Strona główna / Fantastyka / Czarnoksiężnicy z Krainy Osobliwości

Aktualności

24.09.2021

Spotkanie online Pauliną Młynarską

W piątek 24 września o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Moja lewa joga".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

18.09.2021

Rozmowa z Anną Karpińską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Anną Karpińską, autorką książki "Kiedy nadejdziesz".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Martwiec Katarzyna Puzyńska
  3. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston

Czarnoksiężnicy z Krainy Osobliwości

Peter Haining

Robert Bloch
„Dobra rycerska robota”

Nie wiem, jak to jest z wami. Ze mną jest tak: w ogóle nie lubię reklam, a ze wszystkich reklam, których nie lubię, „syjamskich brzytew” nie lubię jak sukinkot.
Stoją takie szeregiem przy autostradzie, a na każdym jest fragment wierszyka, więc kiedy się je minie wszystkie, zna się całą poezję o „syjamskich brzytwach”. Brzmi jak rymowanki, którymi się karmi szczeniaków w przedszkolach, a ja nie mam żadnych ciepłych uczuć do przedszkolnych rymowanek.
W każdym razie na widok pierwszej planszy zionąłem ogniem i łyknąłem sobie znowu. Ale nie mogłem wytrzymać, żeby nie przeczytać, co tam jest napisane, bo zawsze tak robię. A było napisane:
NA CO CI BRODA
A trochę dalej na następnym:
JAK STARY CHWAST
Wkrótce dojechałem do trzeciego z:
CHWYTAJ ZA BRZYTWĘ
I raptem zaczynam się cieszyć jak głupi, bo mam nadzieję, że ktoś się pomylił i na czwartej planszy będzie:
I W SZYJĘ CHLAST!
Więc niecierpliwie czekam na ostatni, wypatruję, oczy wychodzą mi z głowy - i wdeptuję hamulec.
Nie, nie widzę plakatu. Na drodze coś stoi. Dwa cosie.
Jedno z tych cosiów to koń. A raczej przypomina konia najbardziej ze wszystkiego, co jestem skłonny zobaczyć po czterech kolejkach. Jest to koń pod jakąś serwetą czy namiotem, który zakrywa mu nogi i kark. Co tu gadać, ten koń ma na głowie maskę z otworami na oczy, jakby wstąpił do Ku-Klux-Klanu.
To drugie coś siedzi na koniu. Jest całe srebrne, od stóp do głów, a z głowy wyrasta mu długie pióro. Wygląda toto jak mężczyzna i ma w jednej ręce długi, ostry kij, a w drugiej pokrywę od kubła na śmieci.
Jak tak sobie patrzę, mam pewność tylko co do jednego. To nie jest samotny kowboj.
Podjeżdżam ciutek bliżej i moje piękne błękitne oczy powiadamiają mnie, że gapię się na faceta w zbroi, a ten długi ostry kij jest czterometrową włócznią z brzytwą na czubku.
To, kim jest i dlaczego się tak przebrał, może się okazać bardzo interesujące dla niektórych formacji, na przykład policji stanowej, ale ja jestem bardzo daleki od wstąpienia w te szeregi. Jestem także bardzo daleki od Cienkiego Tommy'ego Malloona, który czeka na moje dziesięć dolców za ochronę.
Więc widząc przed sobą zaporę w postaci tego żywego skupu złomu, wystawiam łeb za okno i odzywam się tonem donośnym, lecz uprzejmym:
- Zjeżdżaj z drogi, bracie!
Co się okazuje błędem jak jasna i ciasna cholera.
Gość w nierdzewnym garniaku patrzy tylko na zbliżający się do niego samochód i przechyla zakuty łeb na widok pary buchającej z chłodnicy. Opary zaczynają się wydobywać z dźwiękami puzonu, bo mocno przydeptuję gaz, i zdaje się, że to przeważa szalę w oczach zakutego.
- Łojezu! - wyje głos zza przyłbicy. - Smok!
I od razu nastawia tę swoją kopię, spina konia i dawaj na moją furgonetkę.
- Za wodza i Anglię! - ryczy na tle szczękania. I pruje jak mały czołg.
Ta jego czterometrowa dzida celuje prosto w moją chłodnicę, a ja nie chciałbym, żeby mi przebił silnik, więc oczywiście zjeżdżam mu z drogi.
Z tego powodu chłodnica znajduje się jeszcze bardziej pod kreską i wypuszcza tyle pary, że można by nadąć tuzin kongres-menów.
Koń staje dęba, a blaszak kwiczy i zamiast kopią uderzyć w moją chłodnicę, wali w szybę, która tego nie wytrzymuje.
Ja też. Zatrzymuję furgonetkę i wysiadam.
- Słuchaj, facet - zaczynam rozsądnie.
- Aha! - dobiega głos spod przyłbicy. - Czarnoksiężnik! - I tu zasunął tekst, którego długo nie zapomnę: - Stójże, gdyż oto przemówił Pallagyn!
Nie mam nastroju na przemowy, więc podchodzę do niego, machając łyżką do opon.
- Wybiłeś mi okno, nie? Świrujesz na publicznej autostradzie, nie? Zaraz ci. auć!Osobiście nie jestem zwolennikiem wykrzykiwania „auć” przy wszystkich okazjach, z burleską włącznie, ale ten zakuty łeb zsiada z konia i widzę, że wymachuje ostrym dwumetrowym mieczem. A dwumetrowy miecz świstający przy szyi zasługuje na chociaż jedno „auć” moim skromnym zdaniem.
Moim skromnym zdaniem było także lepiej uskoczyć, o ile nie życzę sobie golenia ze strzyżeniem. Mam fart, bo ten człowiek-konserwa musi się poruszać wolno.
Uchylam się pod jego gardą i łyżką do opon walę go po zakutej bani.
Bez rezultatu.
Król metalurgii rzuca miecz i wydaje kolejny ryk, a ja znowu traktuję go po hełmie łyżką. I dalej bez efektu. Efekt uzyskuję za trzecim razem. Łyżka pęka.
A on chwyta mnie żelaznym ramieniem i jestem załatwiony.
Przychodzi mi do głowy, że jest kiepsko jak jasna cholera, bo mój sparring-partner sięga do pasa po sztylet. No to daję mu kopa.
Mogę tylko go pchnąć nogą, ale nawet nieźle to wychodzi. Siedemdziesiąt kilo samej zbroi traci równowagę, a facet w środku nie ma wyjścia, musi się przewrócić razem z nią. I się przewraca, na wznak. Wtedy skaczę mu na pierś i podnoszę żaluzję na jego hełmie.
- Stój, dość! - rozlega się ze środka. - Upraszam cię, przestań!
- Dobrze, staruszku. Ale otwieraj tę skrzynkę pocztową. Chcę zobaczyć twarz idioty, który usiłuje mnie wrobić w wypadek drogowy z masą złomu.
Tamten podnosi klapę i widzę fioletową twarz ozdobioną rudymi wąsiskami. Są też niebieskie oczy, które spoglądają w dół zawstydzone.
- Tyżeś pierwszy, o czarnoksiężniku, który ujrzał twarz pokonanego sir Pallagyna z Czarnej Baszty - mamrocze.
Podrywam się z jego piersi, jakby mnie prąd kopnął. Odloty to ja toleruję tylko w przypadku samolotów i ptactwa.
- Muszę się zbierać - gadam. - Nie wiem, coś za jeden ani dlaczego się tu włóczysz, i może powinienem cię odstawić, gdzie trzeba, ale mam pilną sprawę, jasne? No to spadam.
Odwracam się, ale jeszcze zaznaczam:
- Poza tym nie nazywam się O. Czarnoksiężnik.
- Jakże to - odpowiada gość, nazywający się sir Pallagynem. Podnosi się z ziemi przy akompaniamencie głośnych zgrzytów. - Jesteś czarnoksiężnikiem, albowiem ujeżdżasz smoka ziejącego ogniem i dymem.
Zastanawiam się, jak zieje w tej chwili ogniem i dymem Cienki Tommy Malloon, więc zwracam na niego niewielką lub żadną uwagę i pakuję się do furgonetki. Wtedy ten Pallagyn podbiega pędem i wrzeszczy:
- Stój!