Strona główna / Literatura polska / Oczy Marzanny M.

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Oczy Marzanny M.

Grażyna Jeromin-Gałuszka

BORYS
 
Ostatniej wiosny było kurewsko ciężko. Nawet jak dla niego. Bank to była dla Julii ostateczność, jednak poszła tam. Parę miesięcy spokoju, jakaś nadzieja, a potem nóż w plecy. Bez ostrzeżenia. Nie wiadomo, co ją powaliło bardziej: zablokowana gotówka, bez której można było jeszcze jakimś cudem przeżyć lato, ale już nie jesień, czy intryga, którą wokół niej uknuto, by zagarnąć wszystko. Legalnie.
Nie powiedział jej, że w tym wszystkim tkwił jeszcze Wiktor Tański. Tak, ten Tański. Kumple ze szkoły. Jeden wart drugiego. Ten ostatni na tyle cwany, że grały w tym wszystkim tylko jego pieniądze i znajomości, dzięki którym niejedno dało się załatwić. Hotel Arkadia, równie pretensjonalny jak sama nazwa, z całą rosnącą z miesiąca na miesiąc infrastrukturą, stawał się idealnym interesem na przyszłość dla dwóch drani. Do pełni szczęścia brakowało tylko kilku hektarów pięknie położonych łąk nad rzeką. Jak je mogli wykorzystać? Choćby tak samo jak oni – jako zaplecze dla stadniny. Albo kort tenisowy... I na dziesiątki innych możliwości. Chyba w pewnym momencie przestało chodzić już o to, co z tego mogło być, tylko żeby to w ogóle mieć.
Skąd wie o Tańskim? Niektórych rzeczy można się domyślić, tylko patrząc. Piotr, mąż Julii, którego z premedytacją wciągnęli w długi, spędził tam trochę czasu na grze. Był naiwny jak dziecko, ale chyba nie aż tak, żeby nic nie widzieć i nie słyszeć. „Pomóż mi – powiedział kiedyś – bo chyba się z tego nie wykaraskam”. Poszedł więc tam, dokładnie wiedząc, z jakimi aroganckimi skurwysynami ma do czynienia, więc pewnie i tak guzik wskóra, ale przynajmniej dał im coś do zrozumienia. Oberwał od dwóch goryli na odchodne i tyle zyskał.
Co można było im udowodnić? Tański nie był tak głupi, żeby póki bawił się w politykę, zostawiać jakikolwiek ślad w tym interesie. Wszystko odbywało się zgodnie z prawem. Jakimowski nie chciał ukraść ziemi Julii, tylko ją kupić. I nigdy przed nikim tych swoich zapędów nie ukrywał. Ich karłowate imperia, podobnie jak moralność, kwitły. Są ludzie, którzy muszą mieć wszystko. A nawet chyba i wtedy zdaje im się, że wszystko to za mało. Wtedy jest jakaś nadzieja, że nienasycona pazerność ich zgubi. Tylko kiedy?
Podniósł Julię z ziemi, gdy wróciła z banku, i zaniósł do domu. Chyba coś próbował tłumaczyć, pocieszyć. Nie chciała na nic patrzeć i nic widzieć.
Nie wie, jakim cudem udało mu się ją namówić na leczenie. Nie musiał być lekarzem, by widzieć, w jak głębokiej depresji się znajduje. Przez parę miesięcy funkcjonowała dzięki psychotropom. Kiedyś zauważył, że jest ich dziwnie mało. Nic wielkiego się nie działo, tylko była bardziej otumaniona niż zwykle. Nie wie, czy wzięła więcej tabletek, by się otumanić, czy sondowała, ile potrzeba do całkowitego zapomnienia, czy tylko przez pomyłkę. Wszystko jedno, nie wnikał. Odtąd trzymał leki przy sobie i wydzielał po tabletce, dwa razy na dzień. Patrzyła mu w oczy z nienawiścią. Przyzwyczaił się. Mogła sobie patrzeć. Byle tylko była. Coś musiało się w końcu zmienić, w tę czy inną stronę.
I coś się zmieniło. W jej głowie.
Któregoś dnia wrócił z łąki po papierosy do domu i kiedy wszedł do salonu, zobaczył ją siedzącą na podłodze, tyłem do wyjścia; trzęsła się cała, łkając, szarpała coś nieporadnie. Podszedł bliżej i wtedy zobaczył. Usiłowała odbezpieczyć rewolwer. Nikt jej wcześniej nie pokazał, jak to się robi, albo była zbyt roztrzęsiona, by wykonać prostą czynność – nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Nie miał też żadnych wątpliwości co do jej intencji. Jednym ruchem wytrącił jej broń z ręki. Krzyczała, że go nienawidzi i że i tak umrze.
– Nie umrzesz – powiedział.
Wziął ją ze sobą na łąkę, posadził na trawę, bo sam musiał suszyć siano, i powiedział, że jak zechce uciec, to i tak ją dogoni. Potem towarzyszyła mu w pojeniu koni i zaganianiu do stajni. I we wszystkim innym. Na koniec rozłożył kanapę w salonie, przyniósł z jej pokoju pościel, a ze stajni kawałek grubego sznura. Przywiązał jej lewą rękę do swojej prawej i tak spali. Jedną noc, drugą, dziesiątą... Nie ma pojęcia, ile nocy minęło.
Tak mu się to spodobało z tym sznurkiem, że na dzień przygotował dłuższy. Powiesił go na werandzie i powiedział, że jeśli się nie opamięta, to będzie ją na tym sznurku prowadzał. Cały dzień. Było tyle roboty i tak mało czasu, żeby odwracać się ciągle i patrzeć, czy jest, czy siedzi na łące, czy w ogóle żyje.
Cały czas starała się być w zasięgu jego wzroku. Znała go chyba na tyle, by wiedzieć, że nie popuści. Chodziła jak łagodne źrebię, z nieprzytomnym wzrokiem, potykając się o kamień czy rzuconą deskę, ale nie złorzecząc. Ani na niego, ani na nic więcej.
Uśpiła jego czujność tą łagodnością. Przestał się oglądać co sekundę i sprawdzać, co robi, bo przeważnie nie robiła nic, tylko siedziała i patrzyła przed siebie. Pomyślał wtedy, że w końcu spłynie z niej ta apatia i pewnego dnia obudzi się, zacznie mu pomagać, walczyć o to, co jeszcze zostało. Potrzebował tego bardzo, bo sam już zaczynał tracić wiarę w to, że jeszcze cokolwiek uratują. Zamiast tego usłyszał, jak siedząc tyłem do niego na werandzie, mówi: „Po co robisz to wszystko? Po co?”.
Tyle było pogardy w jej głosie i tyle beznadziei, że nie wytrzymał. Chwycił ją za włosy i zawlókł do samochodu. Rzucił na tylne siedzenie, tak że uderzyła głową o drzwi, i krzyknął jej w twarz, że daje jej ostatnią szansę, by się opamiętała i zaczęła o cokolwiek walczyć. Obraz dzieci umierających z głodu w Afryce na nikim już nie robi wrażenia. To tylko obraz. Płaski jak ekran telewizora. Podawany między prezentacją najnowszej kolekcji modnego projektanta przez niedożywione modelki a rewelacjami o ostatnich odkryciach genetyków i co z nich może wyniknąć jest tak samo nierzeczywisty jak jedno i drugie. Nie zabierze jej do Afryki, by w pełnych wymiarach dotknęła tragedii głodnych dzieci. Może jej pokazać co innego i to będzie ostatnia rzecz, którą chce jej pokazać. „Twoja sprawa, co z tym zrobisz” zakończył, kiedy dotarli do ośrodka hipoterapii, prowadzonego przez jego dobrą znajomą.
Zdziwiła się trochę na ich widok, ale kiedy ją poprosił, bez słowa wzięła Julię za rękę i zaprowadziła w głąb tętniącego życiem ośrodka. Dzieci z zespołem Downa tuliły policzki do szyi prowadzonych na wodzy koni. Śmiały się i pokrzykiwały, a Julia patrzyła na wszystko spode łba, niechętnie i z zaciętymi ustami, a jej oczy mówiły: No i co z tego. W pewnym momencie zobaczyła dziewczynę leżącą na wyścielanej ławce i to chyba wreszcie przykuło jej uwagę. W pobliżu ławki skubała trawę młoda klacz. Co chwila wyciągała szyję i muskała nozdrzami twarz dziewczyny. Za każdym razem oczy dziewczyny błyskały prawdziwym szczęściem. Klacz jakby doskonale zdawała sobie z tego sprawę, odsuwała się, skubnęła parę razy trawę, po czym zbliżała łeb do leżącej, porcjując dawki radości i szczęścia.
– To Basia – powiedziała właścicielka ośrodka. – Trzy lata temu miała wypadek. Całkowicie sparaliżowana. Ojciec przywozi ją tu codziennie na godzinę, dwie. Latem oczywiście. Jesień i zima to dla małej cztery ściany i sufit. Jak ją położą, tak leży.
– Wolałabym umrzeć, niż tak żyć – wpadła w ton Julia.
Kobieta zerknęła na nią kątem oka. Chyba się domyśliła, po co Borys ją tu przywiózł.
– Umrzeć jest najłatwiej – powiedziała. – Tylko co z tego.
Borys podszedł do dziewczyny. Pochylił się nad nią.
– Idziemy na spacer, mała?
Dziewczyna niezdarnie poruszyła głową, oczy jej się zaśmiały. Wziął ją na ręce i poniósł w łąki. Klacz poszła za nimi.
Julia niechętnym wzrokiem patrzyła, jak niesie ją, pochyla się nad nią i coś mówi, a ona śmieje się i piszczy z radości, jakby nie wiadomo jakie spotkało ją szczęście.
– Tylko Borys może to robić – skomentowała kobieta. – Tylko on jest wystarczająco silny.
W drodze powrotnej nic nie tłumaczył Julii, o nic nie pytał. Przed domem wysiadł z samochodu i poszedł do stajni. Ścieląc koniom świeżą słomę, całą siłą woli powstrzymywał się, by nie wyjść i nie sprawdzić, co robi. Udało mu się. Po godzinie, gdy skończył i wyszedł ze stajni, zobaczył, że zamiata werandę, a potem podlewa kwiatki pod werandą. Najwyższa pora – pomyślał i gwizdnął na psa, który węszył za czymś na grobli. Poszli razem nad rzeką do domu, najedli się i wyspali. Pies też, zdaje się, czując niepokój pana, od tygodni nie spał tak dobrze.
Nie, wcale nie był pewien natychmiastowej przemiany Julii ani tego, że nagle po tym, co jej pokazał, zechce znów żyć. Dał jej wolną rękę, nic nie mówiąc, powiedział: rób, co chcesz, ja już nie mam siły, muszę się wyspać. Żyj lub nie. Zrobiłem wszystko. Reszta to już twój wybór.
Kiedy nazajutrz wrócił do niej, wypuszczała klacze ze źrebiętami do osobnej zagrody. Resztą on się zajął.
Żyła. Nie odzywała się do niego przez parę dni i on się do niej nie odzywał. Machinalnie wykonywała wszystkie czynności, jadła tyle, żeby nie umrzeć z głodu, a wieczorami siadała na werandzie w bujanym fotelu i bujając się w nim, przez godzinę, dwie, patrzyła w jeden punkt, a potem zrywała się nagle i szła spać.
Nie miał złudzeń – jeśli postanowiła żyć, to nie dlatego, że tego chciała, tylko że umrzeć po tym, co zobaczyła, było wstyd. Dawała mu to odczuć na każdym kroku, starając się bardzo, by nie okazać najmniejszej wdzięczności. Za nic.
Machnął ręką na jej nastroje. Postanowił przetrwać, z jej udziałem lub bez, do jesieni, kiedy pierwsze pieniądze pozwolą spojrzeć inaczej w przyszłość, a czas z dnia na dzień będzie leczył jej wewnętrzne rany. Taka jest rola czasu. W ostateczności będzie musiała sprzedać te łąki i też jakoś to przeżyć.
Z każdym kolejnym dniem coraz mniej było w niej niechęci do wszystkiego i coraz mniej machinalnie robiła to czy tamto, co pozwoliło odetchnąć jego cały czas napiętym, mimo wszystko, zmysłom. Kiedy więc w dniu przyjazdu Magdy, Ramony i Kamili wróciła o drugiej z zakupów, trzasnęła drzwiami auta i szła do niego z wściekłością na twarzy, zwątpił w swoją teorię terapeutycznego działania czasu.
– Daj mi rewolwer – zawołała z daleka – bo muszę coś zrobić!
Nie wierzył w to, co usłyszał. Poczuł w klatce piersiowej krótki, ostry ból i zawrót w głowie. Niewiele myśląc, wyjął rewolwer ze schowka, z pasją wystrzelał zawartość magazynka do rzeki i rzucił jej go pod nogi.
– Idź w cholerę – powiedział – rób, co chcesz, zabij się, jeśli chcesz, jeśli nie potrafisz żyć, wstajesz tylko po to, żeby wstać, i kładziesz się tylko po to, żeby zasnąć.
Roześmiała mu się w twarz.
– Mam zapasowe...
– Dawno się ich pozbyłem!
Wtedy złagodniała w jednej chwili, usiadła na grobli i pochyliła głowę.
– Borys – szepnęła – nie bój się... To nie dla mnie. To dla nich. Za to, co jej zrobili.