Strona główna / Literatura światowa / Czarownice z Salem Falls

Aktualności

30.09.2019

Film o Grzesiuku na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Z radością informujemy, że film dokumentalny o Stanisławie Grzesiuku "Grzesiuk. Ferajna wciąż gra” w reżyserii Jarosława Wiśniewskiego został zakwalifikowany do 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, który odbędzie się w dniach 9-24 listopada w Chicago.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski
  2. Białe kłamstwa Piotr Borlik
  3. I tak nie przestanę Cię kochać Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Czarownice z Salem Falls

Jodi Picoult

Charlie aż podskoczył na odgłos trzasku raptownie otwieranych drzwi biura. Na progu, kipiąc z wściekłości, stał ich miejscowy zarejestrowany kryminalista, Jack St. Bride. Krok za nim podążała sekretarka Charliego.
- Przepraszam szefie. – Wzruszyła ramionami. – Prosiłam, żeby pan zaczekał, ale…
- Nie ma o czym mówić, zajmę się sprawą. Panie St. Bride, czy zechciałby pan usiąść? – Charlie wskazał na krzesło stojące naprzeciwko biurka, jakby miał przed sobą najzwyklejszego interesanta, a nie człowieka, który aż parował z gniewu. – Doskonale. A teraz proszę mi powiedzieć, co mógłbym dla pana zrobić.
- Wszyscy wiedzą – odparł St. Bride zduszonym głosem.
Charlie nawet nie próbował udawać, że nie zrozumiał sensu jego słów.
- Rejestr skazanych za przestępstwa seksualne jest dostępny dla wszystkich. Jeżeli któryś z mieszkańców chce sprawdzić, kto w nim widnieje, nie mam wyjścia, muszę udzielić takiej informacji.
- Ilu?
- Jak to ilu? – powtórzył Charlie.
- Ilu mieszkańców poprosiło o udostępnienie rejestru od czasu, gdy pojawiło się tam moje nazwisko?
- Nie jestem upoważniony do…
- Bardzo proszę, żeby mi pan powiedział.
Charlie zagryzł usta i wbił wzrok w rysę biegnącą przez całą długość sufitu, przywodzącą na myśl kontury górskich szczytów, odbijających spektakularnie od czystego nieba.
- Nikt, o ile mi wiadomo.
- Właśnie. Nikt nie miałby pojęcia, że moje nazwisko figuruje w takim rejestrze, gdyby nie aktywność jednego z pańskich funkcjonariuszy.
Detektyw potarł mocno nasadę nosa. A niech diabli porwą tego Wesa!
- Na naszym posterunku wypracowaliśmy określone procedury postępowania, panie St. Bride. Dlatego zawsze przeżywam drobne rozczarowanie, gdy się dowiaduję, że któryś z pracowników ich nie dochował.
- Rozczarowanie… - Jack się wpatrywał przez chwilę w swoje kolana, a kiedy podniósł wzrok, Charlie zauważył, że podejrzanie błyszczą mu oczy. Nie umiał zdecydować, czy były to łzy, czy bezsilna furia, i wcale nie miał ochoty tego dochodzić. – To pańskie drobne rozczarowanie może mi zrujnować życie.
Charlie z trudem się powstrzymał od poruszenia zasadniczej kwestii: jeżeli ktoś zrujnował życie Jackowi St. Bride’owi, to tylko on sam.
- Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie zapobiec szerzeniu się plotek.
- A jest pan w stanie zapobiec aktom wandalizmu, detektywie? Czy może pan powstrzymać ludzi pozostawiających na drzwiach Roya Peabody’ego urocze graffiti, w których odsyłają mnie do wszystkich diabłów?
- Może pan złożyć oficjalną skargę, ale od razu panu powiem, że szanse wykrycia sprawców są wyjątkowo małe. – Charlie spojrzał Jackowi prosto w oczy. – Nikt nie może pana zmusić do opuszczenia tego miasta. Bez względu na to, co ktoś mówi czy robi, ma pan prawo się osiedlić, gdzie tylko pan zechce.
Po tych słowach St. Bride nieznacznie rozluźnił ramiona.
- Niestety – podjął Charlie – każdy ma również prawo do wyrażania własnych poglądów, a więc i prób perswazji, mających na celu nakłonienie pana do zmiany planów.
- Jeżeli zostanę poturbowany… jeżeli wyląduję w szpitalu… lub gdy się stanie coś jeszcze gorszego, czy dopiero wtedy stanie pan po mojej stronie?
- Ja zawsze stoję jedynie po stronie prawa. Gdyby doszło do fizycznej napaści, sprawcy zostaliby ukarani. – Charlie tak długo obracał spinacz w palcach, aż temperatura wywołana tarciem sprawiła, że pękł na pół. – Ta zasada działa jednak w obie strony. Będę się panu pilnie przyglądał, St. Bride. I jeśli pan choćby spojrzy na nastolatkę, znajdzie się poza granicami Salem Falls tak szybko, jak tylko zdoła pana stąd wywieźć radiowóz.
St. Bride wydawał się zapadać od środka niczym wieżowiec po eksplozji materiałów wybuchowych wieżowiec. Najpierw opadły mu powieki, potem ramiona, a w końcu zwisła nisko głowa. Charliemu teraz się zdawało, że ma przed sobą jedynie wypaloną skorupę człowieka, który jakiś czas temu wpadł do biura, gotując się z wściekłości. To kryminalista, powtarzał sobie detektyw w duchu, chociaż nie mógł się uwolnić od przeświadczenia, że oto patrzy na stworzenie z dziobem, błoniastymi łapami, porośnięte piórami, a jednak się upiera, że widzi psa.
- Czy to jasne?
- Jak słońce – odparł Jack, nie otwierając oczu.
*
Amos Duncan uderzył kilka razy sędziowskim młotkiem w kościelną mównicę. Gwar rozmów, unoszący się nad ławkami, natychmiast ucichł i wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę.
- Panie i panowie. Serdecznie dziękuję za liczne przybycie na nasze zebranie, pomimo zwołania go w tak nagłym trybie.
Powiódł wzrokiem po zgromadzeniu. Większość siedzących tu ludzi znał przez całe życie: podobnie jak on urodzili się i wychowali w Salem Falls, a sporo z nich pracowało w jego zakładach. Zostali tu wezwani za pomocą pospiesznie wydrukowanych ulotek, powrzucanych do skrzynek pocztowych przez przedsiębiorczych młodzieńców, którzy ochoczo skorzystali z szansy zarobienia kilku dolarów.
Na końcu nawy, oparty o ścianę, stał Charlie Saxton. Przyszedł tu, jak zaznaczył, aby pilnować porządku.
- Dotarło do moich uszu – zaczął Amos – że do naszej społeczności wdarł się intruz. Osobnik niebezpieczny, sprytnie się maskujący, ale w istocie wyczekujący na dogodny moment, by zaatakować.
- W Salem Falls nie ma miejsca dla gwałcicieli! – wykrzyknął ktoś z tylnych ławek i natychmiast rozległy się głosy poparcia dla wyrażonej opinii.
Amos uniósł dłoń, prosząc w ten sposób o ciszę.
- Przyjaciele, ja także sobie nie życzę, żeby podobne indywiduum mieszkało wśród nas. Wszystkim wiadomo, że mam młodziutką córkę. Podobnie jak co najmniej połowa z was. Czy doprawdy któraś z tych dziewcząt musi paść ofiarą zbrodni, byśmy podjęli kroki mające na celu skłonienie tego osobnika do opuszczenia Salem Falls?
Z miejsca podniósł się Tom O’Neill.
- Amos ma rację. Ostatecznie dysponujemy dowodami przeciwko temu człowiekowi: siedział w więzieniu za przestępstwo popełnione na nieletniej.
Charlie oderwał się od ściany i spacerowym krokiem ruszył wzdłuż nawy.
- Co w takim razie zamierzacie zrobić? – zapytał pozornie niewinnym tonem. – Urządzić strzelaninę w stylu Dzikiego Zachodu i położyć go trupem na środku miasta? Wyzwać na rewolwerowy pojedynek o świcie? A może podłożyć ogień pod dom, w którym szczęśliwym dla was trafem będzie akurat nocował? – Doszedł do mównicy i posłał Amosowi twarde spojrzenie. – Z obowiązku przypominam, że nikt w tym kraju nie stoi poza prawem. Ani St. Bride, ani żaden z was.
- Po naszej stronie stoi prawo moralne! – ktoś wykrzyknął.
- Musimy mieć na względzie bezpieczeństwo niewinnych dzieci!
Z ławki poderwała się kobieta w eleganckiej garsonce.
- Przeprowadziliśmy się z mężem do Salem Falls z Bostonu, ponieważ chcieliśmy wychowywać dzieci w bezpiecznym środowisku, niezagrożonym zbrodnią i występkiem. Gdzie nie ma przemocy i człowiek nie musi zamykać domu na pięć spustów. – Rozejrzała się dokoła. – Jaki przekaz pójdzie w świat, jeżeli nie będziemy walczyć o zachowanie tego?
- Przepraszam, chciałbym się włączyć do dyskusji. – Wszystkie oczy skierowały się na lewo, gdzie w jednej z ławek rozsiadł się w niedbałej pozie Jordan McAfee. – Ja również przeprowadziłem się tu niedawno w poszukiwaniu oazy spokoju. I mam syna mniej więcej w tym samym wieku co wasze córki, o które tak się niepokoicie. – Podniósł się leniwie z miejsca i ruszył w stronę mównicy. – I wiecie co? Gorąco popieram inicjatywę pana Duncana. W istocie, nawet nie sposób zliczyć, ilu zbrodni udałoby się uniknąć, gdyby zdusić w zarodku potencjalne źródła zagrożenia.
Amos zmusił się do nieznacznego uśmiechu. Nie miał pojęcia, kim jest ten McAfee, ale skoro facet postanowił się przyłączyć do jego krucjaty, nie zamierzał mu w tym przeszkadzać.
Jordan tymczasem wszedł na podium i stanął u boku Amosa.
- Pytacie, co powinniśmy z nim zrobić? Naturalnie zlinczować. W sensie metaforycznym… bądź dosłownie; nie ma to większego znaczenia. Ostatecznie cel uświęca środki, czyż nie? - Przez kościół przetoczyła się fala potakiwań. – Pozostaje tylko jeden drobiazg – ciągnął Jordan. – Jeżeli szczerze i z czystym sumieniem mamy się zabrać do zaprowadzania porządków w proponowany tu sposób, musimy się przygotować na kilka zmian. Weźmy na przykład rodziny z dziećmi… kto z was ma dzieci? – W górę zaczęły sunąć ręce niczym źdźbła wiosennej trawy, wynurzające się ze zmarzniętej ziemi. – Doskonale. A więc zalecałbym stanowczo, żebyście zaraz po przyjściu do domu spuścili swoim latoroślom niezłe manto, zakazali im opuszczania własnego pokoju, czy cokolwiek tam robicie w ramach kar wychowawczych. Nie dlatego, że wasze dzieciaki dopuściły się jakichś przewin, w żadnym razie… ale ponieważ w przyszłości mogą się ich dopuścić. – Jordan uśmiechnął się radośnie. – A gdy już jesteśmy przy karaniu… Charlie, mam dla ciebie propozycję: zacznij od razu zakuwać w kajdanki, powiedzmy… co piątą siedzącą tu osobę. Z pewnością wcześniej czy później któraś z nich wejdzie w kolizję z prawem. A także sprawdź w komputerowej bazie tablice rejestracyjne samochodów należących do tutejszych mieszkańców i, na chybił trafił, powypisuj mandaty. Nie ulega przecież wątpliwości, że w końcu kogoś przyłapiecie na przekroczeniu prędkości.
- Panie McAfee – wtrącił Amos z ledwo skrywaną wściekłością w głosie – zrozumieliśmy pański punkt widzenia. Nie musi pan dodawać nic więcej.
Jordan odwrócił się w jego stronę tak gwałtownie, że dużo potężniejszy Duncan odruchowo cofnął się o krok.
- Dodawać? Ja jeszcze na dobre nie zacząłem, przyjacielu – powiedział niebezpiecznie miękkim głosem. – Nie można oceniać człowieka na podstawie własnych lęków i uprzedzeń. To fundament naszego amerykańskiego systemu prawnego. I żadnej zabitej dechami dziurze w stanie New Hampshire nie wolno go podważać.
W oczach Amosa błysnęła furia.
- Nie będę stał spokojnie z boku, gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo mojego miasta!
- To nie jest pańskie miasto – rzucił Jordan, chociaż dobrze wiedział, że to nieprawda.
*
Gillian siedziała po turecku na łóżku, ubrana jedynie w szlafrok, z włosami wciąż mokrymi po prysznicu. Ustawiając prowizoryczny wiccański ołtarz, rozmyślała nad tym, czego się dowiedziała dzisiejszego dnia.
Ledwo minęło południe, a całą szkołę obiegła elektryzująca plotka: pomywacz z Do-Or-Diner zgwałcił jakąś dziewczynę w miejscu swojego poprzedniego zamieszkania. To na ten temat ojciec rozmawiał z ojcami jej przyjaciółek i właśnie z tego powodu Gillian miała zakaz opuszczania domu po zachodzie słońca. Stanął jej przed oczami Jack St. Bride - jasnowłosy, z kosmykami wpadającymi do oczu - i natychmiast przeszył ją rozkoszny dreszcz. Ona miałaby się go bać? Nigdy w życiu.
Gillian mało nie pękła ze śmiechu, kiedy patrzyła, jak wieczorem mieszkańcy Salem Falls umykali z ulic do domów niczym myszy przed burzą, skrzętnie chomikując okruchy poczucia bezpieczeństwa w nadziei, że dzięki temu przetrwają obecny kryzys. Sądzili, że Jack St. Bride przyniósł do ich miasteczka zło, ale to nieprawda – on tkwiło tu od zawsze. Może Jack był niczym żagiew przyłożona do stosu, ale składanie na niego całej winy zakrawało na skrajną niesprawiedliwość.
Tak czy owak, teraz – jak pewnie nigdy dotąd – Jack potrzebował… kogoś bliskiego.
Gillian poluzowała pasek szlafroka i zapaliła stojącą przed nią świecę.
- Z tego płomienia zaklęcie niech w moim imieniu się przędzie. Nie ma ranić, zła sprowadzać, a rozkoszą odpowiadać.
Ogarnęło ją ciepło – tak wielkie, jakby w jej ciele rozjarzył się ogień. Gillian zamknęła oczy. Przesunęła rękami po brzuchu, a potem powiodła nimi w górę i objęła dłońmi piersi, wyobrażając sobie, że rozgrzewa ją podniecający dotyk Jacka St. Bride’a.
- Gilly? – Rozległo się pukanie do drzwi i w progu stanął ojciec.
Wszedł do środka. Gillian natychmiast zasunęła poły szlafroka, podtrzymując je mocno pod samą szyją. Amos usiadł na łóżku, kilka centymetrów za jej plecami. Gilly zamarła w idealnym bezruchu; nie drgnęła, nawet wtedy, gdy położył rękę na jej głowie, jakby dokonywał swoistego aktu błogosławieństwa.
- Ty i te twoje świece. Pewnego dnia puścisz cały dom z dymem. – Opuścił rękę na ramię córki. – Już słyszałaś najnowsze wieści, jak sądzę?
- Tak.
- Nie przeżyłbym, gdyby cię spotkało coś złego – powiedział głosem nabrzmiałym od emocji.
- Wiem, tatusiu.
- Przy mnie zawsze będziesz bezpieczna.
Gilly uniosła dłoń i splotła palce z palcami ojca. Przez chwilę siedzieli urzeczeni tańczącym płomieniem świecy. W końcu Amos podniósł się z łóżka.
- Dobranoc, Gillian.
- Dobranoc – wyrzuciła z siebie nerwowo.
Drzwi zamknęły się z cichym stukotem. Gilly znów próbowała sobie wyobrazić, że jej ciało rozpala ogień. A potem uniosła nogę i zaczęła bacznie studiować podeszwę stopy. Nacięcie, które zrobiła w ubiegłym tygodniu, nadal było widoczne: cienki zygzak na wysklepieniu, przypominający otwór rezonansowy w skrzypcach. Podobny miała także na drugiej stopie. Z kieszeni szlafroka wyjęła scyzoryk i przejechała po skórze, żeby otworzyć rany. Pojawiła się krew, a Gillian gwałtownie wciągnęła powietrze upojona rozkoszą bólu.