Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Śmierć w banku Main Chance

Aktualności

13.12.2018

Spotkanie z Beatą Sabałą-Zielińską w Warszawie

We wtorek 22 stycznia o godz. 19:00 zapraszamy do kina Wisła w Warszawie (pl. Wilsona 2) na spotkanie z Beatą Sabałą-Zielińską, autorką książki "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć", oraz ratownikami - bohaterami jej książki.

Wywiady

01.12.2018

"Nie mówiłam ani po polsku, ani po niemiecku, po prostu się nie odzywałam"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Emilią Smechowski, autorką książki "My, superimigranci".

Posłuchaj i zobacz

04.12.2018

"Pogoda dla puchaczy. Zima"

Marcin Kozioł i Bartek Jędrzejak o książce "Pogoda dla puchaczy. Zima". Zapraszamy do obejrzenia nagrania!

Bestsellery

TOP 20

  1. Dawid Kwiatkowski. Optymistyczny kalendarz 2019 Dawid Kwiatkowski
  2. Jestem żoną terrorysty Laila Shukri
  3. TOPR. Żeby inni mogli przeżyć Beata Sabała-Zielińska

Fotogaleria

więcej »

Śmierć w banku Main Chance

Colin Forbes

Trzydzieści sześć godzin przed wyjazdem Tweeda i Pauli do Hengistbury na zewnętrznym stoku grobli, chroniącej rozległe trawiaste połacie Wash przed rozmyciem przez fale Morza Północnego, stał w ciemnościach samotny mężczyzna. Nazywał się Max. Oczekiwał, aż czarterowy parowiec pozostający poza zasięgiem pasa wód granicznych odpowie na jego sygnał.
W wielkiej dłoni trzymał potężną latarkę. Wysłał jeden błysk krótki, dwa długie i jeden krótki. Było mu zimno. Arktyczny wiatr przemroził go do szpiku kości pomimo podbitego bobrowym futrem płaszcza, czapki na głowie i sportowych rękawic samochodowych. Na szczęście morze było spokojne. VIP, który miał się zjawić na wybrzeżu, nie lubił wzburzonych fal.
Bryza zamarła i w tym samym momencie ze statku odpowiedziano na jego sygnał. Jeden błysk krótki, dwa długie i jeden krótki. Wcześniejszymi błyskami Max poinformował statek, że ta część Wash jest opustoszała i nie ma żadnego zagrożenia.
Kurde, pomyślał, całe Wash jest opustoszałe.
Jedynymi budynkami były tu nieużywane, stare kościoły, rozproszone wśród trawiastych pustkowi, wzniesione przed setkami lat przez kupców wełnianych, w czasach gdy handel tym towarem dawał znaczne dochody. Potem warunki ekonomiczne się zmieniły i ceny wełny poleciały w dół na łeb, na szyję. Wełniani baronowie i ich pracownicy zniknęli, a porzucone przez nich wsie przez długie lata niszczały, popadając w ruinę. Max, widząc nadpływający duży gumowy ponton, zaświecił latarką. Nędzny pomost z poręczami schodzącymi do wody był jedynym miejscem, gdzie mógł wylądować przybywający właśnie pasażer. Ponownym sygnałem Max wskazał prymitywną przystań nadpływającym. Ponton poruszał się szybko, a wytłumiony silnik dawał ledwie słyszalny pomruk.
Max miał dobrze ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a ręce i nogi krzepkie i zwinne. Był kiedyś pracowitym drwalem w Kanadzie, ale pewnego dnia zabił jednego z kolegów, gdy ten odmówił zwrotu pieniędzy, które był winien. Po zabraniu noża przygniótł ciało marnej jakości drzewem, ściętym specjalnie piłą łańcuchową. Wiedział, że nikt z grupy pracującej w oddali nie zainteresuje się zwalonym pniem.
Natychmiast wyjechał do Vancouveru i złapał samolot do Londynu. Spędził jakiś czas na East Endzie, ucząc się mówić jak cockney. Jego następnym posunięciem było kupienie za zarobione wcześniej pieniądze najlepszego ubrania.
Potem odwiedzał najlepsze hotele, wsłuchując się w sposób mówienia ich gości. Uczył się wtapiać w każde środowisko. Był bystry i wkrótce znalazł się na pokładzie samolotu lecącego do Paryża.
Znalazł pracę ochroniarza w wysokiej klasy klubie nocnym przy Champs-Elysées. Jego grube, ale regularne rysy i jasne włosy pociągały kobiety. Lubił kobiety, jednak pełniąc funkcję bramkarza, wystrzegał się ich. Mówił już płynnie po francusku.
Późną nocą po zamknięciu klubu poszedł do eleganckiego baru, jak mu się wydawało pustego, i zamówił u barmana drinka. Zwykle był ostrożny i nie nosił w kieszeni więcej niż kilka euro. Tym razem popełnił błąd. Wyciągnął wypchany portfel, za który niespodzianie chwycił jakiś wyrosły znikąd grubas.
Max, wciąż trzymając portfel, lewą ręką rzucił zgiętego wpół złodzieja na bar. Tamten potknął się i upadł, po czym z wyrazem wściekłości na tłustej twarzy skoczył na nogi, z kabury na biodrze wyciągnął pistolet automatyczny i wycelował w Maxa. Ten podniósł ręce do góry i powiedział po francusku:
- Za tobą!
Gdy tłuścioch zerknął do tyłu, Max prawą ręką sięgnął do kieszeni po nóż. Długie ostrze świsnęło w powietrzu i przecięło gardło grubasa. Upadł w przód wprost na rękojeść, a ostrze przeszyło jego mięsistą szyję na wylot. Leżał bez ruchu na podłodze.
Max odwrócił się, ponownie uniósł szklankę i chusteczką starł z niej odciski palców. W tej chwili pojawiło się wokół niego czterech typów o wyglądzie bandziorów. Rozważał, jak ma sobie z nimi poradzić, gdy stojący z przodu podniósł obie dłonie w geście pokoju.
- Zrobiłeś wrażenie na szefie. Chce z tobą pogadać. W tamtej alkowie...
W ten sposób Max spotkał, a potem stał się prawą ręką człowieka teraz ostrożnie schodzącego na ląd z pokładu pontonu mocno przytrzymywanego przez dwóch wioślarzy.
Calouste Doubenkian zeskoczył jak kot na twardy grunt i wolnym krokiem podszedł do Maxa. Trudno byłoby określić jego wygląd. Był niski, ale nosił długi karakułowy płaszcz sięgający za kolana. Futrzana czapka w rosyjskim stylu zakrywała jego wysokie czoło, a wielkie ciemne okulary zasłaniały oczy. Długie futrzane rękawice skrywały ręce. Gdy zbliżał się do swojego ochroniarza, buty na miękkich podeszwach nie wydawały żadnego dźwięku. Jego głos był spokojnym mruczeniem, Calouste mówił po angielsku niezwykle miękko, co zawsze wprawiało Maxa w zakłopotanie.
- Czy jest bezpiecznie? - spytał.
- Było, gdy ostatni raz sprawdzałem...
- To może lepiej sprawdź jeszcze raz?
- Proszę poczekać tutaj, panie Doubenkian - odparł Max nerwowo.
- Czy nie mówiłem ci przedtem, abyś nigdy nie wymawiał mojego nazwiska?
- Przepraszam pana. Bardzo przepraszam.
- Pójdę z tobą, gdy sprawdzisz.
- Gdyby pan mógł iść dokładnie po moich śladach. Tuż obok kamieni na ścieżce są głębokie bagna.
- Wygodne do ukrycia zwłok, mój drogi Maksie.
- A więc poprowadzę pana.
Księżyc, który wyjrzawszy zza chmury, pozwolił Maxowi ujrzeć zbliżający się wielki ponton, teraz oblewał upiornym światłem porośnięte trawą pustkowie za groblą. W otaczającej ich ciszy słychać było jedynie lekki szum motoru popychającego ponton z powrotem ku oczekującemu statkowi. Ciszę przerwał Calouste, ostrożnie stąpający z jednej kamiennej bezpiecznej wysepki na drugą. Jego silne nerwy zostały wystawione na próbę sięgającą granic wytrzymałości, gdy spoglądał na sinozieloną trawę po obu stronach ścieżki, utrzymującą się na powierzchni śmiertelnie niebezpiecznego, niezgłębionego grzęzawiska.
- Czy przygotowaliście wszystko do wyeliminowania Tweeda, zanim dotrze do Hengistbury? - spytał miękko.