Strona główna / Literatura polska / Listy z rabarbaru

Aktualności

13.09.2019

Spotkanie z Rafałem Grupińskim w Poznaniu

W czwartek 19 września o godz. 18.00 zapraszamy do Fundacji Malta (ul. Ratajczaka 44 w Poznaniu) na spotkanie z Rafałem Grupińskim, autorem książki "Polityka i kultura".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Listy z rabarbaru

Edward Redliński

Savoir-vivre

W przedziale siedzieli: pani Kalinowska, szwagier Kazimierz i Bosak, mój ojciec chrzestny. Ukłoniłem się miękko, czułem, że udał mi się ukłon.
- Dobry wieczór! - powiedziałem, przydając głosowi nieco dojrzałej chrypki.
- O, nasz warszawiak - roztkliwiła się pani Kalinowska. - Aleś ty urósł. - Zawsze przyrównuje swoich uczniów do wymiarów z siódmej klasy. - Pewnie tęskniłeś do domu...
- Może... troszeczkę. - Włożyłem walizkę na półkę, rozwinąłem szalik moher bordo, zdjąłem płaszcz (niech widzą, że człowiek obyty w dalekich podróżach). - Nie jest się dzieckiem - dodałem fałszywym basem.
Bosaka zdziwiło moje rozbieranie się. Oni siedzieli w zimowych paltach, kołnierze mieli postawione.
- Przeziębisz się - zauważył. - Do Guzowa prawie godzina jazdy.
- Wiem, wiem, cztery lata dojeżdżałem. Nie takie mrozy się przeżywało.
Szwagier lustrował mnie skrycie. Zezował to na grzywkę, to na koszulę non-iron. Nachylił się, niby poprawiając sobie sznurowadło, i przyjrzał się moim spiczastym butom, po czym oparł się ciężko o ścianę. Patrząc przed siebie, wyrzekł, ni to pytając, ni oznajmiając:
- Pośpiesznym przyleciałeś, co nie?
- Tak. Międzynarodowym... Berlin - Warszawa - Leningrad.
Mruknąłem to od niechcenia, jakbyśmy nie siedzieli oto w podmiejskim gruchocie, lecz całe życie jeździli transkontynentalnymi ekspresami. Zamilkłem godnie. Ponownie zagadnęła kierowniczka - w samo sedno, aż pokraśniałem z zadowolenia.
- Wyprzystojniałeś, Pawełek. Taki studenciak jesteś, że ho! - Przechyliła głowę. - A wiesz, dobrze ci w takim uczesaniu.
Pociąg ruszył.
Matka zdębieje! - rozgrzewałem się wyobraźnią. - Kryśka zakrzyknie: Pawełek?! Trzy miesiące, a nie do poznania!...
Proszę, co z człowieka robi stolica. A przyjechałem do akademika w obficie wywatowanej marynarce, uczesany kopiasto do góry. Zaraz pierwszego wieczora Marek, najstarszy z trójki współmieszkańców, posadził mnie na krześle i z nożycami w ręku obejrzał z profilu i od frontu jak kogut jeża, obmacał potylicę.
- Zrobimy się na Kennedy'ego - zawyrokował. Następnie strzepnął mi czuprynę na czoło i ciachnął nożycami.
Resztki skropił wodą z kranu, uczesał i podał lusterko. Spojrzałem: obraz do złudzenia przypominał mi okładkę "Ekranu". Uśmiechnąłem się - dopiero po tym gamoniowatym uśmiechu rozpoznałem Pawła z Rabarbaru. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak szybko można człowieka uwspółcześnić. Marek chrząknął, kontent z dzieła, i kiwnął na Mietka, drugiego prowincjusza.
- Siadaj, żytniaku - rozkazał.
Opatrznościowy nasz patron pochodzi z Wołomina, ale łobuzował niemało na Targówku, zna tam wszystkie ulice, zaułki, bramy i uważa się za stuprocentowego warszawiaka. Nas, przyjezdnych, ochrzcił mianem żytniaki.
A droga na pierwszy wykład! Szliśmy na przystanek; nieco w przodzie naszej czwórki tańczył Marek. Gestykulując szalonymi rękami na pół trotuaru, wyłuszczał tajemnice klasycznego wskakiwania do tramwaju:
- Rozbieg... - wzniósł palec do góry - maksymalny! Odbijasz się z prawej nogi i rrraz! Lewą łapą cap za pręt! Lądujesz na nodze lewej... - tu zastygł na chodniku w ekstremalnej pozycji tanga argentyńskiego - a prawą nogę odstawiasz do tyłu jak w chorągiewce. - I rzucił triumfalnie do nas oraz tuzina gapiów: - Ka-pe?!
Zza rogu akademika wyłaził z Grójeckiej, jak czerwony aligator, tramwaj numer 5. Marek ogarnął nas okiem tygrysa prowadzącego młode na pierwszy żer.
- Baczność, żytniaki! - zakomenderował. - Gazu!
Ruszył. My za nim, sprintem. Od razu wysforował się z dziesięć metrów, prułem za nim jak Foik za Hayesem. Gdy na mgnienie oka spojrzałem za siebie, Zbyszek stał pośrodku asfaltu bez okularów, komiczny, a Mietek zbierał na torowisku kajety... - Marek w tym momencie skoczył, ujrzałem go już na stopniu w mistrzowskiej chorągiewce. Szybciej! Tramwaj! Stopnie! Nogi, dzikie nogi wyrzuciły mnie jak kangura z asfaltu het na sam środek pomostu. Marek zachłysnął się.
- Da Silva!!! Ludzie! Talent!
Trzy, cztery dni później - wieczorem to było, w akademiku - Marek odłożył pióro i pociągając holmesowsko nosem, zastanowił się na głos:
- Co to jest... Trójfetorek czego?...
Po namyśle klepnął się w udo.
- Wiem. Wiem, żytniaki. Pokazać walizki!
Wyciągnęliśmy spod łóżek nasze pudła. Marek ustawił przy krześle kosz na śmieci. Brał do ręki zawiniątka w białym płótnie, w papierze, w gazetach - obwąchiwał i bez pardonu obwieszczał wyroki:
- Schabik! Do kosza!
- Ma-seł-ko! Całe kilo... Do kosza!
- Kaczuchna? I ty do kosza...
Nad jajkami się zawahał.
- Zdroweście - stwierdził. - Te jajeczka położymy o, tutaj.
Ułożył je w szafie na półce, tamże ulokował wiktuały ze swojej walizki. Następnie zwrócił się do nas.
- Wiecie, co to wspólny stół? Wiecie, w porządku. - Wskazał mi kosz. - Wyrzuć to...
To Marek uczy nas stylu, czyli studenckiego szyku. Pomaga w kreśleniach. Organizuje zespołowe ściąganie na kolokwiach. Szef, co się zowie! Gdy wyjeżdżałem, huknął mnie w ramię.
- Pozdrów tam, Pawka, starego Kosa! - Żeby osłabić serdeczność, dodał: - Żytniaku jeden!

I oto jadę z moimi krajanami w jednym przedziale. Oni patrzą i podziwiają moją studenckość. Opowiadam im dyrdymałki o Warszawie, profesorach, Murzynach...
- Dobrze, dobrze - stopuje Bosak, ojciec chrzestny. - A gdzie ty jesz, że taki chudy?
- W stołówce.
- I drogo to?
- Półdarmo. Bon mi przyznali.
- Hm, hm... A co jeść dają, zupę dają?
- Oczywiście.
- Jakie zupy?
- Grochową dają, szczawiową, ogórkową... Dają jagodową, kalafiorową...
- Kalafiorową, mówisz? - Bosak nigdy nie jadł w restauracji. - Kalafiorową... Z czego to?
- Jak to z czego. Jak kalafiorowa, to nie z parasola, tylko z kalafiora, panie Bosak. - To panie dodaję dla połechtania, brzmi wykwintniej niż nasze wioskowe wy.
Wtrąca się nauczycielka.
- Co to, nigdy pan nie widział w sklepie kalafiora? Takie białe, grudziaste...
Bosak natęża myśli. Przypomina, przypomina, wreszcie macha ręką. Zapytuje o drugie danie. Wyliczam:
- Schabowy, mielony - kotlety. Dalej - rumsztyk, brizol, zrazy, stek, pieczeń wieprzowa, wołowa...
- E, coś ty bujasz. Za bogato. Aha, pewnie dają tyle, co za paznokciem.
- Skądże - zaprzeczam. - Schabowy waży dwadzieścia deka. Mięsa ja teraz jem dwa razy tyle co w domu.
Słuchają w zachwyceniu. Jeszcze szwagier bada:
- A ziela dają?
- Pewnie. Surówkę z marchwi, z rzodkwi, kapustę kiszoną i włoską. Ogórek, truskaweczki mrożone... Do tego deser zawsze dają. Trzy dania, panie Kaziu... - zaznaczam wytwornie. Spojrzał badawczo.
- Tak, tak, panie Kazimierzu - powtarzam.
Zmarszczył czoło i łypnął ostrym okiem.
Bosak jest nienasycony. Jego dociekliwość nie ma granic.
- Ale piątków i suchedni tam nie uważają, co?
- Nie, postów nie uważają. W piątki mięso leci normalnie. Warszawa nie wioska, panie Bosak.
W tym momencie szwagier otworzył gwałtownie usta, jakby chciał rzec mi coś nerwowego, ale tylko kłapnął zębami i dźgnął wzrokiem. Czyżbym strzelił jakąś gafę?
Moja uwaga o wsi rozpętała dyskusję między Bosakiem a panią Kalinowską, która nadmieniła, że dziś i na wsi mało kto honoruje dni postne. Rozmowa wnet przetoczyła się na temat ślubów cywilnych i koś-cielnych, skręciła na rozwody i rozwydrzenie młodzieży, trąciła o sądy i zatrzymała się na spekulanctwie oraz łapówkach. W tym momencie pociąg stanął. Guzowo. Owinąłem się moherem, życząc wesołych świąt, ucałowałem kulturalnie rękę pani Kalinowskiej, i w rozpiętym płaszczu - nieco ociągając się w drzwiach, żeby jak najwięcej osób widziało mnie w pełni akademickiego blasku - zszedłem na peron. Niestety, mrok zepsuł efekt. Podałem rękę szwagrowi i ruszyłem za Bosakiem do Rabarbaru. Ale szwagier nie skręcił w guzowską ścieżkę. Szedł obok i patrzył pilnie w ziemię. Zatrzymałem się zdziwiony.
- O, pan, panie Kaziu, też do Rabarbaru?
Wtedy ujął mnie za barki i wpatrując się w oczy, rzekł dobitnie:
- Słuchaj, kurwa! Jeszcze raz do swojego powiesz pan, a dostaniesz w mordę. Jasne?
Odkręcił się i poszedł. Krew uderzyła mi do uszu.