Strona główna / Literatura światowa / Ostatnie lato w Arkadii

Aktualności

08.07.2020

Spotkanie z Wiktorem Krajewskim w Warszawie

We wtorek 21 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Restauracji Endorfina Foksal w Warszawie (ul. Foksal 2) na spotkanie z Wiktorem Krajewskim, autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.06.2020

Przemysław Staroń o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia

Zapraszamy do obejrzenia nagrania w którem Przemysław Staroń (Nauczyciel Roku 2018) opowiada m. in. o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia.

Bestsellery

TOP 20

  1. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  2. Aksamitka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Franka. W obcym domu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Ostatnie lato w Arkadii

Deirdre Purcell

Rozdział 1

Zeszłej nocy śniło mi się, że w Arkadii wszystko było jak dawniej. Ubiegłe dwa miesiące minęły jak gdyby nic się nie stało, a życie płynęło zwykłym, wręcz nudnawym trybem. Moją uwagę przykuł szczególnie jeden aspekt owego snu, a mianowicie to, że byłam szczęśliwa.
We śnie przygotowywałam wielką lasagne, Tom i Jack grali w skomplikowaną grę na laptopie Jacka, a w zamku chrobotał klucz Jerry'ego, który właśnie wracał z pracy. Działo się to w piątek, gdyż w pozostałe dni tygodnia i w niektóre weekendy mój małżonek nie przychodził na obiad czy też na kolację, jak obecnie mówimy. Chcąc oddać mu sprawiedliwość, muszę zaznaczyć, że traktował piątkowe wieczory z wielkim przejęciem, chyba że akurat przebywał za granicą.
Włożyłam lasagne do piekarnika i odwróciłam się, żeby przywitać mojego męża. Miał długie, zmierzwione włosy, a jego twarz pokrywał bujny zarost. Zamienił się w zaklętego księcia z „Pięknej i Bestii”.
Obudziłam się z sercem w gardle, lecz zarówno w sypialni, jak i mojej w głowie panowała niezmącona cisza: krzyk również musiał stanowić część snu.
Z miejsca zrozumiałam, że nawiązanie do baśni wynikało z obejrzanego niedawno spektaklu. Było to jednak bez znaczenia, gdyż powoli odzyskiwałam normalne tętno, a wraz z nim poczucie rzeczywistości, w całym jej potwornym wymiarze. Spojrzałam na zegar stojący przy łóżku, minęło wpół do szóstej. Należąca do Jerry'ego połowa łóżka była pusta i zimna.
Z dużego pokoju na dole dochodził niebudzący wątpliwości jazgot rogów i trąbek. W chwilach zdenerwowania mój mąż zawsze słucha „Pierścienia Nibelunga”: wyobraziłam sobie, jak siedzi skulony na swym skórzanym fotelu „do słuchania”, łapczywie zaciągając się papierosem. Rzucił palenie blisko sześć lat temu, lecz z powodu ostatnich wydarzeń znów wypala dwadzieścia, trzydzieści papierosów dziennie.
Przed laty cała nasza paczka kopciła jak jeden mąż, Fergus i Maddy, Rita i Ricky, Michael i ja. Bezmyślnie sięgaliśmy po fajkę, gdy zadzwonił telefon, przy kawie albo herbacie oraz tuż przed pójściem spać, w ramach podsumowania przesiąkniętego nikotyną dnia. Jeszcze wcześniej Maddy, Rita i ja paliłyśmy jak smoki nad żółknącymi stertami urzędowych papierzysk, na długo przed nastaniem etosu anty-nikotynowego, a po latach, kiedy do Irlandii napływał zza oceanu trend pod hasłem „szanuj zdrowie”, w duchu zacierałam ręce, gdy w miejsce Michaela pojawił się Jerry, też palacz. Jeszcze nie musiałam rzucić papierosów!
Leżałam w łóżku, słuchając, jak melodia Wagnera faluje wokół, delikatnie stłumiona odległością i grubą warstwą drogiej wykładziny.
Uznanie dla muzyki to zasadniczy ocalały we mnie aspekt młodości. Na oko trudno byłoby to stwierdzić: od lat nie tknęłam steinwaya w salonie, a co do wiolonczeli, dawniej jedynego przedmiotu, który ratowałabym z płonącego domu, nie widziałam jej od czasu, gdy została oddana na przechowanie po narodzinach Jacka, czyli blisko osiemnaście lat temu. (Zdana na łaskę firmy od przeprowadzek nawet nie zainteresowałam się losem instrumentu).
Maddy, Rita i ja opracowałyśmy sobie kiedyś rodzaj swoistej muzycznej „wymiany”: one zgadzały się pójść ze mną na koncert do Narodowej Hali Koncertowej pod warunkiem, że wybiorę się z Maddy na musical, a z Ritą na występ jednej z „ikon” popularnej sceny muzycznej, czyli Franka Sinatry, Neila Diamonda, Sandie Shaw lub Gartha Brooksa.
Rita z zachwytem wspomina koncert Diamonda na stadionie piłkarskim przy Lansdowne Road. Zachwyt - to nie do końca adekwatne określenie, zwłaszcza że przy tej okazji mało nie oszalała ze szczęścia. Wciąż mam przed oczami widok jej czerwonej, wełnianej czapki rozkołysanej nad futrzanym kołnierzem i czuję szarpnięcie, jakim poderwała mnie do tańca.
Najbardziej energiczna z nas trzech, tego wieczoru przeszła samą siebie, werbując spośród widzów (bez względu na wiek) garstkę ochotników, z którymi mimo przenikliwego chłodu odśpiewała na całe gardło „Sweet Caroline” i „Love on the Rocks”.
Pamiętam, jak zerknęłam na Maddy, wówczas tryskającą zdrowiem i bez reszty osłupiałą, gdy zauważyła, że sama również wydziera się ile sił w płucach. Serce krajało mi się na jej widok. Maddy to prawdziwa artystka, powinna była robić swoje. Czemu nie mogłyśmy lepiej jej pilnować? Do diabła z Fergusem i jego „potrzebami”!
Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego ów barwny incydent przy Lansdowne Road stanął mi przed oczami po. ilu to już? Czterech? Pięciu latach? I to w takim momencie. I dlaczego tak się nad nim rozwodzę?
Może dlatego, że tego lata brakowało mi równie nieskomplikowanych przyjemności. A może po to, by (zanim do reszty się rozkleję) zaznaczyć na samym początku, że bynajmniej nie stronię od dobrej zabawy.
Na przykład na tamtym koncercie, z chwilą gdy przestałam się obawiać śmieszności związanej z wymachiwaniem rękami w powietrzu, zapomniałam o wstydzie i bez wahania przyłączyłam się do reszty. A gdy tycia kropka w dole, czyli sam piosenkarz, po raz ostatni odszedł od fortepianu, wraz z pozostałymi urządziłam owację na stojąco, oklaskując także Ritę. (Która swoim zwyczajem przyjęła ów hołd z pobłażliwym wdziękiem królowej matki).
W głębi duszy mam ochotę dać się tak ponieść każdego dnia, stać się spontanicznie towarzyską i nieskomplikowaną ekstrawertyczką na wzór i podobieństwo przyjaciółki, lecz wychowanie i przeżycia z młodości narzuciły mi głęboko zakorzenioną powściągliwość. Moje dwie najbliższe przyjaciółki trafnie (i dość oględnie) określiłyby mnie jako najspokojniejszą z nas. W domu, w Arkadii, emanuję pewnością siebie, istna pani na włościach. Poza jego granicami mężnie nadrabiam miną, udając, że panuję nad sytuacją. Nic bardziej mylnego.
Gdzieś czytałam, że nieśmiałość to ostateczny przejaw egoizmu. Jest w tym źdźbło prawdy: ludzie nieśmiali, tacy jak ja, lewitują w ograniczonym kręgu samooceny („Lubią mnie?”) i potrafią precyzyjnie jak barometr, z dokładnością co do ułamka określić stosunek emocjonalny rozmówcy względem własnej osoby. W moim przypadku „trzecie oko” uaktywnia się w obecności trzech lub więcej osób. („Co ty pleciesz, kretynko! Wezmą cię za kompletną idiotkę!”) Bywa że w wyniku jego działań wręcz orbituję poza własnym ciałem.
Wiem, że przepraszająca mina na tak wczesnym etapie („bądźcie dla mnie wyrozumiali, okażcie mi sympatię, bo tak naprawdę jestem całkiem do rzeczy”) z miejsca mnie dyskwalifikuje.
Dosyć. Sami mnie ocenicie.
Maddy z całą pewnością akceptuje mnie z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale Rita nie ustaje w wysiłkach, żeby mnie rozgryźć. Przy każdej okazji, jak sama to nazywa, „wyciąga mnie za uszy” i choć szanuje mój gust muzyczny, wychodzi z założenia, że upodobanie do „pieśni pogrzebowych” ma zdecydowanie ujemny wpływ na psychikę. Tak więc jestem ciągana nie tylko po „jej” koncertach, ale i do cyrku. Chwała Bogu za bojową, żywiołową Ritę. I za Maddy też, a jakże. Chwała za obie przyjaciółki i ich wsparcie. Bez nich oklapłabym jak przekłuty balon, z dala od reszty świata; bo Jerry zawsze stroni od towarzystwa i spotkań z osobami, z którymi nie łączą go bliższe stosunki.
Tego ranka nie zeszłam na dół, aby go pocieszyć, gdyż wyczerpałam zasób słów stosownych na tę okazję, a poza tym nadal targają mną sprzeczne uczucia. Pewnie zabrzmi to nieco melodramatycznie, ale moje serce spłonęło doszczętnie. Poważnie. Zupełnie jakbym miała w środku ziejącą, wypaloną dziurę.
Gdy to mówię, mija pięć godzin od tamtego okropnego przebudzenia. I kiedy siedzimy tak, mąż i ja, w salonie w Arkadii, wpatrzeni w postrzępiony całun mgły pełzającej nad zszarzałą, nieruchomą taflą wody, nie czuję kompletnie nic.
Myśli z wolna, wręcz leniwie płyną w mojej głowie, bez związku z traumatycznymi wydarzeniami ostatnich tygodni i miesięcy. Obecnie jestem zdana na łaskę innych, toteż wszelkie refleksje i zmartwienia pozostają bez wpływu na to, co zdaje się nieuchronne.
Szukam ucieczki w rutynie. Jeśli znajdę kogoś do opieki nad Tomem (który osiągnął etap, że wzbrania się przed opiekunką, choć nadal jej potrzebuje), mogłabym po południu zagrać w tenisa, ale tylko jeśli mgła się podniesie. Nie, w zasadzie mogłabym zagrać bez względu na mgłę.
Mogłabym zadzwonić do Rity lub Maddy albo do jednej i drugiej i umówić się w mieście na kawę. Albo wyskoczyć razem do któregoś z centrów handlowych przy M50. Od wieków nie byłyśmy w Dublinie na takim wypadzie.
Mogłabym pójść do kina. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam jakiś film.
Albo nie, może zacznę segregować odzież. Worki ze sklepiku charytatywnego łypią na mnie oskarżycielsko za każdym razem, gdy idę korytarzem.
Jerry, który siedzi naprzeciw mnie, skurczył się jakby i zapadł w sobie. Ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ale dziś wydaje się drobny jak staruszek, chociaż dopiero skończył pięćdziesiąt lat. W zwykły dzień o tej porze byłby w pracy i zarządzał wszechświatem.
Co też ja plotę.
Jak to się zaczęło?
[...]
Trudno określić dokładny początek, dlatego najlepiej cofnę się do pewnego majowego dnia, kiedy wyjechaliśmy do Collioure.