Strona główna / Biografie, wspomnienia / Szczęściara

Aktualności

13.09.2019

Spotkanie z Rafałem Grupińskim w Poznaniu

W czwartek 19 września o godz. 18.00 zapraszamy do Fundacji Malta (ul. Ratajczaka 44 w Poznaniu) na spotkanie z Rafałem Grupińskim, autorem książki "Polityka i kultura".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Szczęściara

Magdalena Grodzka-Gużkowska

Korzenie

Melchior Wańkowicz, przyjaciel moich rodziców i naszej rodziny, twierdził, że jeżeli ktoś nie zna historii swoich prababek, to nie zna swojej rodziny. Zacznę więc od opowieści o przodkach po mieczu, o linii Rusinków.
Profesor Krzyżanowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego przeprowadził przed drugą wojną światową bardzo szczegółowe badania nad drzewem genealogicznym mojego ojca. Okazuje się, że ten ród zaczął się od wziętych do niewoli oficerów szwedzkich, którzy po potopie osiedli koło Łańcuta. Dostali przydomek Rusinek - co znaczyło „nie-Rusin”.
Pod koniec XIX wieku pierworodny syn pewnego arystokraty, rezydującego wówczas w Łańcucie, zakochał się bez pamięci w przepięknej córce jednego z potomków tych oficerów szwedzkich, Helenie Rusinek. Piękna Helena urodziła dziecko, Jakuba, mojego dziadka, którego - niestety - nigdy nie poznałam. Jako mała dziewczynka bardzo mu zazdrościłam, bo wiedziałam z opowieści rodzinnych, że był „dzieckiem miłości”. Wówczas - w przyzwoitych domach - nie mówiło się „dziecko nieślubne” lub „bastard”, tylko „dziecko miłości”. Miałam duże pretensje do rodziców, że ja nim nie jestem. Uważałam, że najpiękniejszą rzeczą, jaka może się zdarzyć, to właśnie być „dzieckiem miłości”.
Było zupełną niemożliwością, aby w tamtych czasach arystokrata ożenił się z byle szlachcianką. Wysoko urodzeni rodzice mojego pradziadka zadbali więc, aby Jakub otrzymał bardzo dobre wykształcenie, dostał też od nich sporo pieniędzy - taki niby posag. Po ukończeniu szkół mój dziadek Jakub Rusinek ożenił się z Julią Feikisz, która pochodziła spod Babiej Góry, a jej ojciec - jak mi opowiadano w domu - był pierwszym w tej okolicy piszącym po polsku poetą - i bardzo dobrym.
Babunia z dziadkiem zamieszkali w Warszawie. Mieli siedmioro dzieci. Zygmunt, mój ojciec, był najstarszy, a reszta to córki: Hela, Stefa, Maryla, Lola, Jadwiga i Antonina, która zmarła w wieku jedenastu lat. W 1904 roku dziadek wpadł na znakomity pomysł: chciał reaktywować Jedwabny Szlak. Wziął więc z domu wszystkie pieniądze oraz złoto, zostawił żonę z dziećmi i pojechał na początek trasy, czyli do Chin. Stamtąd wyruszył z powrotem, tworząc po drodze magazyny. Gdy dojechał do Moskwy, wybuchła rewolucja i mój dziadek został zastrzelony przez pijanych żołdaków, gdy pędził... karetą.
- Ale żeby podczas rewolucji... w karecie... - był to jedyny komentarz, który usłyszałam od mojej ukochanej babuni Julii Rusinkowej.
Babunia od tej pory utrzymywała rodzinę, robiąc na drutach pończochy. Dzięki temu zdołała sama wychować i wykształcić dzieci. Była to wyjątkowa osoba. Maleńka, drobniutka, radosna, wesoła i bardzo mądra. Przed ostatnią wojną mieszkała przy Czackiego 17 z najstarszą córką Helą. Miała bardzo długie włosy splecione w warkocze, które upinała wokół głowy albo w kok. Do babuni przychodziłyśmy z siostrą ładnie ubrane, a rodzicom obiecywałyśmy, że „naturalnie będziemy się zachowywać bardzo grzecznie”. I od razu zaczynałyśmy się bawić tymi warkoczami - między nimi była kareta, a końce warkoczy trzymał stangret, który nią powoził, pokrzykując, by skręcała to w prawo, to w lewo. Babunia biegała z nami naokoło mieszkania, czyli przez miasta, pola i lasy. Gdy przychodzili po nas rodzice, zawsze im mówiła, że byłyśmy grzeczne. Naprawdę nadzwyczajna kobieta.
W czasie wojny, już po wyjeździe ojca na Węgry i śmierci mojej matki, wprowadziła się wraz z ciocią Heleną do mnie i mojej siostry na Górnośląską. Była bardzo dzielna. Miałam kiedyś zanieść broń do rusznikarza, niedaleko, na plac Trzech Krzyży. Nagle zaczęła się łapanka. Teraz już nie wszyscy wiedzą i rozumieją, że łapanka polegała na tym, iż Niemcy całkowicie blokowali ulicę i każdego, kto znalazł się na niej, zatrzymywali i wywozili albo do obozu, albo na Pawiak, albo na roboty. To były jedyne możliwości. Kto miał wielkie szczęście, trafiał na roboty. No więc wtedy zaczęła się łapanka, a ja byłam umówiona na konkretną godzinę. Zdenerwowana chodziłam po domu z miejsca na miejsce.
- Dziecko, co się stało? - Babunia wyczuła mój niepokój.
- Muszę, babuniu - wykrztusiłam przejęta - zawieźć broń do rusznikarza.
- Ach... - babunia na to - nie ma kwestii. Daj mi, ja już jestem stara, jestem przyzwyczajona. To moja piąta wojna. Jak pierwszy raz przyszli po Zygmusia, żeby go aresztować, chyba w tysiąc dziewięćset piątym, to ja Jadzię, miała wtedy jakieś półtora roczku, posadziłam na jego broni. Bo wiedziałam, że jak taka ładna dziewczynka siedzi na broni, to te carskie żołdaki nic nie znajdą.
Babunia pojechała do rusznikarza i spokojnie wróciła.
Nie zdarzyło się nigdy, żeby babunia nie zaprosiła żebraka do nas do domu, do stołu w kuchni.
- Czy babunia się ich nie brzydzi? - zapytałam kiedyś.
- Tak, brzydzę się.
- Dlaczego ich wobec tego babunia zaprasza?
- Bo to też są ludzie.
Babunia z ciocią Helą w czasie powstania zostały uwięzione w sejmie jako zakładniczki. Po powstaniu wyjechały pod Wrocław, mieszkały w Ziółkowicach, gdzie babcia zmarła (pochowana jest w miejscowości Prusy). Niezamężna ciocia Hela była tam nauczycielką do swojej śmierci.
W czasie powstania babunia straciła dwie córki i dwóch zięciów: ciocię Stefę i ciocię Lolę z mężami. Byli bezdzietni. Jeszcze słów parę o jej pozostałych dzieciach. Ciocia Maryla miała cudownego męża, kapitana Wojska Polskiego, kawalera Virtuti Militari za wojnę 1920 roku, za bitwę pod Radzyminem. Nazywał się Jerzy Włodarczyk. Mieli jedną córkę, Annę. Ciocia Jadwiga wyszła za mąż za najpiękniejszego mężczyznę, jakiego w życiu widziałam, Jana Brodzikowskiego, kapitana artylerii Wojska Polskiego, który został awansowany na ten stopień kilka miesięcy później niż wujek Jurek. Wobec tego - na każde nasze życzenie - wujek Jurek stawiał wujka Janka na baczność w kącie. Wujek Janek zginął w Katyniu. Zygmunt, mój ojciec, ożenił się z Janiną Mazanowską i miał dwie córki, Marię i mnie - Magdalenę. I to jest kres naszej linii Rusinków. Nie było synów. Mój ojciec zakończył ten ród.