Strona główna / Literatura polska / Bajerom wbrew

Aktualności

08.07.2020

Spotkanie z Wiktorem Krajewskim w Warszawie

We wtorek 21 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Restauracji Endorfina Foksal w Warszawie (ul. Foksal 2) na spotkanie z Wiktorem Krajewskim, autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.06.2020

Przemysław Staroń o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia

Zapraszamy do obejrzenia nagrania w którem Przemysław Staroń (Nauczyciel Roku 2018) opowiada m. in. o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia.

Bestsellery

TOP 20

  1. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  2. Aksamitka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Franka. W obcym domu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Bajerom wbrew

Anna Ziętara

Nie znoszę lunaparków. Od jazdy na karuzeli dostaję zawrotów głowy, na sam widok kolejki górskiej przypomina mi się pewien film sensacyjny, w którym szaleniec z upodobaniem podkładał ładunki wybuchowe w amerykańskich wesołych miasteczkach. Wszelkie zamki strachu nie robią na mnie żadnego wrażenia - za dużo czasu spędziłam w prawdziwych ossariach i prosektoriach, żeby teraz bać się namalowanego szkieletu. Nawet jeśli pojawia się niespodziewanie tuż przede mną. Beczki śmiechu, gabinety luster... Nie potrzebuję takich przyrządów, aby śmiać się z samej siebie. Strzelnica? No cóż... Chętnie bym sobie postrzelała. Jest parę osób, których twarze wyobraziłabym sobie, celując do tarczy. Tylko że - po pierwsze - to żadna frajda naciskać spust broni ze skrzywioną lufą, a po drugie - przed strzelnicą zawsze kłębi się dziki tłum. I to mnie natychmiast zniechęca. Wręcz odrzuca. Tak więc, kiedy moje koleżanki rozpierzchły się po całym terenie, ja, niczym stateczna matrona, usiadłam na ławce w samym centrum tego pandemonium.
Co im odbiło? Sesja egzaminacyjna w toku, setki rzeczy do powtórzenia, a one do lunaparku! Rozumiałabym kino, teatr, imprezę, czy wspólny piknik za miastem... Ale wesołe miasteczko? Stare gropy i zachciewa im się karuzeli! I ja się na to dałam namówić! Po jaką cholerę tu przylazłam? Kiedyś weszła między wrony, musisz krakać tak jak one... Przez pięć lat trzymamy się razem to i teraz. Grupa X w komplecie. Nawet w lunaparku..., myślałam, wystawiając twarz do słońca. I w pewnej chwili, pomimo zamkniętych oczu, całym ciałem poczułam, że ktoś mi się przygląda. Że zbliża się, siada tuż obok... Znajomy, ukochany zapach wody po goleniu... I ten głos zbyt długo niesłyszany...
- Dzień dobry, Aniu...
Otworzyłam oczy. Obok mnie siedział Jacek.
- Dzień dobry... - udało mi się wykrztusić z olbrzymim trudem. - Co ty tutaj robisz?
- Szukałem cię. Musimy przecież porozmawiać. Wiedziałem, że tu będziesz.
- Wiedziałeś? To ostatnie miejsce, gdzie można mnie szukać. Sama się zastanawiam, po co tutaj przyszłam? - Czyżby dziewczyny to wszystko ukartowały? Wspaniałe wariatki!
- No cóż... Po prostu czułem, że tutaj będziesz... Chodź!
- Dokąd? - spytałam zupełnie niepotrzebnie, bo patrząc na niego, stojącego przede mną, wiedziałam, że pójdę z nim wszędzie. I było to takie dziwne wrażenie - jednocześnie wspaniałe i przerażające. Odzyskałam go, powrócił do mnie. I nic innego się nie liczyło.
- Lwiątko, ty drżysz... - zauważył zdumiony, biorąc mnie za rękę. - O co chodzi? Boisz się?
O tak! Boję się. Boję się ciebie, bo tak naprawdę cię nie znam. Boję się siebie, bo zawładnąłeś mną całkowicie. Boję się tego, co było, tego, co jest. Boję się tego, co nastąpi. Boję się, ponieważ odmieniłeś moje życie. Bo sama już nie wiem, jaka jestem. Czego mogę się spodziewać po tobie, po sobie. Boję się, bo nie wiem, czy znów nie prowadzisz ze mną jakiejś gry. Nie wiem, czego ode mnie chcesz. Nie wiem, co o mnie myślisz. Nie wiem, dlaczego wróciłeś. Na jak długo. Boję się, ale nawet za cenę tego strachu nie potrafię się ciebie wyrzec. Żadnej chwili z tobą. Nawet tej ostatniej. A przecież wiem, że mnie skrzywdzisz...
- Nie. To nic - powiedziałam, wstając z ławki.
Jeździliśmy na „Parasolach”, „Łańcuchach”, „Diabelskim Młynie”. Nie czułam zawrotów głowy, nawet nie docierało do mnie, że jesteśmy na karuzeli. Jacek wciąż trzymał mnie za rękę. Milczał. Ja także. I oboje byliśmy jacyś smutni.
Skąd w nas ten smutek?, myślałam w wagoniku kolejki górskiej, z obojętnością znosząc zarówno zawrotną prędkość, jak i wrzaski innych pasażerów. Przecież znów jesteśmy razem. Blisko siebie. Milczymy. Nie musimy nic sobie wyjaśniać. Wiemy, że tamto nie miało znaczenia. Ani ta druga Anka, ani Dominika. Jest tak, jakby nie było żadnego rozstania, żadnej rozmowy w ogrodzie botanicznym. Pożegnalnego pocałunku przed twoim blokiem. Jeśli tylko chcesz, zapomnę. Dla ciebie potrafię nawet to! Nie będę... Już nie pamiętam! Byliśmy i jesteśmy we dwoje. Tylko my. Razem. Czyż to nie jest cudowne? I tylko, proszę, daj mi znak, że to rozumiesz... Spójrz na mnie tymi szarymi, zimnymi oczyma... Proszę...
Przed wejściem na tor przeszkód wpadliśmy na Tośkę z jakimś facetem.
- Żaba! Wróciliście do siebie? Tak się cieszę! Pozwól, że ci przedstawię...
Nie dosłyszałam imienia, nawet nie spojrzałam na twarz jej towarzysza. Poczułam tylko, że dłoń Jacka wysuwa się z mojej, zobaczyłam, że on oddala się ode mnie tym swoim charakterystycznym krokiem, wchodzi na pierwszą przeszkodę i wiedziałam, że lada moment zniknie mi z oczu.
- Nie teraz Tośka! Nie mogę... Nie teraz! - Porzuciłam ją zdumioną na środku alejki i pobiegłam za Jackiem. Po chwili stałam przed przeszkodą, którą on już pokonał. Była to belka o szerokości około pięciu centymetrów, długości blisko dziesięciu metrów, gęsto podparta czymś w rodzaju wsporników. Pod nią bajorko.
- Jacek! - krzyknęłam rozpaczliwie. Stanął. Odwrócił się. - Dlaczego mi to robisz? Dlaczego znów odchodzisz? Przed czym uciekasz? Czemu, do cholery, nie chcesz być ze mną?
Popatrzył na mnie. Nawet z tej odległości wyraźnie widziałam, że jego stalowoszare oczy nie zmieniły wyrazu. Jak zawsze były chłodne. Rozciągnął usta w dziwnym uśmiechu, wyciągnął w moim kierunku obie ręce i zupełnie bez emocji powiedział jedno, jedyne słowo
- Chodź.
Spojrzałam na niego, potem na tę przeklętą dechę, wreszcie na swoje buty na wysokim obcasie. To zupełne szaleństwo!, pomyślałam i z determinacją krok po kroku zaczęłam iść po belce. Do niego. Dla niego. Wbrew sobie. Na przekór wszystkiemu.
- Jacku! Spójrz! Idę do ciebie! Znów się śmieję, pięknieję dla ciebie, przy tobie. Mogę wszystko! Nawet utlenić się na blond! Jeśli tego chcesz. Będę twoją blondynką tak, jak jestem twoją kobietą. Tak, jak ty jesteś moją miłością. Kocham cię. Pragnę. I już niczego nie wstydzę się powiedzieć! Słyszysz? - krzyczałam, śmiałam się, płakałam. A on wciąż stał bez ruchu. Nie drgnął nawet, kiedy rozległ się ten dziwny dzwonek, a moje obcasy zsunęły się z deski. Straciłam równowagę, poczułam, że spadam...


Jezu Chryste! Cóż za straszliwie męczący sen - powiedziałam na głos, wyciszając szalejący budzik. A potem w łazience ze zdumieniem stwierdziłam, że mam zupełnie świeże ślady łez na policzkach.
- Gorzej by było, jakbym śniła, że jestem w toalecie... - mruknęłam niezadowolona i wlazłam pod prysznic. Zupełnie rozbudzona wypiłam kawę, zjadłam śniadanie, wyprasowałam bawełnianą koszulkę, zrobiłam sobie delikatny makijaż, wbiłam się w ukochane szorty, z westchnieniem zebrałam skrypty do wielkiej torby... jednym słowem - zaczęłam kolejny dzień ostatniej, dyplomowej sesji na Akademii Medycznej.
Prowadziłam spokojnie, nie przekraczając przepisowej sześćdziesiątki. Nie musiałam się spieszyć. Z Justyną umówiłam się na dziesiątą. Miałam duży zapas czasu, a patrzenie na obcych ludzi, którzy, prawdopodobnie, nie mieli na głowach żadnych egzaminów, sprawiało mi jakąś masochistyczną przyjemność.
Jeszcze tylko te dwa. Ortodoncja i protetyka. Później słodkie nieróbstwo i Mazury z Tośką. Będziemy pływać na kajakach, brzechtać się w Śniardwach, opalać na tym rozkosznie przygrzewającym słoneczku. Oj, dziś też będzie niezła patelnia... Jezu! Żelazko! Czy ja wyłączyłam żelazko? Chyba tak. A jeśli nie?