Strona główna / Biografie, wspomnienia / Prawdy jak chleba

Aktualności

18.01.2023

TOPR. TATRZAŃSKA PRZYGODA ZOSI I FRANKA nominowana do Bestsellerów Empiku

Książka Beaty Sabały-Zielińskiej "TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka" otrzymała nominację do Bestsellerów Empiku 2022 w kategorii literatura polska dla dzieci. Gratulujemy!

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

11.01.2023

Rozmowa z Arturem Górskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Arturem Górskim, autorem książki "Za kratami".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem jedną z żon Laila Shukri
  2. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Sąpierz Katarzyna Puzyńska

Prawdy jak chleba

Małgorzata Niezabitowska

O tym, że byłam agentem bezpieki, dowiedziałam się jedenastego grudnia 2004 roku.
W kawiarni Nowy Świat, gdzie umówiliśmy się na spotkanie, osoba, której nazwiska nie mogę ujawnić, ponieważ dałam słowo, oświadczyła: „W Instytucie Pamięci Narodowej odnalazła się twoja ”. „To dobrze, bo mówili, że zginęła, a chętnie ją przeczytam”, ucieszyłam się, jeszcze nieświadoma, że w tej minucie kończy się moje dotychczasowe życie.
W następnej już to zrozumiałam. „Twoja , powiedział informator, jest tajnego współpracownika”.
Teczka tajnego współpracownika?! Co ty bredzisz, czyś oszalał? chciałam krzyknąć, lecz nagle zabrakło mi powietrza, przez zaciśnięte gardło nie przedarł się nawet szept. I tylko huczało w głowie. Ja zdrajcą? Donosicielem? Szpiclem, który w stanie wojennym spotykał się z esbekiem, żeby nadawać na kolegów? Ja kapusiem?!.
Gdybym przy kawiarnianym stoliku usłyszała, że zadźgałam mojego ojca i że tutaj, o, proszę, są dowody, zdjęcia pokazujące, jak szlachtuję najbliższego dla mnie człowieka, szok nie mógłby być mocniejszy, wstrząs bardziej gwałtowny.
Nie zabiłam mojego ojca, nie donosiłam na kolegów, nie byłam agentką żadnych służb, a jeśli miałam do czynienia z bezpieką, to jako zatrzymana, przesłuchiwana, śledzona i podsłuchiwana. Tylko i wyłącznie tak. „Lecz nie, mówił siedzący naprzeciwko, było inaczej. Przecież widziałem na własne oczy, kilkadziesiąt stron. Tam jest wszystko opisane”. „Ale co? Co tam jest, kiedy nic być nie może!”. Znów pragnęłam zawołać na cały głos, wrzasnąć, a ledwo wyjąkałam, cicho, ochryple.
Jak po ciężkim nokaucie, wybita z równowagi, oszołomiona, chwilami półprzytomna, bo po pierwszym uderzeniu padały kolejne, przez dwie następne godziny potrafiłam tylko uczepić się, niczym rozbitek skały, jedynego, co było pewne w tym morzu bezsensu i odpowiadać: nie, nie, nie! Nie podpisałam oświadczenia o rozlewie krwi, nie dawałam charakterystyk, nie sporządziłam listy dziennikarzy „Tygodnika Solidarność”, nie spotykałam się z esbekiem, nigdy, nic, nie! O Jezu Miłosierny.
Jak znalazłam się w domu, nie wiem. Tomek, mój mąż, wkładał akurat kurtkę, aby jechać do miasta na poszukiwanie. Zdenerwowany, że nie wróciłam na czas i nie odbierałam telefonu, kiedy usłyszał, że otwieram drzwi, odwrócił się, aby obrugać mnie, ostro wytknąć, jak niepoważnie się zachowałam, i zamarł. Stałam w progu trzęsąc się, rozszlochana, a kiedy chwycił mnie w ramiona pytając, co się stało, niezdolna do wykrztuszenia innego słowa niż powtarzane: „Boże, Boże”.
Tej nocy nie poszłam do sypialni. Pozostałam na dole i w dużym pokoju krążyłam do świtu pod portretami mych przodków. Kilka dni wcześniej powrócili oni z wielomiesięcznej renowacji i mieli jeszcze chwilę poczekać, zanim zdecydujemy, czy na ścianie sąsiadować będą ze sobą zgodnie z następstwem pokoleń, czy raczej wbrew chronologii, lecz wedle zasług, albo też bez logicznego porządku, za to w harmonii kolorów, strojów, ram. Pradziadkowie ze strony mamy, szesnastka Mysyrowiczów, przybyli do nas zaledwie rok wcześniej, kiedy wuj Witek przekazał mi wspaniałomyślnie rodzinny zbiór. Toteż planowaliśmy, że wieszanie przodków, odmłodzonych, po kuracji, odbędzie się z należytym namysłem i celebrą.
Stało się inaczej. Jeszcze tego wieczoru Tomek rozwiesił obrazy, bez planu, bez narady, nawet bez mojej wiedzy. Kiedy on w salonie wbijał gwoździe, ja próbowałam w ogrodzie otrzeźwić się mroźnym powietrzem, zatamować płacz. Nadaremnie. Brakowało mi bowiem wprawy. Łzy były zabronione, gorzej, wyśmiewane przez dziadków, którzy zajmowali się mną, gdy po śmierci mamy, która umarła tuż przed moimi dziewiątymi urodzinami, ojciec gruźlik na długie miesiące znikał w szpitalach i sanatoriach. Żadnego użalania się nad sobą, roztkliwiania, wyćwiczono mnie, przeciwności należy pokonywać. Nie mazgaić się, tylko zacisnąć zęby i do przodu, w każdych okolicznościach. Tym razem jednak okoliczności mnie przemogły. Rozpaczałam.
Tomek zareagował odmiennie, furią, atakiem wściekłości, która mnie ogarnęła później, jego schwyciła z samego początku. Wściekłości na esbeków, którzy spreparowali „teczkę”, i na informatora, który w fałszywkę uwierzył, wściekłości na los, co uderzył w najmniej, wedle mego męża, zasługującą na to osobę. On wiedział, co robiłam w stanie wojennym. No i znał moją, jak żartował, fiksację. „Pani tylko ta Polska i Polska” przywoływał nieraz słowa premiera, wypowiedziane podczas narady najbliższych współpracowników, gdy już za bardzo nudziłam, czy to dobre dla kraju, czy aby nie zaszkodzi, więc, mówił Tomek, jeśli udało ci się wyprowadzić z równowagi Mazowieckiego, chyba przesadzasz. Może miał rację, może przesadzałam, ale tak właśnie było i dlatego teraz Tomek rozumiał, jak musiało boleć, i bał się o mnie.
Przez dwadzieścia siedem lat, które spędziliśmy wspólnie, widział mnie taką raz jeden, kiedy umarł ojciec. Wówczas jednak łzy przynosiły ukojenie, tej nocy były znakiem bezsiły. Płynęły, a ja nie mogłam mówić, nie chciałam słuchać, krążyłam, potem wybiegłam na dwór. Tomek wyskoczył za mną, okrył płaszczem i wrócił do domu, bo prosiłam. Jak tu pomóc, jak wesprzeć, zastanawiał się gorączkowo. I schwycił za młotek.
Przodkowie. W nich dostrzegał ratunek. Pamiętał dobrze dzień, gdy wuj przywiózł portrety, a on po powrocie z miasta zastał mnie w dużym pokoju. Siedziałam pośrodku, w kręgu pradziadków i prababek, których podobizny, sczerniałe, lecz wciąż wyraziste, rozstawiłam naokoło, pod ścianami. Cóż za radość, mówiłam, spojrzeć w twarze tych, którzy byli przede mną sto, dwieście, trzysta lat temu. I że nagle odczułam, że łańcuch pokoleń to nie czczy slogan, językowy banał, jak sądziłam, lecz więź prawdziwa, a świadomość, że jestem jego częścią, kolejnym ogniwem, umacnia. Wręcz fizycznie, przekonywałam namawiając, żeby usiadł obok, wtedy odbierze energię, jaka od nich płynie.
Nie usiadł, ale wierzył, przynajmniej, że ja wierzę. Pochodziłam przecież z rodziny poszukujących, trochę mistyków, trochę nawiedzonych, ale szczerych w pragnieniu odnalezienia własnej drogi do Pana, upartych w swych dążeniach. Ja też szukałam, też błądziłam i też, jak oni, miałam głęboką wiarę, że praca nad sobą, ćwiczenia, medytacja przybliżają do celu.
Tomek towarzyszył mi, obserwował, zwykle sceptyczny, dziś pełen nadziei, że przodkowie pomogą, dadzą siłę do przezwyciężenia zła, do walki. Rozwiesił obrazy błyskawicznie, on, pedant, nie przestrzegając żadnej symetrii, krzywo, co zaskoczyło mnie najbardziej w pierwszym momencie, kiedy wróciwszy z ogrodu stanęłam przed ścianą, z której stłoczeni spoglądali na mnie Mysyrowicze. Wszyscy, poza praprababką Jadwigą, łączniczką Powstania Styczniowego, która, namalowana w żałobie po jego upadku, oczy zwróciła w dal, jakby wypatrywała pognanych na Sybir. Inni wodzili za mną spojrzeniem wytrwale, nieznużeni monotonią marszu, jakim poruszałam się bez jednego przystanku, zatrzymywania, z kąta w kąt, od okna do okna, przez długie godziny, aż do świtu.
Początkowo towarzystwo pradziadków nie przynosiło ulgi. Odwrotnie, w mej malignie zdawali się patrzeć oskarżycielsko, groźnie, oni bez skazy, ja zhańbiona. Co z tego, że niesłusznie, że wewnętrznie czysta, kiedy na zewnątrz, wobec świata, moje piętno stanie się wkrótce ich udziałem, zniszczy dobre imię rodziny, które przez pokolenia budowali. Zawiodłam ich, zawiodłam, powtarzałam w kółko wraz z pytaniem, dlaczego tak się stało? Czym ja zawiniłam? Panie, zwracałam się do jedynego, który mógł udzielić odpowiedzi, błagam, daj znak. Muszę coś z tego pojąć, bo oszaleję. Za co mnie ukarałeś? I miotałam się między buntem, rzucając w górę gniewne, dlaczego ja, nie zasłużyłam, to niesprawiedliwe, a samoobwinianiem, poszukiwaniem grzechów z desperacką pasją, aby tylko uchwycić sens w bezsensie.
Mijały godziny, sensu nie znajdowałam. Nie dlatego, że przewin było mało, odnalazłam ich wiele, lecz akurat nie takich, za które mogłaby spaść kara, jaką otrzymałam. Paradoks polegał na tym, że cios został wymierzony dokładnie tam, gdzie czułam się najbardziej bezpieczna, bo najbardziej w porządku. Dlatego i bolało najmocniej.
Kiedy już wydawało się, że pozostaje mi jedynie pogrążyć się w rozpamiętywaniu krzywdy, w żalu nad sobą, nagle pojęłam. Wytłumaczenie leżało gdzie indziej, nie w mych czynach. To duma, przeklęta duma. Ile razy słyszałam, ty nigdy nie ugniesz karku, nie okażesz słabości, nie przyznasz do końca racji, duma ci nie pozwala, wybujałe poczucie honoru, które usztywnia niczym stalowy gorset. Słuchałam, nie uznawałam argumentów i mnożyłam swoje, logiczne, słuszne, dobrze wyłożone. I byłam dumna z mej dumy.
Dopiero teraz dostrzegłam, co wcześniej było zakryte. Poczucie godności, tak, przywiązanie do wartości, oczywiście, zakorzenienie w historii swej rodziny, swojego narodu, jak najbardziej, ale złączone ze skromnością, bez wywyższania się, wyniosłości. Ważne są bowiem proporcje, uchwycenie równowagi. Mnie jej zabrakło.
Dlatego uderzona zostałam precyzyjnie. Nie było czynów, nie ma kary, jest lekcja. W końcu zrozumiałam, lecz nie od razu chciałam uznać. Od dawna wierzę, że jesteśmy tutaj, na ziemi, po to, żeby się uczyć, zmieniać na lepsze, przynajmniej starać się, temu służą lekcje, jakie dostajemy, one są konieczne. Ale moja, dzisiejsza, była straszliwa. Okrutna. Panie, za okrutna, jeszcze próbowałam targować się, dyskutować, przekonywać, prosić. Długo. Wreszcie uległam. Tak miało być, ten koszmar ma głębszy cel, będzie czemuś służyć. Twoja wola. Przestałam się szamotać.
Ból nie zelżał, ale nieco rozjaśniły myśli, całkiem dotąd zmącone. Także przodkowie złagodnieli. Spojrzenia ich stały się wyczekujące, zdawali się pytać, co z tym zrobisz, jak sobie poradzisz? Poradź sobie, zrób coś, zaczęłam przemawiać do siebie przyśpieszając marszu. Otrząśnij się! Weź w garść! Myśl! powtarzałam w rytm kroków. Jednak, gdy powróciła zdolność myślenia, zamiast ulgi pojawił się strach. Logika była bowiem nieubłagana. Znalazłam się w potrzasku. Informator jasno przedstawił sprawę w Nowym Świecie. Jako osobie, na którą jest esbecka „teczka” tajnego współpracownika, nie przysługuje mi żadne prawo. Owszem, mogę się zgłosić do Instytutu Pamięci Narodowej, każdy może, ale ja nie otrzymam wglądu w papiery na mnie wytworzone.
Do tej pory nie interesowały mnie archiwa Służby Bezpieczeństwa, nie zajmowały „teczki”, nie śledziłam procesów lustracyjnych i nie miałam najmniejszego pojęcia o procedurach. Toteż gdy usłyszałam, jakie obowiązują przepisy, sądziłam, że w szoku, w którym się znajduję, nie chwytam prostych słów. Jak to, pytałam, nie mogę zobaczyć „teczki”? A jak mam się bronić, kiedy nie wiem, co sfałszowano? Przecież to łamie podstawowe prawo człowieka, prawo do obrony.
Teraz, w nocy, choć już do mnie dotarło, nadal trudno mi było uwierzyć, że w moim kraju została stworzona prawna konstrukcja, która w praktyce jest zbrodnią w majestacie prawa, gdyż postępowanie wedle jej reguł skazuje na karę najbardziej dotkliwą, na śmierć cywilną. Lecz tak było. Więc co robić?
Co robić?! Jeśli nie mam szans na poznanie oszczerczych papierów, nie mogę się do nich odnieść, odpowiedzieć dowodami mojej niewinności. Pozostaje mi tylko zaprzeczanie - bez konkretów zupełnie nieprzekonywające. Zaś przedstawienie konkretów jest niemożliwe bez zapoznania się z esbeckimi materiałami. A „teczki” nie zobaczę, bo mnie, pomówionej, zostało to wzbronione. I tak pułapka się zamyka, a ja, jak szczur, mogę jedynie biegać między prętami klatki.
Nagle spostrzegłam, że poruszam się kłusem, biegam po pokoju. Znowu zaczęłam przemawiać do siebie, mówić na głos. Uspokój się, uspokój, zwolnij, nie poddawaj lękowi, bo to koniec, paraliż. Uspokój się!. Wdech nosem, zatrzymanie powietrza, raz, dwa, trzy, cztery, wydech ustami. Oddychałam głęboko, uspokajałam krok. Z wolna, z wolna stawał się miarowy. Zaprzestałam liczenia, uniosłam głowę i trafiłam wzrokiem na portrety, ku którym się zbliżałam. Przodkowie. Przez moment o nich zapomniałam.
Powoli maszerowałam wzdłuż ściany, wpatrywałam w twarze kobiet i mężczyzn, którzy w każdym kolejnym pokoleniu mierzyli się z wojną lub powstaniem, utratą najbliższych, konfiskatą majątku, wysiedleniem czy przymusową emigracją, i po raz pierwszy zwróciłam się do nich wprost. Przecież musi być jakieś wyjście, pomóżcie mi je znaleźć. Pomóżcie, proszę.
Znów mijały minuty, kwadranse wybijane przez zegar wiszący przy oknie, a ja nie znalazłam wyjścia, niczego nie wymyśliłam. Nadciągał dzień, nieuchronnie, i wraz z nim niepokój. Nie, nie wolno dopuścić zwątpienia, przynajmniej tyle wiedziałam na pewno. Krążyłam recytując rytmicznie, techniką wypróbowaną w medytacji, to samo po wielekroć. Nie poddam się, nie poddam się, nie poddam się. Nie będę trwać w bezruchu, biernie, jak sugerował informator, który, gdy przerażona, że prawo jest przeciwko mnie, zapytałam, co robić, odpowiedział: „Nic”.
Nic?! Chyba źle usłyszałam. Ale powtórzył: „Nic”. To zupełnie, jakby obcięto mi naraz obie nogi i jednocześnie zachęcano, abym nadal chodziła na tańce, które ogromnie lubię. Są rzeczy wykluczone, po prostu niemożliwe. Ja nie potrafię żyć, jak dotąd żyłam, wiedząc, że uczyniono ze mnie zdrajcę. Co z tego, że, jak uspokajał informator, nikt nie wie. Ja wiem. I to wystarczy.
Krążyłam dalej, tylko fraza się zmieniła. Muszę coś zrobić. Muszę zrobić. Muszę. Raptem, jak wydobyty z pamięci błyskiem flesza, oświetlony jaskrawo, w szczegółach, do maleńkiego detalu, ukazał się obraz. Gdańska Olivia, hala sportowa przekształcona na kilka wieczorów w gigantyczny amfiteatr. Za mną, siedzę na przodzie, pięć tysięcy widzów. Tłum rozgrzany, reagujący gwałtownie, namiętnie, śmiechem, tupaniem, oklaskami, gwizdem. Ta potężna fala emocji płynie, wciągając mnie, zagarniając ku estradzie.
Tam, na tle purpurowych i ceglastych szmat, wyrysowani śmiałą kreską, wiszą obok siebie na ogromnych blejtramach Bierut, Cyrankiewicz, Gomułka, Jaroszewicz, Gierek, kolejni przywódcy Partii i rządu, wedle własnej nomenklatury, a wedle naszej, ochrzczeni tutaj, „kolędnicy czerwonej gwiazdy”. Dla nich jest zwisający z sufitu sznur z pętlą, której złowrogi cień zwielokrotnia się na podobiźnie robotnika, umieszczonej centralnie. Dla nas piosenki, pieśni, wiersze, rymowanki, dowcipy, twórczość przez długie lata nieoficjalna, nielegalna, nareszcie ujawniona, po raz pierwszy pokazywana na wielkiej scenie, przed kamerami.
Kończy się Przegląd Piosenki Prawdziwej „Zakazane piosenki”, trwająca trzy dni fiesta wolnego słowa, która święci pierwszą rocznicę powstania Solidarności w poprzednim sierpniu, 1980 roku. Festiwal, zgodnie ze swą koncepcją antyfestiwalu, nieskrępowany, spontaniczny, stał się swobodną mieszaniną liryki i wulgarności, zawodowstwa i nieporadności, sztuki i pospolitej chały. Publiczność wrażliwa, uczulona na fałszywą podniosłość, kontestacyjne pozy, to, co miało ton czysty, przyjmowała gorąco, z entuzjazmem.
Lecz choć wiele było utworów oklaskiwanych owacyjnie, piosenek bisowanych, żadnej nie podchwycono równie szybko, jak śpiewanej w tej chwili na finał przez Andrzeja Rosiewicza. Już po pierwszej zwrotce, gdy rozpoczął refren o prawdzie, co jak chleb potrzebna, zaczęli dołączać siedzący w amfiteatrze. Najpierw nieliczni, nieśmiało, potem wielu i głośniej. Jeszcze nierówno, niezbornie, bo tekst był nieznany. Ale kiedy Rosiewicz, wyczuwszy nastrój, zamiast śpiewać część dalszą, powtórzył refren, od początku śpiewała cała hala. Z każdym słowem coraz sprawniej, rytmicznie i mocno. Przy kolejnych nawrotach chór potężniał, potężniał, aż śpiew przeszedł w krzyk. Krzyk z tysięcy gardeł, krzyk do melodii, raz jeszcze, raz jeszcze.
Ze sceny, na której zgromadzili się wszyscy wykonawcy, i z widowni, gdzie ludzie zerwali się z miejsc unosząc w górę palce w znaku zwycięstwa, niosło się grzmiące, wspólne: „Prawdy, prawdy, prawdy jako chleba, prawdy, prawdy, prawdy, nam potrzeba! Taka jest wola ludu, powszechne wołanie, a ona jest święta i niech tak się stanie!”.
Prawdy! Nareszcie wiedziałam, co mam robić. Napiszę prawdę, opiszę, jak było, wykrzyczę. Napiszę, opublikuję, niech wszyscy się dowiedzą! Teraz ja byłam w gorączce, jakby udzieliła mi się temperatura panująca w Olivii przed niemal ćwierćwieczem, jakby powrócił tamten entuzjazm i cudowna wiara, że dobro zwycięży, bo jesteśmy razem, solidarni.
I zaraz następny obraz, przesunięcie w czasie o lat kilka. Wrzesień 1989 roku, Pałac Namiestnikowski, dziś siedziba prezydenta, wówczas w dyspozycji Urzędu Rady Ministrów. Pierwsza konferencja prasowa rzecznika rządu, pierwszego niekomunistycznego, jaki powstał od zakończenia II wojny na całym subkontynencie sowieckiego imperium, od Władywostoku po Berlin. Nic dziwnego, że została uznana za scoop, jak media w międzynarodowym żargonie określają sensację, supernews, wydarzenie, które bezwzględnie trzeba pokazać. Toteż zjechali się z Polski, Europy, świata.
Telewizyjne kamery, dwadzieścia sześć, zliczyli moi współpracownicy, tworzyły zwarty krąg. Na podłodze tłoczyły się mikrofony, dla których nie starczyło miejsca na stole, tak jak dla dziennikarzy w sali. Mimo że wybrano największą, cisnęli się za barykadą kamer, za plecami fotoreporterów strzelających światłami z błyskowych lamp. A naprzeciwko ja. Do tej pory reporterka Solidarności, dzisiaj debiutantka. „Face of Solidarity”, „Frau Solidarität”, „Madmoiselle S”, jak zdążyły mnie już przezwać różnojęzyczne pisma, skore do nadawania etykietek. Te akurat dla mnie brzmiały pięknie, lecz jakże zobowiązująco. I jeszcze dokładały ciężaru, wzmagały tremę.
A była ogromna. Zaledwie chwilę temu, gdy wchodziłam po schodach na piętro, gdzie miała się odbyć konferencja, i idąc wolno chciałam po raz ostatni przepowiedzieć początek mego wystąpienia, poczułam pustkę w głowie, totalną, absolutną. Wszystko, co przygotowałam, przemyślałam, zniknęło, zapadło w nicość. Wcześniej niczego podobnego nie przeżyłam, chociaż w Ameryce, podczas wykładów i spotkań z czytelnikami, stawałam przed trudną publicznością, dużymi zgromadzeniami i stres bywał potężny. Ale amnezja, dziura w mózgu, nigdy. I właśnie dzisiaj musiało mnie trafić.
Nawet nie mogłam zajrzeć do notatek. Dałam je memu zastępcy, żeby nie wchodzić na salę z kartką w ręku. Na marmurowych, paradnych schodach pałacu byłam sama. W momentach decydujących wolę się skupić w samotności, skoncentrować w ciszy. Normalnie to się sprawdzało, lecz nie teraz.
Nie miałam kogo poprosić o pomoc. Pracownicy Biura Prasowego Rządu byli już wewnątrz, z dziennikarzami, których wpuszczano innym wejściem. Ogarnęła mnie panika. Z każdym stopniem zbliżała się potworna katastrofa. Na końcu znajdowały się drzwi, które musiałam otworzyć i tam, po drugiej stronie, na oczach całego świata, nastąpi blamaż. Kompromitacja, nie moja, to już nie miało znaczenia, ale rządu, premiera. Co ja miałam powiedzieć? Próbowałam odtworzyć cokolwiek. Od czego zacząć? Przypomnij sobie, prosiłam, przecież nie mogłaś tak ogłupieć. Pierwsze słowa i pójdzie. Ale blokada trwała.
Stanęłam przed drzwiami. Dochodził zza nich zgiełk, liczne głosy. Niecierpliwią się. Nie powinnam zwlekać ani sekundy dłużej. Lecz jak ruszyć, kiedy nie jestem w stanie uczynić ani kroku. Nogi wrosły mi w ziemię, niedorzecznie wyskoczyło z zakamarków pamięci powiedzenie mojej babci Lili i jednocześnie przypomniałam sobie, co czyniła, kiedy sądziła, że wysyła kogoś z nas, swoich najbliższych, ku niebezpieczeństwu. I po raz pierwszy zrobiłam to samo. Kciukiem znak krzyża na czole. Wchodzę, Panie Boże. Spraw cud i przywróć pamięć. Wchodzę.
W progu oślepiły mnie światła. W nagle zapadłej ciszy słychać było trzaskanie fleszy. Podeszłam do stołu, gdzie siedział Henryk Woźniakowski, leżały zbawcze kartki. Nie wzięłam jednak zapisków, nie usiadłam. Stałam, patrzyłam wokoło. W pierwszym rzędzie wycelowane lufy kamer, dalej głowy, głowy, oczy wpatrzone we mnie. Na pewno wielu znałam, nie rozpoznawałam nikogo. Z prawej strony, pod ścianą, dostrzegłam Tomka. Opuścił na pierś swego nikona, uśmiechał się. Flesze umilkły. Teraz.
„Prawdy, prawdy, prawdy, jako chleba”, zaczęłam. Cud się zdarzył. Pamięć powróciła, myśli znowu się układały, słowa płynęły bez zahamowań, bez jąkania. Najpierw pieśni, która choć słyszana tylko raz, w sierpniu 1981 roku, towarzyszyła mi przez następne, mroczne lata. Proste słowa, można wykpiwać, częstochowskie rymy, ale oddające nasze uczucia. Kłamstwo bowiem, bezczelne, prosto w oczy, bez drgnięcia powieki wmawianie nam, że czarne jest białe, było najbardziej dotkliwą, upokarzającą stroną życia w Peerelu. Gorszą niż bieda, niż wszelkie uciążliwości dnia codziennego. Kłamstwo się skończyło, chciałam ogłosić. Taki jest przekaz rzecznika rządu, na którego czele stanął człowiek Solidarności. Od dzisiaj tylko prawda. Także gorzka, ponura, niewygodna, lecz prawda. To wam obiecuję.
Niebo bladło. W pokoju szare światło poranka mieszało się z ciepłym od lamp rozstawionych po kątach. Wszedł Tomek. Tuż za progiem zatrzymał się i patrzył na mnie, jakby się jeszcze nie obudził z horroru, który śnił tej nocy. Wreszcie wyjąkał: „Ty śpiewasz?.”. Rzeczywiście mruczałam, jak zwykle daleko mijając się z melodią, o woli ludu, co jest święta, więc niech tak się stanie.
- Przecież pamiętasz - zawołałam. - Olivia, Pałac Namiestnikowski, moja konferencja, solidarnościowe gospels, jak je nazwaliśmy. Ten hymn o prawdzie.
- Pamiętam - odpowiedział - oczywiście pamiętam. Ale dlaczego śpiewasz?!
Zaczęłam tłumaczyć. Tomek słuchał stojąc przy oknie, bo gdy próbował skłonić mnie, byśmy usiedli, odmówiłam stanowczo.
- Ty tak cały czas chodzisz? - zapytał.
- Tak, to mi pomaga.
- Przez wszystkie godziny? Wcale nie usiadłaś? - dopytywał.
- Nie. Inaczej nie mogłam.
- Wykończysz się - oświadczył stanowczo. - Musisz zaraz odpocząć.
- Ale przecież do czegoś doszłam - próbowałam żartować.
Bez efektu. Tomek, nadal poważny, przypatrywał się, jak krążę. A ja w marszu referowałam, godzina po godzinie, co wydarzyło się w ciągu nocy. Tomek wydawał się uspokajać. „Chodź tutaj, przerwał mi nagle, zobacz!”. Zaskoczona umilkłam, podeszłam do okna. I znieruchomiałam. Na trawniku pląsały cztery wiewiórki. Skakały, stawały w słupki, goniły jedna drugą, znów się zatrzymywały i znów ruszały, w rytmie, zdawało się, tanecznym.
Znaliśmy je doskonale. Każdego wieczoru do kilku karmników rozwieszonych na starych dębach wkładaliśmy orzechy, by rano, siedząc przy kuchennym stole, oglądać rude kity śmigające po drzewach, a potem nasze Baśki rozsiadłe w konarach. W łapkach trzymały orzechowe kule, obracały w tempie, które stale nas zadziwiało, aż obgryzły łupiny i mogły już leniwie pałaszować środek. Był to rytuał i dla nich, i dla nas, obyczaj wspólnego śniadania, który przedłużaliśmy na wszystkie pory roku demoralizując wiewiórki. Zamiast latem i jesienią szykować zapasy, pracowicie zbierać, gromadzić żołędzie, nasze objadały się do syta i czasem tylko zakopywały, czego nie zdołały pochłonąć. Dzisiaj jednak karmniki były puste. Zapomnieliśmy o orzechach i wiewiórki, zamiast jak co dzień najedzone oddalić się, pozostały w ogrodzie i w oczekiwaniu, aż ktoś przypomni sobie o nich, biegały po świeżo spadłym śniegu.
Wsparta o Tomka, który objął mnie ramieniem, spoglądałam przez okno. Spokój, biel, cisza, figlujące wiewiórki. Niemożliwe, aby gdzieś, w pobliżu, czaiło się zło, istniała „teczka”, fałszywe papiery i potworne oskarżenia, które z nich wynikają. Nie, to senny koszmar męczył mnie przez długą noc, właśnie się obudziłam. Co za ulga. Niestety, trwała zaledwie chwilę. Z nagłym uciskiem w piersi wszystko powróciło. Ten absurd nie jest nocną fantasmagorią, ulotnym fantomem, tylko jawą.
Wstrząsnęłam się i chciałam podjąć marsz, lecz Tomek trzymał mocno. Jego potężne ramię, zwykle delikatne w uścisku, było niczym obręcz z żelaza. Trwaliśmy tak czas jakiś. Aż Tomek wyczuł, że się poddałam, stoję spokojnie. Zwolnił uścisk, spojrzał na mnie, powiedział: No, dobrze, będziemy walczyć. Będziemy walczyć i wygramy. Ale najpierw napijemy się kawy i damy jeść wiewiórkom.