Strona główna / Literatura polska / Środek lata

Aktualności

14.09.2020

Prószyński Media kończy wydawanie WIEDZY I ŻYCIA

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Środek lata

Małgorzata Warda

Kiedy pierwszy raz podjeżdżam pod dom rodziny Fey, cała dzielnica pogrążona jest w sennej atmosferze wrześniowego przedpołudnia. Deszcz wciąż siąpi, kałuże zalegają na drodze, przy furtce zrobiła się już prawdziwa chlapa. Naciskam guzik domofonu, ale nikt mi nie otwiera, w żadnym oknie nie porusza się roleta, ze środka nie dobiega najmniejszy odgłos. Z uporem dzwonię jeszcze raz, potem popycham furtkę. O dziwo, ustępuje z głośnym jękiem.
Czuję się, jakbym weszła na opuszczony teren: samotną huśtawkę popycha wiatr, pierwsze opadłe liście zaściełają dróżki między klombami, dawno nikt tu nie grabił, rolety w oknach są opuszczone, ogród tonie w błotnej brei. Kiedy stukam do drzwi, nikt mi nie odpowiada, ale z tyłu domu rozlega się jakiś hałas, więc kieruję się właśnie tam.
- Cześć!
Zza klombu podnosi się drobna postać dziewczynki ubranej w sztormiak i za duże kalosze. Niewiele widzę pod kapturem, który naciągnęła sobie aż na nos, ale to na pewno Lucyna, najmłodsza z rodziny Fey.
- Cześć! - Uśmiecham się przyjacielsko. - Zastałam rodziców albo brata?
Marszczy nos w sposób, który wydaje mi się znajomy, zezuje na mnie spod kaptura.
- Pani przyjechała w sprawie Sylwii?
Przytakuję i zaraz pytam, kiedy mogę wpaść, żeby pogadać z jej rodzicami.
- Pani jest dziennikarką, prawda?
- Tak. Piszę artykuł o twojej siostrze.
Wzrusza ramionami, artykuł nie robi na niej wrażenia.
- Rodzice będą wieczorem. Proszę przyjechać wtedy, pewnie porozmawiają z panią. - Pochyla głowę i dodaje ponuro: - Zawsze rozmawiają z dziennikarzami.

Wracam pod ich dom, kiedy na dworze jest już ciemno, a do siąpiącego przez cały dzień deszczu dołączają ostre porywy wiatru. W oknach na parterze świecą się światła, jednego okna nie zasłonili i widzę fragment seledynowej kuchni, po której kręci się jakiś wysoki mężczyzna, chyba ojciec Sylwii. Kiedy na moje biurko trafiła teczka opisana imieniem i nazwiskiem Sylwia Fey, byłam w trakcie zbierania materiałów do artykułu o rodzinie, która od lat boryka się z brakiem prądu i żyje w koszmarnych warunkach. Teczka Sylwii była zadziwiająco płaska i wyglądało na to, że zawiera tylko kilka kartek. Ale ja wiedziałam już od Damiana, który utonął w śledztwie policyjnym, że Sylwia to temat rzeka, którego nie uda mi się zamknąć przed urlopem.
Teczkę otworzyłam tydzień temu. Na pierwszej stronie znalazłam zdjęcie dziewczyny, wycięte z jakiegoś pisma.
Zawsze intrygują mnie te fotografie, na których ktoś pojawił się po raz ostatni. Ogarnia mnie wtedy niewytłumaczalna potrzeba znalezienia czegoś, co będzie znakiem, zapowiedzią losu, który spotka tę osobę. Zdjęcie rodziny Fey, które przyszło do mnie e-mailem kilka dni po tym, jak poznałam historię Sylwii, powiększyłam sobie niemal na cały ekran komputera i szukałam właśnie takiego czegoś - przepowiedni, że Sylwia zniknie.
To było zdjęcie robione wczesną jesienią, ostatnia aktualna fotografia, na której znalazła się dziewczyna. Ma na sobie dżinsową katanę, długie jasne włosy zebrała po jednej stronie, spływają po ramieniu, nie uśmiecha się, nie patrzy w obiektyw. Zaintrygowało mnie, że jako jedyna osoba na fotografii jest poruszona: rysy jej twarzy przy powiększeniu zacierały się, pikselowała, kiedy rozciągałam jej twarz jeszcze mocniej. Nie mogłam dojść, na kogo patrzy. W zbliżeniu jej dłonie okazały się poplamione na czarno. Głowa odwrócona profilem, niechętne spojrzenie kierujące się gdzieś poza bratem na tę część ogrodu, która nie zmieściła się w kadrze. Siedzi na huśtawce w ogrodzie domu, który teraz rozpościera się przede mną, koło niej rozsiadła się młodsza siostra, Lucyna; za nimi, na schodach, stoi matka z czymś kolorowym w ręce. Brat siedzi na stopniu: dłonie wsunął w rękawy swetra, rude włosy kłębią się wokół jego twarzy, spojrzenie celuje w obiektyw aparatu. Zdjęcie musiał zrobić ojciec.

Ojciec Sylwii, Jakub Fey, prowadzi mnie po schodach na pierwsze piętro. W korytarzu panuje półmrok, więc z ledwością udaje mi się wyodrębnić niewielkie grafiki wiszące na ścianie, w równym rzędzie, co do milimetra.
- To prace Mateusza - wyjaśnia Jakub, który bardzo chce być pomocny. - Robił je wiele lat temu, ale są takie ładne, że postanowiliśmy je powiesić. Sylwia bardzo je lubiła. Lucyna też rysuje, następnym razem pokażę pani jej rysunki.
- Z chęcią obejrzę. - Uśmiecham się uprzejmie. Zdążyłam zanotować, że oboje rodzice zwracają się do małej Lucyny „Lou”.
- W jej pokoju nic się nie zmieniło - odzywa się Jakub, gdy stajemy pod drzwiami pokoju Sylwii. - Zostawiliśmy wszystko tak, jak było. Nic w nim nie ruszaliśmy. Tak jest łatwiej.
- Oczywiście.
Większość ludzi, którym zaginął ktoś bliski, dopóki nie dostanie oficjalnej informacji o zgonie tej osoby, przechowuje jej rzeczy jak relikwie, w stanie nienaruszonym. Z Sylwią jest podobnie. W pokoju wciąż unosi się jej zapach: mieszanina poziomek z nutką czegoś świeżego, delikatnego, czym pachnie większość nastolatek. Moje spojrzenie ogarnia łóżko nakryte różową narzutą, stertę poduszek powyszywanych w kwiaty. Zatrzymuję się przy dużych ramach, w których Sylwia umieściła powycinane zdjęcia z gazet. Są tu modelki, gwiazdy kina, staromodne ciuchy i kilka zdjęć Marilyn Monroe z filmu „Mężczyźni wolą blondynki”.
- Jak pani skończy, będę na dole.
Kiwam głową, drzwi przymykają się, na schodach cichną kroki Jakuba. Teraz mogę wyjąć aparat i zrobić trochę zdjęć.
Klik-klik... Na fotografii zatrzymuję dziewczęce poduszki i różową narzutę zakrywającą łóżko. Kiedy staję przy nim i unoszę głowę, nade mną, w łamanym dachu, znajdują się okna. Sylwia musiała lubić ten pokój, dopracowała go w najdrobniejszych szczegółach. Z łatwością wyobrażam sobie ją leżącą na łóżku i wpatrującą się w rozciągnięte za oknami niebo.
Na biurku stoi maszyna do pisania nakryta serwetką. Jest stara, tak stara, że Sylwia musiała kupić ją w sklepie z antykami. W maszynie wciąż tkwi kartka, na której wystukano kilka razy sylwia, sylwia, sylwia. Kiedy przesuwam palcem po taśmie, na skórze zostają czarne ślady, takie same jak te z fotografii, z rąk Sylwii.
Fotografuję kolekcję porcelanowych figurek, kontroluję, czy nikogo nie ma w korytarzu, i otwieram szafę. Stroje wiszą obok siebie na wieszakach, w równym rzędzie, porządek został zachowany. Z zaciekawieniem dotykam niemal identycznych sukienek - skromnych, różniących się głównie kolorem.
Może dlatego, że wszystko, co Sylwia zgromadziła w szafie, jest stonowane i raczej mało interesujące, moje spojrzenie niemal natychmiast wychwytuje złote pantofelki. Stoją wsunięte na sam dół, przy kartonach z innymi butami. Jeszcze raz sprawdzam, czy nikt nie stoi w przejściu, i fotografuję te buty. Potem schylam się do kartonów. Nosiła rozmiar 38. Kiedy uchylam pokrywki, widzę, że reszta butów to zwyczajne obuwie sportowe, półbuty i sandały. Złote pantofelki są jedynymi tak ozdobnymi. Unoszę jeden w dłoni, a on momentalnie zaczyna odbijać światło i mieni się kolorami. Obcas jest niesamowicie wysoki, tak wysoki, że nie wiem, czy umiałabym zrobić w nim chociażby kilka kroków.
- Miała je na studniówce.
Głosik rozlega się tak blisko mnie, że odwracam się z głośnym sapnięciem.
Lucyna stoi w drzwiach; oparta o futrynę, patrzy na mnie z zaciekawieniem.
- Na swojej studniówce? - pytam. Pytanie jest kretyńskie, ale Lucyna odpowiada na nie kompletnie nie tak, jak myślałam.
- Na studniówce Mateusza.
Jeszcze nie wiem, czy ta wiadomość ma jakiekolwiek znaczenie, ale z racji tego, że w ogóle mało wiem o Sylwii, o śledztwie i kulisach sprawy, wolę to sobie zanotować. Moja pamięć podpowiada, że Mateusz jest trzy lata starszy od Sylwii, pracuje jako fotograf dla krakowskiego tygodnika, mieszka w Krakowie i, nie wiem dlaczego, nie mamy jeszcze wciąż jego adresu. Na zdjęciu, które miałam przyjemność obejrzeć, okazał się zaskakująco atrakcyjnym facetem - to pewnie dlatego przyswojenie informacji o nim przyszło mi tak łatwo.
Lucyna wchodzi głębiej do pokoju, siada na łóżku w sposób, który sprawia, że zaraz myślę, iż robi to bez przerwy od chwili, kiedy Sylwia zniknęła. Kładzie sobie jedną z poduszek na kolanach.
- Opowiesz mi coś o swojej siostrze? - pytam, zamykając szafę.
- Ale co?
Fotografuję ją.
- Co lubiła robić?
Znowu ją fotografuję, a ona zaczyna się uśmiechać, jakby chciała pozować do zdjęć.
- Dużo pisała, wiele czasu spędzała w kinie albo z Mateuszem. Lubiła filmy z Marilyn Monroe, uważała, że ona jest najładniejsza.
No tak. Moje spojrzenie odnajduje zdjęcia Marilyn przyczepione pinezkami do ściany.
- Długo tu mieszkacie?
- Od kilku lat, wcześniej mieszkaliśmy w Gdyni, w bardzo małym mieszkaniu, w bloku.
- Mateusz mieszka w Krakowie?
- Tak, już prawie trzy lata.
Odkłada poduszkę na swoje miejsce.
- Długi będzie ten artykuł?
- Raczej tak.
- A co będzie pani w nim pisać?
- Wszystko, co pomoże ją odnaleźć.
Sądziłam, że tymi słowami jakoś ją poruszę, sprawię, że popatrzy na mnie chociaż z cieniem sympatii, ale nic z tego. Lucyna pochyla niżej głowę, wpatruje się w swoje palce, a potem mówi z niechęcią:
- Myślę, że ona nie żyje. Pani też tak pomyśli, jak już będzie pani miała ten artykuł.
Damian zawsze powtarza, że praca w policji nauczyła go głównie tego, jak bardzo ludzie potrafią zaskakiwać. To, co wydaje się czarne, tak naprawdę jest białe. Ci najporządniejsi dokonują najohydniejszych przestępstw. Niczego nie da się przewidzieć.
- Poszukam jej.
Mówię to jak obietnicę. Policyjne śledztwo w sprawie Sylwii też formalnie nie zostało zamknięte, Damian wciąż przy nim pomaga, zresztą wiele osób było w to zaangażowanych. Istnieje jeszcze nadzieja, że dziewczyna się znajdzie. Ale Lucyna tylko się krzywi i powtarza:
- Ona nie żyje, czuję to.

W nocy śni mi się Sylwia. To dziwne, w ostatnich latach nie prześladowali mnie przecież bezdomni, o których robiłam reportaże, nie śniłam o matkach, które zarażały swoje dzieci HIV-em, we śnie nie nawiedzały mnie maltretowane przez swoich mężów kobiety, z którymi prowadziłam długie rozmowy za dnia. Noc, od czasu, jak zajęłam się tematami społecznymi, przestała łączyć się z dniem. Zasypiałam i śniłam o wszystkim, co nie było związane z pracą. Aż do dzisiaj.
Dzisiaj śni mi się Sylwia. Siedzi na huśtawce, zupełnie jak na zdjęciu. Jest w tym śnie coś niedobrego, ale nie potrafię zrozumieć co. Wiatr hula po pustym ogrodzie, nie ma tu pozostałych osób z fotografii, Sylwia jest sama ze mną. Na ziemi leży warstwa błota zmieszanego ze śniegiem, Sylwia odpycha się jedną stopą od schodów i kołysze, huśtawka skrzypi monotonnie.