Strona główna / Literatura polska / Jasienica. Powrót / Rozważania o wojnie domowej

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Rozważania o wojnie domowej

Paweł Jasienica

Według przyjętej przez wielu tezy, energia rządów Terroru ocaliła Francję od zagłady. Trudno jednak odmówić racji tym historykom, którzy przypisują tę pożyteczną dla całego świata rolę jeszcze i trzem innym czynnikom: liczebności narodu zdolnego do wystawienia siedmiusettysięcznej armii, walorom odziedziczonej po dawnych czasach kadry wojskowej, no i całkiem niedobrowolnej pomocy ze strony państwa polsko-litewskiego, które zginęło, przestało istnieć, lecz zatrzymało na sobie znaczne siły monarchów. Do zareńskich połaci Europy można było dojść piechotą z Rosji równie dobrze za Katarzyny II, jak za Pawła I. Suworow pokazał się na Zachodzie dopiero w roku 1798.
Energiczne bez wątpienia rządy Terroru, środkami niewypowiedzianie okrutnymi, za cenę samą Francję dotkliwie osłabiających ofiar, usiłowały wyciągnąć kraj z tego absurdu, w który go zapędziło oszalałe doktrynerstwo. Popierającym to twierdzenie argumentem są wszak obydwie wojny – domowa oraz z nieprzyjacielem zewnętrznym, rozpoczęta dobrowolnie i najniepotrzebniej w świecie. Przyda się również rzut oka na dzieje administracji. Najpierw skrajne osłabienie centralnej władzy wykonawczej, zasada obieralności wszystkich ogniw prowincjonalnych, wynikły stąd nieopisany chaos, potem nagły zwrot o sto osiemdziesiąt stopni: pełny autokratyzm Komitetu Ocalenia Publicznego w Paryżu, departamenty poddane absolutyzmowi delegowanych z centrali komisarzy, wyposażonych w prawo życia i śmierci. Jednym z nich był wysłany do Nantes Carrier. Wiadomo już, jakimi sposobami rządził. Wielu jego kolegów podobnie zasłużyło się ludzkości.
Doraźnie zwalczając rezultaty jednego absurdu, rządy Teroru zdecydowanie wkraczały w inny, jeszcze groźniejszy.
Wiosna 1794 roku była promienna dla Republiki. Rewolta wszędzie zgnieciona, najbardziej nieprzejednani Wandejczycy i Bretończycy zapędzeni do lasów lub między bagna, możliwości ich ograniczone do mało groźnych akcji partyzanckich. Nieprzyjaciel zewnętrzny pokonany, odepchnięty. Armia spełniła swoje zadanie, została też wynagrodzona w sposób obiecujący.
Politycznie podejrzanym stał się Łazarz Carnot, genialny matematyk, królewski jeszcze oficer saperów, człowiek najbardziej zasłużony dla zwycięstwa, jego prawdziwy organizator. Dostał się do więzienia Franciszek Kellermann, ongi komendant wojskowy Alzacji z ramienia monarchy, tryumfator spod Valmy, zdobywca Lyonu. Trafił za kraty Łazarz Hoche, pogromca Austriaków i Prusaków, osobnik typu zbliżonego do Marceau. Równie młody, waleczny, zdolny i humanitarny, lecz w odróżnieniu od tamtego dziedzicznego inteligenta – niepodrabiany syn ludu. Ojciec generała Hoche był w Wersalu stajennym. Ukrywać się musiał generał Wilhelm Brune, zajadły rewolucjonista, w przyszłości marszałek Napoleona. Los tych wysokich dowódców podzielił, czyli popadł w niełaskę i poszedł pod klucz, oficer znacznie niższego stopnia, lecz po dzień dzisiejszy uchodzący za coś w rodzaju sztandaru rewolucji – Rouget de Lisle, autor Marsylianki.
Nadszedł taki czas, że wieści o zwycięstwach republikańskich wojsk francuskich stały się politycznie niewygodne dla zespołu mężów samowładnie zarządzających Republiką Francuską. W interesie ich leżało bowiem utrzymywanie i podsycanie mitu zagrożenia. Nadal obowiązywała teoria, że nie wolno popuścić cugli, bo Francja zginie.
Wróg cofał się tymczasem na wszystkich frontach, nie był obcy myśli o pokoju, na jego tyłach – czyli w Polsce i na Litwie – wybuchło i zdobyło się na ogromny wysiłek powstanie zbrojne, Prusy i Austria patrzyły w tamtą stronę i sobie nawzajem na ręce. Rosja zajmowała się przede wszystkim Wilnem i Warszawą. Ciężko doświadczony naród francuski mógłby w tych warunkach nieco odsapnąć. Rządcy jego mieli jednak własną wizję przyszłości, odmienną od powszechnie, to znaczy przez zdecydowaną większość, pożądanej.
Już wtedy ludzie trzeźwi zastanawiali się nad niedocieczoną tajemnicą. Jak to być może – zapytywali – by pięciu obywateli załatwiało wszystko dla dwudziestu pięciu milionów?
Przywódcy żądali od narodu posłuchu totalnego. W miarę słabnięcia rzeczywistego niebezpieczeństwa dekrety stawały się coraz bardziej surowe, wstęp na szafot coraz łatwiejszy.
Nawet w monarchii dziedzicznej przywódca polityczny to zazwyczaj taki obrotny i sprytny człowiek, który potrafił w porę wymanewrować konkurentów i wypchnąć się na czoło. Roli decydującej nie musi wcale grać merytoryczna słuszność programu, gdyż znacznie potrzebniejsza okazuje się właśnie zręczność, swoista przezorność, połączona z bezwzględnością. Tak wygląda reguła, którą dzieje Wielkiej Rewolucji potwierdzają w sposób wyjątkowo wyrazisty.
Danton przegrał, powędrował na gilotynę, Robespierre – niedawny czuły przyjaciel – zatryumfował. Wcale łatwo sobie wyobrazić odwrotny przebieg wypadków. Sam na siebie wyostrzył jednak nóż polityk, który w chwili tak gorącej jak jesień 1793 roku odwrócił się plecami do paryskich intryg, skłębionych przy sterze rządowym, zabrał młodą małżonkę i na długich pięć tygodni uciął sobie weekend w Arcis-sur-Aube, gdzie w porze raczej nieodpowiedniej stosował się do horacjańskiej recepty:

Beatus ille qui procul negotiis...
Paterna rura bubus exercet suis...

Zatrudnienia same go odnalazły. Ostrzeżony przez przyjaciół, że jego polityczne akcje spadają, Danton powrócił do Paryża i rozpoczął wielką ofensywę pod hasłem: „Żądam oszczędzania krwi ludzkiej!”. Program zahamowania Terroru był na pewno słuszny, lecz jego autor i szermierz musiał przegrać, bo się poprzednio zachował zupełnie niedorzecznie – na całych pięć tygodni odszedł od gry.
Robespierre stracił władzę i życie wskutek całej serii fałszywych manewrów, wcale nie okazał się przezorniejszy od Dantona. Najpierw narzucił prawo, pozwalające bez zgody Izby więzić i skazywać deputowanych, potem – 8 thermidora – w tejże Izbie wygłosił niepojętą mowę, równającą się oskarżeniu całej Konwencji. Ponieważ nie wymienił nikogo, każdy mógł uważać, że do niego właśnie odnoszą się słowa o zdrajcach i nikczemnikach. „Bagno”, tchórzliwa, dotychczas podle uległa większość poczuła się więc solidarna ze spiskowcami, czyli ze zbrodniarzami, którzy w obawie o szyje zawzięcie knuli przeciwko mocodawcy własnych zbrodni. Nazajutrz – w historycznym, kończącym epokę Terroru dniu 9 thermidora – uwolniony z chwilowego aresztu dyktator marudził, zwlekał, nie mógł się zdobyć na stanowczość. Do podpisywania rozkazu akcji zabrał się w tej samej chwili, kiedy w drzwi sali ratuszowej wtargnął Barras na czele żołnierzy.
Zręczność, obrotność, brak skrupułów, umiejętność korzystania z cudzych błędów to właściwości duszy niewątpliwie cenne. Same w sobie nie stwarzają one jednak dostatecznej podstawy prawnej do dekretowania o właściwym sposobie pojmowania spraw ostatecznych lub do utożsamiania dwudziestu pięciu milionów, czasem zaś jeszcze znaczniejszej liczby obywateli z osobą własną przywódcy.
Działalność ludzi typu Robespierre’a zawsze popada w smutny konflikt z tym prawem przyrody, które dotychczas nie znało i zapewne nigdy nie pozna wyjątku. Głosi ono, że człowiek ma tylko jedno życie. A skoro tak, to niesłuszna jest chyba każda praktyka, która w imię najpromienniejszych chociażby wizji przemienia to życie w niewolniczą wegetację. Tak się przynajmniej rzecz przedstawia z punktu widzenia prowadzonych ku świetlanemu jutru.
Zdobycie władzy ułatwiła Robespierre’owi okoliczność zasługująca na szczególną uwagę, bo należąca do zjawisk monotonnie powtarzających się w historii. Dyktator nosił przydomek Nieprzekupnego. Incorruptible! Jedyną jego słabością życiową było zamiłowanie do wymuskanego stroju. Gdy we Francji obowiązywał niemal typ ubranego w długie majtki sankiuloty, on stale nosił kiuloty właśnie, pudrował się, podczas większych uroczystości ozdabiał kapelusz wysokim pióropuszem. Lecz nigdy w życiu nie wziął łapówki, o pieniądze nie dbał, od kobiet stronił, nie pił i nie grał w karty. W dodatku jeszcze mieszkał nie w skonfiskowanym pałacu, lecz u stolarza. Wynajmował u niego pokój i był przez rodzinę gospodarza otoczony czcią.
Skromnemu, nieuganiającemu się za pieniądzem działaczowi łatwiej niż komu innemu zrobić pewną karierę. Cicho i skromnie zagarnąć sobie na własność państwo i prawo.
Do czegóż dojść by mógł Maksymilian de Robespierre, gdyby na domiar swych zalet nosił jeszcze prostacką bluzę i grube buty po kolana! Znaliśmy ostatnio w Europie takiego, co znacznie ułatwił sobie wykonanie programu tępienia całych narodów, bo nie jadał mięsa, do ust nie brał alkoholu, nie palił i zręcznie potrafił taić swój romans. Był także skromny i nieprzekupny.