Strona główna / Biografie, wspomnienia / Ja. Próba rekonstrukcji

Aktualności

18.11.2019

Informacja o zmianie regulaminu

Informujemy, że z dniem 18 listopada 2019 r. ulegają zmianie niektóre postanowienia regulaminu korzystania z księgarni internetowej Prószyński i S-ka.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Ja. Próba rekonstrukcji

Jadwiga Staniszkis

ROZDZIAŁ IV
Uczucia

Czy pamiętacie Boya Georga (punkowca z lat osiemdziesiątych, z makijażem przypominającym maskę gejszy), który powiedział w jednym z wywiadów: „Należę do tych, którzy chcą zbawić świat, ale jestem zbyt zajęty malowaniem sobie brwi”?
A może jednego z bohaterów Nabokova, który czerwienił się na samą myśl, że mógłby (na co miał ochotę) przerwać pełną dramatyzmu opowieść uciekiniera z Rosji sowieckiej (rzecz działa się w latach dwudziestych) anegdotą o studencie i pokojówce? A równocześnie – odczuwającego zażenowanie, gdy ów męczennik, wychodząc, spytał, ile w Londynie (bo tam toczyła się opowieść) kosztują kalosze?
Lubię przebywać z takimi właśnie ludźmi: szczerymi wobec siebie, unikającymi patosu, ale mającymi wyczucie formy (jej wymogów i granic). I czasem ulegającymi pokusie łamania owych form. Ich narcyzm i nawyk samoobserwacji powoduje, że można się nie obawiać, iż zejdą poniżej pewnego poziomu. Chodzi raczej o estetykę niż etykę. Nie uczestniczą w grach społecznych (chyba że z samymi sobą).
A wokół nich napiera tłum innego gatunku, bardzo u nas rozpleniony. Brutalny, zachłanny, pozbawiony dystansu do siebie, żywotny i pazerny. Umiejący wykorzystywać naiwność innych i neutralizować ich podejrzliwość grepsami mającymi pokazać, że są wiarygodni.
Zawsze drażniły mnie dwie rzeczy: brutalność wobec słabszych i bezpośredniość przeżywania świata, pozbawiona elementów samoobserwacji, gry, symbolicznych odniesień czy wyczucia formy i jej ograniczeń. Choć bowiem sama rzadko uczestniczę w emocjach towarzyszących wytwarzanej społecznie „intersubiektywności”, pasjami lubię ją rekonstruować na poziomie pojęciowym, poszukując wewnętrznej racjonalności, związków przyczynowych i myślowych pułapek.
Mam pisać o „uczuciach”. Zaczęłam więc od zastanowienia się, dlaczego w tej książce nie ma nic na przykład o umieraniu z miłości? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: powodem jest moje „wieczne teraz”. Tamtej dziewczyny już nie ma, nie pamiętam, co wtedy czuła. Dziś już nie wiem nawet, czym były tamte uczucia, które można by tak określić. Może chodziło tylko o urażoną ambicję? O strach przed samotnością (dziś potrzebną mi jak powietrze)? Czy wreszcie owo, przypominane jak przez mgłę, cierpienie nie było tylko „dopełnianiem sytuacji”, przeżywaniem czegoś na sposób oczekiwany przez innych? Sama wprawdzie owych oczekiwań nie rozumiałam, ale w graniu roli pomagało mi oczytanie i wyczucie stylu.
Staram się, z wysiłkiem, przypomnieć sobie ową, nieistniejącą już, dziewczynę, która w połowie lat sześćdziesiątych była mną i – któregoś wieczoru – biegła za oddalającym się mężczyzną (wtedy moim mężem) po ciemnych podwórkach Pragi w okolicach placu Leńskiego. Dziewczyna niosła na wyciągniętych rękach – przed sobą– dziecko w różowym (czeskim, ciężko zdobytym) kaftaniku: zabawne – ów kaftanik świetnie pamiętam, a nie przypominam sobie, co wtedy czułam! Patrzę na to, jak na scenę z filmu: dziewczyna była jakby ukrzyżowana na niesionym przez siebie dziecku. Owo dziecko bowiem, przymocowane do drewnianych listewek układających kończyny w kształt różowej żabki (tak wtedy walczono z ryzykiem zwichnięcia stawu biodrowego), przypominało duży, przyciśnięty do piersi krzyż. Pamiętam, że biegłam. A potem – że wróciłam do domu. Jeszcze jakiś czas „to” (co?) znosiłam. Potem, po przepłakaniu całej nocy, podjęłam decyzję – rozstanie. Miałam dwadzieścia dwa lata. Ale najpierw postanowiłam spróbować, czy potrafię być z kimś innym (mąż był moim pierwszym chłopakiem). Wybrałam Niemca z RFN: historia miała trochę dodać tej sytuacji napięcia i zadziałać jak afrodyzjak.
To od tego czasu, już zawsze, uczucia musiały być najpierw pomyślane. Wzmocnione przez dodatkową narrację, anegdotę (chętnie paradoks), w jaki się wpisywały.
Rozwód: moje „przestałam go szanować”. Jego: „miała zawsze rację”. Sąd rozwodu udzielił, a ja dopiero dzisiaj
rozumiem, jak ciężko było ze mną wytrzymać. Poważna dziewczyna, studentka z warkoczami, zawsze dobra uczennica, starająca się stworzyć dom w pokoiczku – 6 metrów kwadratowych – bez łazienki i kuchni, wynajmowanym w hotelu robotniczym (nielegalnie, z codziennym przemykaniem się przez portiernię i zastyganiem w strachu wieczorami, gdy cienkie przepierzenia z dykty wyginały się od bębnienia przewalających się po korytarzu pijaków). Mąż miał bezustanne poczucie winy: nie był tak obowiązkowy jak ja, w owej klitce zbudował sobie nartę wodną i większość czasu spędzał w klubie nad Wisłą, nie znosił moich „zdrowych”, tanich potraw (uwielbiałam wędzonego dorsza z żurawinami albo makaron z białym serem).
Jak stop-klatki w filmie pamiętam też inne sytuacje z przeszłości kojarzące się jakoś z uczuciami. Fascynacja Iredyńskim, bo on, kiedy koncentrował się na drugim człowieku, robił to całym sobą. Kobiety czuły się na moment najważniejsze na świecie. I wszyscy (zarówno kobiety, jak i mężczyźni, bo kręciło się przy nim wielu zakochanych w nim panów) wyobrażali sobie w kontaktach z Irkiem, że ten, choćby na chwilę, wytęża cały swój umysł, żeby zrozumieć ich sekret. Choćby po to, aby nimi manipulować albo wciągnąć w pułapkę gry słownej. Ja sama pojawiam się incydentalnie w paru jego słuchowiskach. Pamiętam jedno – Okno, faktycznie oddające (choć w mocno przerysowanej formie) pewien rys szaleństwa we mnie, polegający na umiejętności (a raczej – przypadłości) samogalwanizacji, gdy wszystko – raz pomyślane – może stworzyć lawinę emocji wyłamującą się spod kontroli. Irek intuicyjnie zrozumiał, że właśnie dlatego, że jestem taka obojętna (a raczej – chronię się w obojętność sprowadzoną już do elementarnego poziomu pracy mózgu), czasem wpadam w spiralę absurdalnych uczuć, które znikają równie nagle, jak się pojawiły.
Pamiętam też inny, choć niedokonany w sumie, romans (takie zresztą pamiętam najlepiej, bo „dokonane” stawały się na tyle kompletne, że można je było spokojnie wymazać ze wspomnień). Był to psycholog, pracujący wtedy na UW (ja byłam wyrzucona); potem wyjechał do Stanów i – jak słyszałam – zaczął pracować w rezerwacie dla Indian (to były lata siedemdziesiąte). Nawet próbowałam go kiedyś odszukać, ale to było przed erą Internetu i nie udało mi się, a potem – aż do momentu pisania tych słów – nigdy o nim już nie myślałam. Ale w tej chwili wróciła scena: wieczór w moim mieszkaniu (Irek był wtedy w Niemczech), ja kołyszę się na fotelu bujanym, on mi opowiada o chorobie sierocej i dlaczego bujanie pomaga, o nieudanym małżeństwie i o półwyspie, który kupił nad Wisłą (żeby zamieszkać tam w łódce?!). Czuję się bezpiecznie – i wtedy wchodzi Irek: wrócił bez uprzedzenia, i zaczyna się piekło. I inny platoniczny romans, połowa lat osiemdziesiątych (wcześniej kilka realnych). Mieszkałam wtedy pod Kazimierzem, w małym domku w Męćmierzu. Od kilku lat byłam platonicznie zakochana (i wierna!) w człowieku, z którym z różnych względów nie mogłam się spotykać, którego w sumie widziałam tylko kilka razy i – jak się okaże za chwilę – wręcz już prawie nie pamiętałam, jak wygląda. Istniał już tylko w mojej głowie, jako „niemożliwa” sytuacja, atrakcyjna właśnie przez tą niemożliwość: potrzebowałam wtedy samotności. Więc kiedyś szłam deptakiem nad Wisłą – w różowawym, miękkim świetle późnego kazimierskiego popołudnia, tuż przed zachodem słońca, gdy promienie rozpraszają się w niewidzialnej mgiełce wody parującej z rozgrzanego, wapiennego podłoża – był późny sierpień, rozpalone berberysy na Górze Trzech Krzyży, uginające się sady, leniwe piękne popołudnie – łyskające łachy na Wiśle, niewielu już ludzi. Patrzyłam trochę w górę, na sylwetkę baszty, zamku i fary na zboczu na wprost mnie, gdy nagle ktoś z grupki mijających mnie osób powiedział mi „dzień dobry”. Odpowiedziałam automatycznie: nie poznałam go. Dopiero kiedy już ich minęłam, skojarzyłam, kto to był – odwróciłam się – on także. Wtedy pobiegłam na skróty – przez zbocze, ścieżkę przez cmentarz, wąwóz koło wielowiekowego dębu (już go dziś nie ma – pozostała tylko kapliczka), zagajnikiem do domu – żeby przejrzeć się w lusterku, czy ładnie wtedy wyglądałam. Nigdy nie usiłowałam spotkać tego człowieka: to uczucie miało swoje miejsce tylko w porządku myśli. Ale może dlatego tak dobrze je pamiętam, bo to, przy mojej konstrukcji psychicznej, najwłaściwsze miejsce do przeżywania emocji?