzniesiona w podobny sposób: zwężające się rzędy cegieł. Żeby gromadzić ciepło, nie wymurowano wewnętrznego komina – dym miał wydostawać się przez drzwiczki i kanał kominowy ponad nimi. Taki piec można rozgrzać w ciągu kilku godzin, paląc w nim wiązkami chrustu, potem wystarczy wygarnąć popiół i włożyć do środka chlebowe ciasto, drób, żeberka czy kilka kiełbasek i gotowe. Na koniec można upiec sobie blachę tarty, a potem usiąść wygodnie i zajadać się ciepłymi przysmakami aż do zachodu słońca.


Chodziliśmy wokół domu, torując sobie drogę kijami. Słońce powoli zachodziło. Zachodnia fasada, dach, wieża pnąca się wysoko do góry i łukowate sklepienia zionące mrokiem górowały nad nami jak forteca. Podwórze położone było od południa. Otoczono je wysokimi na dwa piętra zabudowaniami, przy czym ostatni bok zamknięto niskim murkiem. Dominował nad nim rozłożysty figowiec, jego powykręcane gałęzie rozpościerały się od ściany do ściany, jakby stojąc na straży całego domostwa. W końcu musiałem paść na kolana. W ten sposób dostałem się do środka.
Czułem się jak bohater bajek opowiadanych dawno temu przez moją babcię. Ściany domu były potężne, grubości prawie jednego metra, wewnątrz panowała cisza i zapach stęchlizny. Pomieszczenie było ogromne, pomiędzy wilgotnymi murami i łukowatym sklepieniem czaił się mrok. Wąskie przejście prowadziło do kręconych schodów wiodących prosto w ciemność. W ścianach wykuto mnóstwo zakamarków i nisz. Na podłodze leżały kawałki połamanych krzeseł oraz stół bez jednej nogi, przypominający potwora z przetrąconym kolanem. Nad głową, wczepione w drewniane belki, rząd za rzędem wisiały urocze małe nietoperze.
Na górze była obszerna kuchnia z otwartym paleniskiem – niską, kamienną konstrukcją z dwiema dziurami na górze, miejscem na żelazne garnki, w których przez długie godziny mogły się dusić różne potrawy. Belki stropowe, krokwie i niegdyś bielony wapnem sufit były czarne od sadzy. Tam, gdzie przez pęknięte dachówki do pomieszczenia dostała się woda, na ścianach można było dostrzec zacieki i plamy. Drewniane drzwi były lekko uchylone i ledwo trzymały się na krzywych zawiasach. W jednym z pokojów przywitała mnie dziura w podłodze, sprawka kapiącej z belek soli, na których kiedyś dojrzewały szynki.
Na stercie w kącie pokoju leżały książki i papiery, pośród których znalazłem modlitewnik, starą zapleśniałą kopię „Trzech sióstr” Czechowa oraz związaną grubym sznurkiem paczkę listów napisanych pięknym charakterem pisma i pochodzących z lat pomiędzy 1791 a 1822.
Poza dziurą w podłodze dom wydawał się solidny, nie miał zapadniętego dachu czy walących się ścian, przez co jakiś niepoprawny optymista mógłby sądzić, że potrzeba tutaj jedynie kilku dachówek, wiaderka farby i miotły.
Niestety wyglądało na to, że byłem nim ja.


Chciałem jeszcze obejść działkę, która według opisów Sylvii rozciągała się ponad kilometr za wzgórzem, ale słońce zeszło już nisko i robiło się zbyt ciemno na kolejną wędrówkę, zwłaszcza przez gęsty las. Postanowiliśmy więc rozejrzeć się lepiej po najbliższej okolicy i niedaleko domu znaleźliśmy strumień płynący w kamiennym korycie.
Słońce powoli zachodziło. Na wieczornym niebie obłoki traciły powoli swoje wyraziste kształty. Na horyzoncie, pomiędzy wzgórzami, podnosiła się mgła. Drzewka cyprysowe tonęły w mroku, gołębie gruchały pomiędzy drzewami, jakby żegnając się z ostatnimi promieniami. Słońce zeszło między górskie szczyty, rozpalając niebo żywymi kolorami. Z chmur wystrzeliły snopy światła, daleko na południu drobny deszcz lśnił w nich niczym złoto. Mgła wisząca w dolinie i najniższa warstwa chmur zaczerwieniły się. Słońce po raz ostatni wychyliło się spomiędzy obłoków i zbliżyło do jednego ze szczytów.
– Kochanie – wyszeptała Candace. – To dla ciebie Bóg stworzył tę ruinę.