Strona główna / Literatura faktu, historia / Sekta made in Poland

Aktualności

14.01.2019

Nominacja do tytułu Osobowość Roku 2018!

Beata Sabała-Zielińska, autorka książki "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć", nominowana do tytułu Osobowość Roku 2018! Zachęcamy do głosowania.

Wywiady

01.12.2018

"Nie mówiłam ani po polsku, ani po niemiecku, po prostu się nie odzywałam"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Emilią Smechowski, autorką książki "My, superimigranci".

Posłuchaj i zobacz

04.12.2018

"Pogoda dla puchaczy. Zima"

Marcin Kozioł i Bartek Jędrzejak o książce "Pogoda dla puchaczy. Zima". Zapraszamy do obejrzenia nagrania!

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem żoną terrorysty Laila Shukri
  2. TOPR. Żeby inni mogli przeżyć Beata Sabała-Zielińska
  3. Dawid Kwiatkowski. Optymistyczny kalendarz 2019 Dawid Kwiatkowski

Fotogaleria

więcej »

Sekta made in Poland

Marek Miller

Niebo

„…Wszystko zaczęło się pod koniec lat osiemdziesiątych w niewielkim gospodarstwie w Kruszewie koło Mrągowa, gdzie Bogdan Kacmajor mieszkał i gdzie przyjmował tłumy cierpiących z całej Polski. Uchodził za uzdrowiciela, wręcz za cudotwórcę. Przyjmował dziennie po 200–300 osób, a bywało że i 1000. Miejscem jego seansów były wówczas nawet salki katechetyczne. Czasami spotkania odbywały się także w kościołach. Rozwiódł się wówczas z pierwszą żoną i sprzedał dom…”. „…Z Kruszewa przeprowadził się do podlubartowskiej wsi Majdan Kozłowiecki w 1990 roku. Zakupił 22 ha ziemi w Nowodworze, dwa w Majdanie i pięć w Annoborze. Wybrał ten rejon, bo z kartotek swoich pacjentów wyczytał, że najwięcej uzdrowionych pochodzi właśnie z tamtych rejonów – Lubartowa, Łukowa, Białej Podlaskiej. Kupił 30 hektarów ziemi, na których miała stanąć kolonia dla najwierniejszych wyznawców…”. „…Dom zbudowano w ciągu kilku miesięcy. Bardzo szybko jak na ówczesne warunki. Miejscowi urzędnicy załatwili mu przydziały na materiały budowlane, a Kacmajor leczył ich za to »nakładaniem rąk«…”. „…Przy wznoszeniu domu udział mieli między innymi lokalny przedsiębiorca zajmujący się kamieniarstwem i handlem paliwami, a nawet ówczesny komendant lubartowskiej policji...”. „…W 1991 wprowadzają się do domu z ozdrowieńcami. Z patyków zbijają drogowskaz »Niebo«…”. „…Podczas wędrówek uzdrowicielskich Kacmajor spotkał Grażynę U. z Lublina, rocznik 1961, absolwentkę muzykologii i pedagogiki. Poderwał ją, jak wspomina, na dar widzenia duchów. Przybrali nowe imiona: Nie i Bo (razem Niebo) i stali się mężem i żoną, by począć siedmioro dzieci, pięciu chłopców, dwie dziewczynki. Dzieciom nadawali imiona układające się w ciąg: Niebo – Idzie (1987 r.), Do (1988 r.), Nas (1990 r.), Co Dzień (1992 r.), Nowe (1993 r.), Świtem (1997 r.). Zaczęli, jak twierdzili, już drugie zdanie: dziewczynka o imieniu Mądrość urodziła się w 2000 r. Dzieci miało być dwanaścioro, jak dwanaście plemion Izraela…”. „…Kacmajor nie sprawiał wrażenia demona. Przypominał raczej tpowego inteligenta: dżinsy, modna koszula, skórzana kamizelka, na nosie okulary w drucianej oprawie…”. „…Po dwóch latach, w 1992 r. w lubartowskim urzędzie gminy zarejestrowana zostaje oficjalnie działalność gospodarcza. W rubryce »rodzaj działalności« wpisano »Leczenie Duchem Bożym w imieniu Jezusa Chrystusa przez nakładanie rąk«, a Kacmajor wyrabia sobie oficjalną pieczątkę o tej samej treści…”. „…Wszyscy przyjeżdżali do Majdanu Kozłowieckiego, ponieważ uwierzyli, że Bogdan Kacmajor »leczy Duchem Świętym«. Uwierzyli dlatego, że zostali uleczeni. Jedna kobieta miała raka kręgosłupa. Jest dziecko, które urodziło się z rakiem płuc, a dziś wygląda na całkiem zdrowe. Byli tacy, którzy cierpieli na nieuleczalne schorzenie nerek, wzroku, słuchu itd...”. „…A to, jak twierdził Kacmajor, kogoś wyleczył ze schizofrenii, a to z raka macicy. A to załatwił sklepowej z mięsnego szóstkę górną, zęba. A to astmę jednej kierowniczce. »Parę rzeczy wydarzyło się naprawdę mocnych« tłumaczył. »A to jakiś niewidomy wzrok odzyskał, a to jednemu w Ostródzie matka zmartwychwstała, a to facetowi, który nie chodził od wojny, powiedziałem: »Janek, chcesz chodzić? No wstawaj i łaź«. Ludzie autokarami zjeżdżali. Kwiatki zwozili, świeczki palili. A on im kazania walił (czad odchodził). Stosował język adekwatny do tych czasów (nawet od chujów wyzywał). Uważał, iż Chrystus, mówiąc np. »plemię żmijowe!«, też szokował w podobnym stylu. Bogdan Kacmajor podnosił więc ręce, z jednej szło ciepło, z drugiej zimno. »Niech idzie duch – grzmiał. – Tylko trzy kurwy odrzućcie: kapitalizm, socjalizm i Kościół«. »Niebo« od razu stało się państwem w państwie. Jego mieszkańcy spalili polskie dokumenty tożsamości. Odrzucili wszystkie obowiązki, kpili z norm. Przeganiali ze swojego terenu wszystkich intruzów. Zaczęli tworzyć własny język pozbawiony dwuznaków (sz, cz, dz itd.), samogłosek ą, ę oraz liter: ś, ź, ć, ń, ż, ł. Była to, zdaje się, próba imitacji mowy Mojżesza, który według legendy seplenił. »Pocujes bul jelita na dole bzuha s prawej strony i bul ontroby oras zaciskającom tarcyce« – pisali w liście do Artura Marczuka, pierwszego opiekuna »Nieba« z komendy lubartowskiej. W taki sposób również mówili…”. „…Seplenili niezrozumiale. Wszystko za Biblią. Sam Kacmajor zaczął wówczas w listach podpisywać się jako Eliasz, Mąż Boży, Apostoł, Drzewo Żywota itd...”. „…Kolacje jadali po zachodzie słońca. Czytali Biblię, dzielili się chlebem, popijali czerwonym winem marki »Apostolskie«. Mówili do siebie bracie, siostro…”.

Magda J. - „Parafia św. Jadwigi”

Czasami wychodziliśmy do jakiejś restauracji – też wszyscy razem, a jak nie chciałam iść, to odprowadzali mnie do domu i otwierali mi mieszkanie. Nie zamykali mnie, ale miałam świadomość, że nie wyjdę, bo nie mam jak zamknąć mieszkania. Nie zostawię przecież otwartych drzwi. Atmosfera taka, że wszyscy wszystko robią razem. Takie zamknięte towarzystwo. Jeżeli chciałam gdzieś iść sama, to odbierane to było: „Trochę nie wypada, bo my jesteśmy razem. Może razem pójdźmy?”. Na początku miałam wrażenie, że to ja mam taki charakter, że wolę być sama. Myślałam, że muszę się bardziej otwierać na ludzi.

Krystyna H. - „Bóg Halina”

Wprowadziłam się do mojego kolegi hipisa. Łączyła nas sympatia – jak to między znajomymi. Ale jest wymóg, że przechodzimy na „pan” i „pani”. Nie mówimy do siebie ty, tylko panie Grzegorzu, pani Małgosiu. Potem zwracamy się do siebie imionami nadanymi przez panią Bóg Halinę. Chodziło o to, żeby nie było między nami zbyt mocnych więzi. Abd Ru-Shin pisał, że między ludźmi są kanały, w których mogą dziać się różne złe rzeczy, kiedy ludzie są za bardzo ze sobą związani. Przez to nie są wolni. Chodziło o to, żeby unikać przywiązania. Tak żeby nikogo nie wlec za sobą. Na początku miałam opory. Nie wiedziałam, o co chodzi. Przecież znaliśmy się i miałam nadzieję, że „pani”, „pan” będę zwracać się do wszystkich innych nowo poznanych osób, ale trudno. Musiałam się wykazywać, mobilizować i wymyślać swoje sposoby świadczenia i głoszenia prawdy. Bardzo dużo pisałam na temat duchowości. Tak leciał dzień po dniu. Pani Bóg Halina umawiała się z nami na konkretną godzinę – na odległość. Wtedy musieliśmy się wyciszyć, skoncentrować, usiąść, zapalić świeczki i otworzyć się. Miały na nas spływać informacje, które mieliśmy odczytywać i zapisywać. Mój kolega wpadał w jakieś dziwne stany, jakby miał delirkę. Przekazami były najczęściej symbole, które się człowiekowi przyśnią lub zamarzą. Postać leci na jakimś koniu i być może jest to jakaś postać duchowa, może jest to jakiś konkretny anioł albo osoba. Ta postać coś mówi. Rozwija się zwój albo widzę księgi. Notuję po kolei, co widzę, jak ja to widzę, co odczuwam. Jakie z tego płyną informacje. Ładnie to przygotowywałam, tzn. zapisałam, narysowałam i zaniosłam do księgarni. Księgarnia nazywała się Pałac, a nasze mieszkanie to był Zamek. Wszystko miało symboliczny, baśniowy wymiar. Nawet picie kawy było symboliczne – to było picie szczęścia czy łyk miłości. Jedzenie nie miało żadnych nazw, ale zalecana była dieta. Dzień nie jeść, a dzień jeść. Po tygodniu dwa dni nie jeść, a dwa jeść. Chodziło o osiąganie kolejnych etapów, aby przestawić się na żywienie światłem. Po takim poście jeden na jeden stwierdziłam, że jeślibym mogła, to ja chętnie z tych etapów zrezygnuję, bo nie wydaje mi się, żebym musiała je stosować. Pani Bóg Halina zgodziła się. Nie przymuszała do niczego, tylko kazała się samodzielnie domyślać. Grała rolę osoby z jednej strony surowej, a z drugiej przyzwalającej i akceptującej nasze indywidualne możliwości i potrzeby. Mówiła tylko, co z przekazu wynika. Dokonywała interpretacji, że należy zrobić to i to. Niektóre zadania były bardzo ciekawe. Mnie na przykład polecono, abym własnoręcznie zbudowała Arkę Przymierza. Wykazywałam się talentami manualnymi i pani Halina uznała, że nadaję się, aby to wykonać. Musiałam się cholernie zmobilizować. Wymiary już były podane, bo ktoś inny miał wizję. Nie mogłam zdobyć drewna. Nie wiedziałam, jakie ma to być drewno. Poszłam do moich kolegów muzyków, bębniarzy. Zapytałam ich, jakie ma być to drewno, co się z nim robi, jakich mam używać narzędzi. Byli zdziwieni, ale ja potrzebowałam ich pomocy i nie zależało mi na tym, co sobie myślą. Miałam obowiązek świadczenia tym, co robię i jak robię. Na wykonanie arki miałam nieokreślony czas. Zajmowałam się również rysowaniem. Rysowałam jakieś symbole, np. gołębicę z krzyżem równoramiennym. Wiele rysunków nosiłam do księgarni. Miały one ozdabiać naszą stronę internetową. Pisałam też wiersze albo tłumaczyłam wiersze pani Haliny na język angielski. Niektórzy ludzie przychodzili do księgarni i kupowali wiersze pani Haliny. Pani Tas pisała wierszyki na różne okazje. Uważała, że jej twórczość to jest coś niesamowitego.

Ja Bóg
nieustannie słowo z siebie wydobywam
wszystkie twory ludzkie do działania wzywam
kiedy król królów
władca najwyższy
daje wskazówki
to wzór najczystszy

Nawet podobały się te wiersze. Kiedyś raz miałam zaszczyt stania za ladą, dostałam nawet klucze do księgarni. Pani Halina wyjechała na jakiś swój urlop, na jakąś wędrówkę. Przyszła wtedy grupa uczniów z liceum i rozmawiali ze mną. Wypytywali o panią Halinę, interesowało ich, w jaki sposób ona może dowieść, że jest Bogiem.