Strona główna / Literatura polska / Opowiadania szkolne

Aktualności

09.03.2021

Spotkanie online ze Wiktorem Krajewskim

We wtorek 9 marca o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Wiktorem Krajewskim, autorem książki "Seksoholicy".

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

24.01.2021

Ewa Kempsity-Jeznach gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Ewą Kempsity-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne".

Bestsellery

TOP 20

  1. Modelki z Dubaju Marcin Margielewski
  2. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach
  3. Tytus, Romek i A'Tomek pomagają księciu Mieszkowi ochrzcić Polskę, z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani Henryk Jerzy Chmielewski

Fotogaleria

więcej »

Opowiadania szkolne


Grażyna Bąkiewicz
DZIEŃ JAK CO DZIEŃ

W poniedziałek rano zrywam się z łóżka, wypijam kawę i staję przed lustrem. Pora na obrządek afirmacji:
– Jestem silna i gotowa stawić czoła przeciwnościom. Dam radę, dam radę.
Spoglądam na swoje odbicie, żeby sprawdzić, czy przyjęło to do wiadomości.
– Wyglądam nieźle, czuję się całkiem dobrze, kocham siebie – mówię z groźbą w głosie. – Tylko nie chcę iść do szkoły!
– Dawaj, dawaj, bo już późno! – popędza mnie mąż.
No dobra, dzisiaj jeszcze pójdę. Może chociaż ten dzień minie spokojnie.

Już w drzwiach napotykam przeszkodę w postaci pędzących, przepychających się, splątanych ciał. Napierają na siebie brzuchami, spragnione bliskiego kontaktu, co jedynie w wąskim przejściu jest dopuszczalne. Jedno wielkie cielsko, ślepe, głuche, zafascynowane samo sobą, niezwracające uwagi na nic, co nie jest nim.
Nikt mnie nie przepuści. Nie ma szans. Czekam, by tłum się przewalił.
– Dzień dobry pani! – krzyczy ktoś, inny podchwytuje, słyszę to z wielu gardeł, myślą, że są grzeczni, że na tym polega kultura.
Stoję i czekam.
Jeszcze pojedynczy maruderzy, którzy prą za grupą. Dopiero po dłuższej chwili ktoś tam woła: „Przepuśćcie panią!”. Zatrzymują się. Kilku silnych blokuje pozostałych. Tworzą lukę, w którą, jeśli mam odwagę, mogę się wcisnąć. Nie jestem pewna, czy ktoś z tyłu, nieświadomy, co tu się dzieje, nie popchnie wszystkich. Wtedy wyląduję na ziemi.
Uff, udało się. Są z siebie dumni, że tak dobrze pojęli ideę dobrego wychowania, którą próbuję im wpoić.
Są okropni.

Na tablicy w pokoju nauczycielskim cała lista poleceń od pani dyrektor. Wszystko na dzisiaj.
– Sprawdź, co z tym twoim Zatockim. Ściągnij ojca, bo inaczej kierujemy sprawę do sądu rodzinnego. I zbierz pieniądze na teatr, ustal terminy lekcji w muzeum i skoreluj je z wycieczkami do domu kultury, żeby wam się nie zbiegły terminy. Sprawdź, bo zmienił ci się plan na czwartek, i pamiętaj, że w przyszłym tygodniu przyjdzie student na praktyki.
– Zapomniałam, co było pierwsze.
– Zatocki – przypomina usłużna koleżanka.
– Aha.
Zatockiego nie ma już od dwóch miesięcy. I dobrze. Przynajmniej jest spokój. Ale zgodnie z rozkazem dzwonię do ojca. Rozkaz to rozkaz, nie ma się co ociągać. Ojciec obiecał, że przyjdzie. Wątpię, by dotrzymał słowa, ale mam świadków, że rozmowa się odbyła.

Dzwonek na lekcję. No, zaczyna się.

Szurają krzesła, wszyscy wstają, żeby powiedzieć chórem „dzień dobry”. Ten zwyczaj jeszcze przetrwał, może dlatego, że jest w tym ruch, można wstać, poszurać krzesłem, przesunąć stolik, rozprostować kości. Krzesła znów chroboczą, gdy uczniowie siadają. Trwają pogawędki, tyle spraw mają do załatwienia, omówienia, przedyskutowania, jakby nie widzieli się od miesięcy, a nie zaledwie od wczoraj. Usta im się nie zamykają.
– Może przestaniemy się zagłuszać. Zajrzyjcie do podręcznika i przypomnijcie sobie, co to jest rewolucja.
Mruczą niezadowoleni.
Sprawdzam listę. Rozwieszam mapę. Rozdaję atlasy.
Niektórzy jeszcze śpią, pytają, która strona, ktoś dopiero wyjmuje zeszyt. Bartek i Łukasz mają już otwarte, ale na ostatniej stronie. Właśnie rozpoczynają grę w kropki. Już z samego rana, to dopiero hazardziści.
– Poszukajcie w atlasach Rosji.
Marta rozkłada na ławce pudełka z kredkami. Ciekawe, do czego jej służą. Ma szesnaście lat.
Kaloryfery grzeją, za oknem jeszcze mrok, rozjaśni się dopiero pod koniec lekcji, deszcz uderza o parapet. Środkowe okno cieknie.
– Na początek przypomnijmy sobie, gdzie leży Rosja. Kto podejdzie do mapy i wskaże?
Nie ma chętnego.
Ewa wzdryga się, gdy słyszy swoje imię.
– Słucham? – jest zdziwiona. Nie wie, czego od niej chcę.
– Gdzie leży Rosja?
– Koło Grecji? – pyta, nie wiadomo czy siebie, czy mnie.
Śmiech, ale niewyraźny, niesprecyzowany. Ci, którzy nie są pewni, kartkują pośpiesznie zeszyty.
– Na jakim kontynencie?
– ...???
– A jakie znasz kontynenty?
Oddycha z ulgą. To wie.
– Afryka, Niemcy, Polska i... – przez chwilę szuka w pamięci... – Japonia – dodaje z triumfem.
Nie wiem, co mam powiedzieć. Jest w trzeciej klasie gimnazjum, zaraz pójdzie do liceum, a potem na studia. Może będzie miała kogoś znajomego, kto wciągnie ją do polityki, a ona zostanie ministrem. To bardzo prawdopodobne, bo jest dobrą organizatorką i umie manipulować ludźmi.
– Jesteś pewna?
– Tak.
Ani sekundy wahania.
– Kto uważa, że Ewa ma rację?
Kilka rąk w górze. Mam nadzieję, że to dla jaj. Dziewczynka patrzy na mnie triumfalnie. Reszta się śmieje. Oddycham z ulgą. Nie jest z nimi aż tak źle.
– Siadaj.
Widzę, że ma mi za złe, że o takie trudne sprawy spytałam akurat ją. Nie lubi mnie dzisiaj. I przekona kilka swoich koleżanek, żeby też mnie nie lubiły. Nie szkodzi. Jak dostanie dobrą ocenę, będzie rozpowiadać wokół, jaka jestem wspaniała. Taki typ.
– Kto udzieli prawidłowej odpowiedzi?
Nikt się nie zgłasza. Muszę sama znaleźć ochotnika. Kilka lat temu znali tę odpowiedź wszyscy. Teraz połowa. Pozostali mają to w nosie.
– Co to był komunizm wojenny, kto go wprowadził i dlaczego?
Wskazuję kogoś na chybił trafił. Trafia na Michała. Ziewnął, żebym widziała, że go to nudzi.
– Nie wiem – mówi.
Nawet nie jest speszony.
– Sprawdź w zeszycie.
– Nie mam zeszytu.
– A gdzie jest?
– W sklepie.
Śmiech. Nie ma w tej radości za grosz zażenowania. Nie uważają tej odpowiedzi za chamskie grubiaństwo, ale zabawny żart w odpowiedzi na głupie pytanie. Połowa z nich nie posiada podręczników i nie ma takiej siły, która zmusiłaby ich do kupna czegoś, co uważają za rzecz zbędną. Po roku i tak nie będzie potrzebny, a w antykwariacie dadzą za stary najwyżej jedną trzecią ceny. Czysta strata. „Nie mamy pieniędzy na podręczniki” – to zasadniczy argument. Żeby chociaż był prawdziwy, ale gdzie tam. Wystarczy popatrzeć na firmowe adidasy, kurtki, spodnie. Mało kto chodzi w szmatach z rynku. Nie widać po nich biedy.
– Więc otwórz zeszyt i zapisz.
– Nie chce mi się.
I tyle.
Mogę się awanturować i on na to czeka. Wszyscy czekają. Ale mnie też się nie chce, wolę zachować spokój. Nawet drobne zdenerwowanie z mojej strony sprawiłoby im radość, mieliby ubaw z samego rana. Postawa nadmiernego pobłażania sprawiła, że są, jacy są. A mnie ani się śni denerwować, bo i tak niczego nie zwojuję. Jedno, co mogę, to postawić jedynkę, kilka już postawiłam, ale na nim nie robi to wrażenia. Każda następna i tak działa jedynie na moją niekorzyść. „Co pani zrobiła, żeby zachęcić chłopca do nauki?” – spyta pani dyrektor na najbliższej radzie. Ładny mi chłopiec, Misiek ma prawie osiemnaście lat. Popołudniami pracuje w warsztacie samochodowym i uczy się na mechanika. Po co mu historia? I ja wiem, i dyrekcja wie, że nic nie mogę zrobić, żeby zechciał się uczyć.
– Po co mi ta cała nauka? – Michał wzruszeniem ramion kwituje każdą odpowiedź, jakiej mogę mu udzielić. Z góry wie, że wszystkie będą do niczego. Dla niego gimnazjum to strata czasu. Chciałby chodzić do zasadniczej samochodowej i uczyć się zawodu. Ale takich szkół już nie ma. Musi siedzieć w gimnazjum, bo takie wykształcenie zafundowało mu państwo. Więc siedzi i czeka, aż sami go wyrzucimy. Chyba że się zlitujemy i zostawimy go w spokoju, by jakoś skończył tę szkołę. Jest w miarę grzeczny, więc tak robimy, bo szkoda chłopaka. Będzie na pewno dobrym mechanikiem.
– Siadaj. Kto wie?
Ktoś tam wiedział. Kilka rąk z grzeczności uniosło się lekko. Już tracą cierpliwość. Chcą, żeby coś się działo, coś nowego, nie lubią przestojów. Czyjaś ręka dźga powietrze, niecierpliwie, przyśpieszająco, nachalnie wręcz.
– Słucham, Kamil.
Dostałam odpowiedź, jakiej oczekiwałam. Chłopak rozgląda się z dumą po klasie, jakby spodziewał się ujrzeć zazdrość w oczach kolegów. „Brawo, Kamilku – mówią koledzy – będą z ciebie ludzie”.
Pora do pracy. Zaglądam do dziennika. Wybieram kogoś, kto zreferuje ostatni temat i dostanie porządną ocenę. Na szczęście wciąż są tacy i wiem, że nie tracę tu czasu na próżno.
Rozbudzili się. Mogę już wprowadzić nowy temat. Opowiadam im o królach, wojnach, rewolucjach, bohaterach i nowych rodzajach broni. Potem zadaję pytania, na które będą samodzielnie szukali odpowiedzi w podręczniku.
W tym czasie przechadzam się między rzędami ławek i sprawdzam, jak idzie im praca. Nudzi mi się. Wolałabym sama dopowiedzieć resztę, wtrącić trochę ciekawostek, połączyć fakty z innymi zdarzeniami i wyjaśnić, jak to wpłynęło na dalsze losy świata. Kazałabym zapisać najważniejsze rzeczy w zeszycie, powtórzyć to sto razy i sprawdzić, czy dobrze zapamiętali. Tak uczyłam całe lata i dzieci lubiły historię, bo ją rozumiały. Historia to ciąg konsekwencji, przyczyna i skutek, logiczna układanka, jak po sznurku od punktu A do punktu B, tyle że w czasie. Ktoś kiedyś wymyśli wzór matematyczny i po podstawieniu danych będzie można przewidywać przyszłość. „Nauczycielka życia”, jak określali ją starożytni. Ale żeby czegoś nauczyła, trzeba ją znać.
Lubię opowiadać dzieciom o tym, jak było, wskazywać związki między tym, co działo się wcześniej, a tym, co później, i jak jedno z drugiego wynikło. Tyle że teraz nie wolno mi za dużo gadać. Nowe metody zabraniają wywalania kawy na ławę, każą uczniom samodzielnie myśleć, na podstawie źródeł wyciągać wnioski. Ale wnioski, jakie wyciągają, są takie jak oni; powierzchowne i zabawne, bo oni z zasady sprowadzają wszystko do śmiechu. Mają zbyt mało doświadczenia, by ogarnąć chaos. Ich myśli krążą wokół włosów łonowych i dotknięć sprawiających, że nogi drżą. Trudno im skupić się nad losami całych narodów. Naprowadzam ich, podpowiadam, ale nieraz macham ręką na nowoczesność i sama mówię, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Słuchają z otwartymi buziami, dziwiąc się, jak niezwykły ciąg przyczyn i następstw doprowadził ludzi do tej chwili, gdy dłubiąc w nosach, mogą siedzieć i czekać na dzwonek.