Strona główna / Popularnonaukowe / Razem, lecz osobno. O nowej sztuce miłości

Aktualności

12.07.2019

Nominacja dla książki Sashy Marianny Salzmann!

Książka Sashy Marianny Salzmann "Poza siebie" znalazła się wsród 14 tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości Agnieszka Cubała
  2. Macho. Instrukcja obsługi Andrzej Gryżewski, Artur Górski
  3. Muszę wiedzieć Kasia Bulicz-Kasprzak

Fotogaleria

więcej »

Razem, lecz osobno. O nowej sztuce miłości

Serge Chaumier

Ulotna alchemia

W sferze uczuć wszyscy jesteśmy analfabetami.
Ingmar Bergman


"Już mi nie mówisz, że mnie kochasz", zarzuca Louisowi Denise, która żyje z nim od dziesięciu lat. On unika rozmowy, ona nalega: "Kochasz mnie jeszcze?" Bez odrobiny spontaniczności Louis zastanawia się przez chwilę, a potem szczerze odpowiada: "Nie wiem, ale chyba rzeczywiście nie mógłbym już tego powiedzieć". Po dziesięciu dniach zgodnie podejmują decyzję o separacji, by wszystko uporządkować, a potem się rozwodzą. Podzielą się opieką nad dwójką małych dzieci. Schemat wydaje się prosty. Częściej dochodzi do napięć, konfliktów, rozdarcia, gwałtownych scen między dawnymi kochankami, którzy ze sobą zrywają. Jednak rozwód za obopólną zgodą, gdy partnerzy nadal utrzymują serdeczną, przyjacielską więź, jest coraz powszechniejszym zjawiskiem. Im bardziej banalizuje się separację, tym mniejszy uraz przeżywają zarówno dzieci, jak rodzice. Denise i Louis będą musieli przede wszystkim poznać społeczne reguły rozwodu i zmierzyć się z nimi, przetrwać długi, trudny proces, zapłacić cenę, której wcześniej nie brali pod uwagę. Na pewno coraz łatwiej będzie się rozwieść, trzeba jednak pamiętać, że wobec przemiany obyczajów, rozwód jest zjawiskiem trochę anachronicznym. Pozostaje szybkie uświadomienie sobie, że pora zakończyć wspólną historię. To, czy początkowo związek był namiętny, czy nie, zmienia tylko intensywność przeżycia. Problem i tak jest poważny. Proces starzenia się związku może przebiegać na dwa sposoby - albo następuje sublimacja uczuć, albo zerwanie.
Po kilku kryzysach, a często po próbie odbudowy związku w oparciu o więź rodzicielską, wiele par decyduje się na rozstanie. Czasem świadomość przychodzi nagle i już wiadomo, że niczego nie da się naprawić. Choć rozwód nie jest przyjemny, bywa wyzwoleniem. Jest tak, jakby ciężar, który dźwigaliśmy, ledwie zdając sobie z tego sprawę, nagle spadł nam z barków. Przy tej okazji kochankowie, którzy zbudowali sobie złotą klatkę, odnajdują przyjaciół, cieszą się życiem towarzyskim i rozrywkami, o których niemal już zapomnieli. Nagle mają czas dla siebie, na to, by wsłuchać się we własne potrzeby, być z dziećmi inaczej, może nawet poświęcać im więcej uwagi niż do tej pory. "Jak mogło do tego dojść?", zastanawiają się czasem rozwodnicy. "Jak można było tak dalece nie zważać na siebie, na nią (niego), na innych?" Coś musi być nie tak w relacji pary i miłości, jaką zazwyczaj przeżywamy. Bo przecież nie są to sporadyczne przypadki, ale zjawisko, które zaczyna dominować. Można wprawdzie dodawać sobie otuchy, powtarzając, że mimo wszystko wiele małżeństw się utrzymuje i po prostu lepiej nie zagłębiać się w rozważania nad jakością ich uczuć.
Cloé i Sofian wydają się nigdy nie rozstawać. Nie widuje się ich osobno. Może czasem któreś wychodzi samo po chleb do pobliskiego sklepiku. I wcale nie dlatego, że dręczy ich straszliwa, chorobliwa zazdrość. Nie, po prostu są razem, bo taką mają wizję miłości i tak chcą ją przeżywać. Od pierwszej chwili, kiedy zakochali się w sobie, zapragnęli stopić się w jedno i nigdy nie rozstawać, zachowali ten zwyczaj. Nigdy nie przyszło im do głowy, żeby "odkleić się" od siebie i teraz żyją jedno przez drugie, jedno dla drugiego. Lubią wszystko ze sobą dzielić - rozrywki, przyjaciół i oczywiście bliskość obu rodzin, które odwiedzają częściej niż robią to inne małżeństwa. Wybrali zespolenie, doprowadzili je do przesady i ono stało się cząstką ich partnerskiej tożsamości. Tak dalece, że musiało dojść do katastrofy, kiedy Cloé wyjątkowo wyjechała na kilka dni, aby odwiedzić mieszkającą w innym mieście siostrę. Sofian z przyczyn zawodowych - przynajmniej z pozoru - nie mógł jej towarzyszyć. Po pierwszym rozstaniu wkrótce nadeszło drugie, a kiedy Cloé wróciła, Sofian był już innym człowiekiem i nie trzeba było długo czekać, by przyznał się do romansu.
Kryzys, który nastąpił, był gwałtowny, separacja natychmiastowa. Wystarczyły im dwa tygodnie, by zakończyć trwające osiem lat, nierozłączne małżeństwo. Przyjaciele i rodzina patrzyli na nich w osłupieniu. Nawet Cloé przyznała, że niczego nie przeczuła, być może zresztą i Sofian nie dostrzegł, że coś się dzieje. Poszli każde swoją drogą i dość szybko związali się z nowymi partnerami. Z powodu zwykłego romansu, jak się wydaje - przelotnego - znaleźli się w sytuacji bez odwrotu. A wszystko dlatego, że przygoda ujawniła zmianę, której żadne z nich nie chciało dostrzec, powstawanie dystansu, który narastał z czasem, kompletnie ignorowany, a także dlatego, że pozamałżeńska miłostka była niemożliwym do zaakceptowania ciosem w ideał, który przyświecał ich małżeństwu. Raz zawiedzione zaufanie musiało stać się przyczyną zakończenia związku. I nie chodziło o wybaczenie, ale o to, dlaczego para była razem. Postępowanie, które inni mogliby puścić w niepamięć, dla nich było zdradą i zaprzeczeniem sensu związku. Czy to doświadczenie nauczyło oboje, by inaczej podchodzić do nowych relacji, czy może zrzucą wszystko na brak szczęścia, pomyślą, że pomylili się, wybierając partnera i dlatego spotkała ich porażka? Trzeci brutalnie odsłonił dawno istniejący dystans, którego nie chcieli zauważyć. Czy trzeba zastanowić się nad istotą związku, czy tylko znaleźć właściwego partnera? Czy pragnienie zespolenia jest trwałe, a jeśli nie, dlaczego wmawiamy sobie, że tak być powinno? Społeczna norma, nakazująca stać się jednością, została potraktowana z powagą przez dwoje ludzi, którzy uwierzyli w romantyczną miłość. Czy to jest rozsądne? I czy jest możliwe?

Degeneracja miłości

Można mieć na pieńku z całym światem, włóczyć się bez końca, a i tak wreszcie każdy znajdzie jakąś kobietę, ustatkuje się, ożeni i będzie dobrym mieszczaninem, jak wszyscy; żona zajmie się domem, prędzej czy później pojawią się dzieci, a ta, którą uwielbialiśmy, ta niezwykła istota, nasz anioł, upodobni się do innych; w pracy czekają cię obowiązki i kłopoty, małżeństwo staje się źródłem problemów rodzinnych i wkrótce człowieka ogarnia chandra i cała ta reszta.
Georg Wilhelm Friedrich Hegel

Na długo przed Alberonim, Stendhal pięknie opisał stan zakochania, a przede wszystkim proces, który do niego prowadzi. Dobrze znane zjawisko krystalizacji pokazuje, jak uczucia odsłaniają oczywistość miłości poprzez idealizację osoby kochanej. Warto natomiast zwrócić uwagę na to, co André Gide (2003) nazywa dekrystalizacją: "Ciągle się mówi o gwałtownej krystalizacji miłości. Powolna dekrystalizacja, o której nigdy nie słyszałem, to proces psychiczny, który znacznie bardziej mnie interesuje. Sądzę, że można go po pewnym czasie zaobserwować w każdym małżeństwie zawartym z miłości". André Gide porusza problem wygasania miłości i, jeśli związek przetrwa, jej transformacji w więź małżeńską. Trzeba tylko zrozumieć, na czym polega przejście od zakochania do miłości małżeńskiej. Marguerite Duras użyła terminu désaimance (jako przeciwieństwa aimance, co można by tłumaczyć jako od-ciąganie i przy-ciąganie), by scharakteryzować okres żałoby koniecznej, by przejść od jednego stanu do drugiego.
Powszechnie uważa się za oczywiste, że trzeba stworzyć parę, by przeżyć miłość, warto jednak wziąć pod uwagę rozważania, które określają granice tego związku. Para to rodzaj złożonej interakcji, która odmienia i ogranicza indywidualności dwojga partnerów. "Jest to spotkanie dwóch nerwic, które ze sobą współgrają, ale potem może nastąpić ożywienie stłumionego, a zatem wszystko to, co stłumione znów się wyłoni", uprzedza Christine Castellain-Meunier (1991). Ten powrót stłumionego powoduje komplikacje. Nie dotyczy to tylko długofalowych relacji partnerskich, "miłości mieszczańskiej", zinstytucjonalizowanej i tak często krytykowanej przez pisarzy: "Przez trzy tygodnie badają siebie, kochają się przez trzy miesiące, kłócą przez trzy lata, tolerują przez trzydzieści, a ich dzieci zaczynają wszystko od początku", mówi Taine. O ile kiedyś wychowanie wystarczało, by związek mógł funkcjonować, bo każdy "brał ciężar na swe barki", w naszych czasach kochankowie z coraz większym trudem godzą się z zamieraniem miłości. Zerwania, rozstania, cierpienie, brak akceptacji to częste następstwa współczesnego stylu życia. "Czy małżeństwo, które w coraz większym stopniu opiera się na miłości, podtrzymuje ją czy też unicestwia? Czy podtrzymuje związek solidarny, czy też związek samotnych? Czy małżeństwo nie niszczy prawdy o związku? Czy miłość może być trwałym fundamentem, czy gdy wygasa, skazuje kochanków na brak stabilizacji i zagubienie? Czy można odkryć normę?", zastanawia się Edgar Morin (1969).
Jak to się dzieje, że stan zakochania, charakterystyczny dla początku miłości dwojga ludzi, z czasem znika? W krótkim okresie, gdy uczą się jedno drugiego, gdy łączą ich wspólne nadzieje i nowa wiara w siebie, gdy trwa zauroczenie i dominuje poczucie satysfakcji, odczuwają radość pierwszych wspólnych chwil. Niestety, początkowa euforia musi przygasnąć. Borys Cyrulnik (1997) konstatuje: "Miłosny płomień już przygasł. Zachowujemy w pamięci wspomnienie ekstazy, nostalgię za utraconym pięknem, które trwało zaledwie kilka miesięcy". Gdy miłość musi przyjąć formę małżeństwa, w naturalny sposób uczucie słabnie. Małżeństwo zabija miłość. Ninon de Lenclos przyznaje z ironią, że miłość dobrze znosi głód, ale szybko ginie, gdy dopadnie ją niestrawność. Wizja kochanków, którzy na wieki padli sobie w ramiona, dodaje otuchy, ale jest niezbyt realistyczna. Ma swój udział w tworzeniu mitu. Georges Bataille (1992) uważa, że miłość dana jest w jednej chwili i skazana na trwanie. Cierpi z powodu swej czasowości: "Związek dwojga kochanków jest trwały tylko na pozór: wszystko zatem wskazuje, że - przeciwnie - nigdy nie jest nam dany na zawsze. [...] Kochankowie utrwalają coś, co w rzeczywistości jest jak błyskawica." A zatem paradoksalne i daremne są próby sprawienia, by miłość trwała wiecznie i nad tym naszym dążeniem warto się zastanowić.
Dlaczego współczesność chce łączyć małżeństwo i miłość, skoro pierwsze zakłada trwałość, a drugie trwa tylko chwilę? Należy zadać sobie pytanie, co oznacza i na ile trwała jest stosunkowo niedawna więź. Nieliczne pary unikają swoistego zużycia miłości, które powszechnie przejawia się spadkiem zainteresowania seksem i pogorszeniem wzajemnych relacji1. W Heroidach Owidiusz mówi o niedolach miłości: rozłące, nieobecności, zdradzie... W VIII księdze Przemian narrator porusza problem ewolucji miłości, pisząc o Filomenie i Baucis. Małżonkowie zmieniają się w drzewa, dąb i lipę. Ich miłość się przeobraża, ponieważ nie chce umrzeć, marzy, by przetrwać śmierć. Ale przemiana oznacza, że coś umarło, a narodziło się coś innego. Miłość nie jest taka sama po trzech miesiącach, jak po trzydziestu latach wspólnego życia. Trzeba umieć określić etapy metamorfozy i kolejne fazy tego, co ogólnie określa się słowem "miłość". W małżeństwie z miłości problem wygasania wydaje się szczególnie trudny, gdy dokonuje się przejście od czystego wyobrażenia, wyidealizowanych marzeń, do codzienności, często nużącej i monotonnej. Kiedy ideał musi się zmaterializować, miłość niebiańska i ziemska zderzają się ze sobą.
Te niezbyt chętnie poruszane w literaturze, filmie czy teatrze kwestie sprawiają, że pryska czar czegoś, co ma pozostać oczarowaniem. Nieliczni twórcy, jak Ingmar Bergman (Namiętność, Lekcja miłości, Sceny z życia małżeńskiego) czy Maurice Pialat (Nie zestarzejemy się razem) pochylają się nad tym problemem. Większość filmów, ukazujących marazm życia małżeńskiego, traktuje ten wątek jako impuls do szukania nowej miłości, która okaże się cudowna. Najwyraźniej też łatwiej jest poprzestać na ukazaniu spotkania, na crescendo miłości, a przemilczeć decrescendo, jak w Czterech weselach i pogrzebie.
Mimo bogactwa motywów miłosnych tylko kilka piosenek porusza problem gasnącej miłości albo pożądania, najczęściej pod znakiem nieszczęśliwego końca, gdy jedno z dwojga kochanków nie dotrzymuje danego słowa. Następstwa przemian, kiedy para musi radzić sobie z modyfikacją uczuć, to już temat prawie nieobecny. Alain Souchon śpiewa: "Wypierzcie naszą miłość, wygotujcie ją / I sprawdźcie, czy odzyska dawne barwy / Czy można wybielić uczucia / Przywrócić biel, która miała być wieczna?" Michel Jonasz zastanawia się z niepokojem, czy aby "nie legną razem na tysiącach czerwonych mrówek"... Przypomnijmy także klasyczne Comme d'habitude (Jak zwykle) Claude'a Franuois, tak cynicznie i okrutnie poruszające temat obojętności, która pewnego dnia może zapanować w domu. O narastającym dystansie i niezgodzie często i twardo mówi Jacques Brel. Charles Aznavour w bezwzględny sposób wyrzuca swej ukochanej chwilę zapomnienia. Przypomnijmy też Léo Ferré i jego Avec le temps (Z czasem), Marca Ogereta w Puis vient le temps... (Potem nadchodzi czas.). Serge Reggiani i Georges Moustaki w Sarah mówią o czułości, która przepełnia starzejącą się miłość. Te piosenki swobodnie poruszają ważny problem przeznaczenia pary, którym tylko nieliczni badacze zajmują się z pełną powagą i wnikliwością. Alain Resnais w On connaEt la chanson (Znamy tę piosenkę) bawi się tą kwestią.
Czy Hermes jest przyjacielem Afrodyty?

Każdy poryw uczuć z upływem czasu ulega erozji. Nawet emocje polityczne, jak zauważa Pierre Ansart (1983), w końcu słabną i potrzebują nowego bodźca. Miłość nie może w długich przedziałach czasu utrzymywać się na tym samym poziomie. Dynamika tego uczucia wiąże się choćby z faktem, że czas pomaga partnerom coraz dokładniej się poznawać. Miłość znajduje się pod znakiem Hermesa. Komunikowanie się jest konieczne, by uczucie mogło się pojawić, ale zarazem stanowi zagrożenie dla miłości. Według Claude'a Kruithofa (1979) "stan zakochania jako składnik relacji społecznej może pozytywnie ewoluować, gdy wzbogaca się wiedza zyskiwana dzięki nasileniu interakcji". Miłość miałaby zatem rodzić się i rozkwitać dzięki zmniejszeniu niewiedzy o drugim człowieku. Ten pogląd wydaje się nie przystawać do rzeczywistości społecznej - znajomość partnera prowadzi raczej do rozwoju niż do małżeńskiego raju! Stendhal wysuwa diametralnie różną hipotezę: namiętna miłość, oparta na idealizacji ukochanej istoty, ginie przy bliższym poznaniu. Partner otrząsa się z zauroczenia.
Miłość jest rozkosznym, ale przecież złudzeniem2. Rozczarowanie nasila się, bo przecież z czasem starania, by oczarować wybranka słabną. Dlatego ewolucja miłości po nasileniu interakcji nie jest pozytywna: "Rzeczywistość niechybnie dopadnie ten związek. Iluzja nie może trwać w nieskończoność. A przecież i dreszcz wzajemnego pożądania także zacznie słabnąć. Będą troszkę pewniejsi trwałości wzajemnego zainteresowania i odtąd przestaną się już tak bardzo starać, by robić na sobie wrażenie. Oczywiście nie jest to złe pod każdym względem, ale w ten sposób ich związek zacznie zbliżać się do fazy kryzysu. Jeżeli między rzeczywistością a snem istnieje rażąca sprzeczność, trudno będzie im przetrwać rozczarowanie", ciągnie Kruithof (1979). Kiedy związek staje się bardziej stabilny, prezentacja siebie ulega zmianie. "Wysiłek, by zrobić wrażenie" można zresztą traktować nie jako działanie celowe czy też świadome, lecz jako wyraz energii, którą każdy z nas przeznacza, by zabłysnąć i pokazać się z jak najlepszej strony. Zjawisko to łatwo zrozumieć - napięcie słabnie, ubywa energii, a to powoduje dalszy spadek napięcia... Degradacja uczuć wymyka się spod kontroli partnerów...
Gdyby miłość naprawdę była złudzeniem, to za normalne należałoby uznać, że znika w starciu z codziennością. "Złudzenia się rozwiewają, łańcuch zostaje", mawiał o małżeństwie Fourier. W roku 1925 Constantin Brunner podpisał się pod tą myślą i nakreślił karykaturalny portret zakochanych. Swego czasu dość celnie opisał, co szczególnie łatwo nam dziś dostrzec, następujące po sobie związki: "Każdy związek miłosny jest tylko wynikiem przypadkowego spotkania ja z ty, a tych dwoje, gdy się już połączą, wyobraża sobie wówczas z fatalizmem głupców, że zostali stworzeni dla siebie, obdarzeni wszystkim, czego im trzeba, i przez jakiś czas żyją w tej fikcji." Kochankowie obiecują sobie dozgonną wierność, ale po okresie idealizacji przychodzi pora, by zmierzyć się z porażką. "Płomienie każdej miłości szybko przygasają i wszystko kończy się wybuchem śmiechu. Ona wkrótce dostrzega, jakiego osła przebrała w lwią skórę, a on odkrywa, że obiektem jego westchnień była zwykła gęś. Jego raj, bogini, dozgonna miłość? Odkrywa, że takich rajów jest wiele, a wieczność trwa dość długo, aby pokochać inne boginie - a może pierwsza bogini wcale nie była bóstwem, oboje się pomylili, palnęli głupstwo, lecz ta nowa na pewno jest boginią! To druga strofa piosenki tych głupców, którą podśpiewują także mądrale. I trzecia, czwarta, piąta to także boginie - kochankowie skłaniają się do politeizmu, ale tak monoteistycznego, jak przemiana uczuć w każdym kolejnym przypadku, politeizmu sukcesywnego. Bo przecież nigdy się nie pomylili. Pierwsza równie dobrze mogła być boginią albo ta druga też wcale nią nie była. Co to za bogini, której lada szaleniec może dać, a potem odebrać boskość?" Związki sukcesywne nie przeczą logice całkowitej monogamii.
Całkowita klęska wyidealizowanej miłości nie rodzi pytań co do przyjętego wzorca. Zmienia się osoby, nie ideał. Pewien terapeuta stwierdził, że wzrost napięć przebiega w podobnym rytmie we wszystkich związkach. "Początkowo wyobrażamy sobie i mamy nadzieję, że nasz związek będzie się różnił od innych. Nawet po kilku porażkach we wspólnym życiu odzyskujemy wiarę w nowy związek - tym razem to już będzie na dobre. Nawet jeśli sobie przyrzekamy, że »więcej nie damy się nabrać«, przypadkowe spotkanie każe nam zapomnieć o tej obietnicy", podkreśla Réjean Tremblay (1993). Każdy z nas wybiera dominujący model miłości, co sprawia, że powtarza tę samą drogę. Z czasem miłość ulega degradacji, przecząc w ten sposób ideałowi miłości romantycznej, a ponieważ ta obiecuje dozgonną trwałość, zerwanie uznajemy za porażkę. Chcąc ocalić romantyzm, Kierkegaard pisze w Ukrytym życiu miłości (1960), że jeśli ona znika, to po prostu nigdy się nie pojawiła! Każda porażka oznacza zapisywane w podświadomości rozczarowanie. Dawna miłość zostaje zanegowana. Wbrew temu, co sugeruje Brunner, z pewnością maleje zdolność do pełnego zaangażowania się w kolejny związek.
Stopniowo kochankowie uczą się siebie. Gromadząc coraz więcej informacji na swój temat, nie muszą przywiązywać tak wielkiej wagi do miłości jako spoiwa ich związku. Idealizacja podlega erozji: zapał słabnie, pożądanie przygasa, znika niecierpliwe oczekiwanie... Poznanie i zdobycie drugiego człowieka osłabia uczucie miłości, a zarazem zmniejsza zainteresowanie. Paradoksalnie równa się to stwierdzeniu, że nieznajomość partnera podsyca stan zakochania, ale to wyjaśnienie wydaje się niezadowalające, w przeciwnym razie nieznajomi zakochiwaliby się w sobie, co przecież nie zdarza się często! Zgodnie z różnymi teoriami, zakres wiedzy stanowi siłę sprawczą namiętności i miłości - pragniemy poznać drugiego człowieka, a poznając go, wyciszamy namiętność. W L'Amour fou (Szalona miłość, 1937, 1964), André Breton odrzuca koncepcję miłości, która rodzi się z nieznajomości partnera, a poznania jako trucizny miłości. Ale przecież znamy historię Adama i Ewy - najpierw żyli w raju, potem się poznali i doszło do katastrofy!

Instytucjonalizacja miłości

Smutna i banalna historia miłości: zaczyna się od pragnienia, zmienia w przyzwyczajenie, a kończy się nudą.
Charles Juliet (1978)

Zaproponujmy inną hipotezę - to nie dobra znajomość drugiego człowieka jest przyczyną zmian, ale raczej instytucjonalizacja związku oraz ewolucja miłości. "Gdy miłość stabilizuje się w pozostającym pod kontrolą związku, rodzi się ryzyko stłumienia spontanicznych uczuć, które doprowadziły do jego powstania. Nie może więc dziwić, że namiętność gaśnie, gdy zakochani zasklepią się w relacji opartej na wierności", pisze Claude Kruithof (1979). Namiętność musi się wypalić, ustępując miejsca trosce o drugą osobę i zrozumieniu jej, a te uczucia przypominają przyjaźń. A zatem wysuwane wcześniej hipotezy także są prawdziwe i logiczne, a mimo to sprzeczne. Lubimy bardziej osobę, którą dobrze znamy (philia), ale taka znajomość zwiększa szanse nieporozumienia (polémos); instytucjonalizacja prowadzi do spowszednienia miłości i jej rozpadu (érosion)3.
Miłość to transgresja prawa. Kochankowie legalizują swój związek, aby uzyskać dla niego instytucjonalne uznanie, a uczyniwszy to, stopić się w nim. Julia Kristeva w Histoires d'amour (Opowieści o miłości, 1983) zwraca uwagę, że raz ustalone "prawo odsłania [przed jednostką] swe oblicze tyrana, jest dalekie od ideału, utkane z codziennych problemów i konformistycznych, a więc tłumiących, stereotypów. Z miłosnego »my« w stanie rozkosznej destabilizacji czyni spójną całość, podwalinę reprodukcji, produkcji lub po prostu kontraktu społecznego. Poprzez owo stopienie z ideą prawa jako superego, małżeństwo - instytucja historycznie i społecznie zdeterminowana - staje się antynomią miłości". W pierwszej fazie przejście dokonuje się niepostrzeżenie, zmiany są niezauważalne. A jednak pewnego dnia relacja jest już inna. Miłość stała się sympatią. Przejście od stanu zakochania do miłości rozkłada się w czasie. Gorąca namiętność, nagle mniej żywa, przeobraża się w instytucję (formującą się), a potem w instytucję uformowaną.
Przejście od stanu zakochania do relacji małżeńskiej przebiega stopniowo, łagodnie i niemal niezauważalnie. Ożywcza siła z czasem słabnie. U szczytu zakochania kochankowie czują, że otrzymali dar: "Ten, który kocha, zadłuża się", mówi Kierkegaard (1960). Kochając, zaciągamy dług miłości. Kodeks miłosny André Le Chapelaina precyzuje tę różnicę: kochankowie przeżywają okres obdarowania, małżonkowie obowiązku. To, że zaczynamy liczyć, jest niechybnym znakiem końca fazy rodzącej się miłości! Dar obchodzi się bez wzajemności, jest bezinteresowny, choć antropolodzy wiedzą o istnieniu kontrdaru, który po prostu pojawia się, ale nie jest oczekiwany. "Kiedy zaczynamy prowadzić księgowość darów, miłość gaśnie. Gdy każdy żąda rachunku kredytu i debetu, miłości już nie ma", trafnie zauważa Alberoni (1999). Marc Ogeret śpiewa, że miłość, którą "oddaje się ukochanemu", pewnego dnia zastępują drobne upominki... Wraz z instytucją małżeństwa przychodzi czas księgowania zysków i strat. Przejście od daru do długu dokonuje się niepostrzeżenie. Nie myśląc o tym i niekoniecznie rozmawiając o tym z partnerem, negocjujemy i szacujemy zobowiązania. Przejściu od jednej formuły do drugiej towarzyszy zmiana charakterów i uczucia. Oczywiście te modyfikacje nie są ani w pełni świadome, ani potwierdzone. Tak jak wcześniej nikt nie domagał się stanu obdarowania, tak teraz nikt nie planuje, że będzie liczył. "Dar rodzi się z potrzeby i przemilczenia. Magia daru może zadziałać tylko wówczas, gdy reguły pozostaną niesformułowane", zaznacza Jacques Godbout (1992). Wymagalna lub mimowolna rachunkowość dochodzi do głosu w sytuacjach konfliktowych, a cichnie, gdy płomień miłości znów płonie. Laura z Szalonych nocy nieustannie zarzuca Jeanowi, że tylko ona gotowa jest "dawać wszystko". Namiętna miłość, pytania o sens, są zjawiskami marginalnymi, ściśle ograniczonymi.
Dawniej, w tradycyjnym małżeństwie, role były z góry ustalone, nie stawiano zatem pytania, kto powinien co robić. Współcześnie rachunkowość pozwala uchronić się przed sytuacją, gdy jednostka nie będzie już nawet w stanie określić swej pozycji w związku. Dawne pojęcie długu małżeńskiego zastępuje rachunek zadań. Nowy, zinstytucjonalizowany stan określają nawyki, które pozwalają uniknąć stresujących pytań o z natury niestabilną kondycję miłości. Podział zadań ma uciszyć niepewność i odpowiedzieć na stresujące pytania, które rodzą się, gdy brak oczywistych dowodów. "Wraz z zatracaniem przez tradycję jej strukturotwórczej roli, obliczanie długu pozwala wyznaczyć punkty odniesienia, wprowadzić prawo małżeńskie, które jako obowiązujący system zapobiega perturbacjom fazy przemian, zapoczątkowanej przez dar", twierdzi Jean-Claude Kaufmann (1992). Ale ta nieunikniona rachunkowość nie ma granic. Logika księgowości zadań nie przewiduje momentu, w którym należy położyć jej kres; taki system jest destrukcyjny i zdradziecki, bo prowadzi do nieznośnej sytuacji, gdy wszystko staje się wymierne.
Wobec takiego stanu rzeczy, aby nie pogrążyć się w małostkowej buchalterii, tym bardziej nieznośnej, że przychodzi po fazie miłości gotowej do obdarowywania, kochankowie często skłonni są przyjąć tradycyjny podział ról. Warto przy tej okazji podkreślić znaczenie determinizmu - nawet, gdy idea równości leży u podstaw związku i pozostaje jego ideałem, tradycyjne role po prostu wkradają się "pod strzechę". "Młodzi ludzie, którzy wchodzą dziś w związek, w coraz mniejszym stopniu są wyposażeni we wcześniej ustalone wzory zachowań, ról rodzinnych, lub, sięgając po inne porównanie - brak im małżeńskiego "kostiumu", określającego obyczaje, szatę, która czyni mnicha", ciągnie Kaufmann (1992). Jak wykazuje ankieta na temat obowiązków domowych, nie są one dzielone równo. Podział między płciami rządzi codziennym życiem stałego związku, a po upojnej nocy nadchodzi czas na podliczenie orgazmów. Jacques Godbout (1992), zastanawiając się nad formami darów, mówi niemal to samo: "Zgodnie z naszą hipotezą, gdy w małżeństwie istnieje skłonność do kupieckiego szacowania, gdy para stale dokonuje obliczeń, należy podejrzewać, iż związek funkcjonuje wadliwie, a życie we dwoje skończy się »wystawieniem rachunku«". Dar jak ognia boi się zapłaty i równości. Dąży do przemiennej nierówności. " To nowy problem nowoczesnych par, które, dążąc do narzucanej przez współczesną ideologię równości płci, a zatem i jednakowego podziału obowiązków, stają w obliczu haniebnej buchalterii, przeczącej wszelkim ideałom miłości romantycznej.

Obustronna metamorfoza
W przeciwieństwie do daru, zazdrość, której początkowo nie odczuwają zakochani, pojawia się z czasem. Niepowtarzalność partnera i wzajemne zaufanie sprawiają, że zazdrość nie ma racji bytu. Dopiero potem, gdy minie faza rodzącej się miłości, powoli przychodzi zazdrość. Kochankowie stopniowo się zmieniają, samoistnie i pod wpływem drugiej osoby. "Krok po kroku partner staje się swój, zawsze do dyspozycji, zawsze gotów, zawsze wdzięczny. W ten sposób imponujące dzikie zwierzę zamienia się w udomowione stworzonko, w tropikalny kwiat wyrwany z naturalnego środowiska, który dusi się w przyciasnej doniczce na parapecie. A ten, kto narzucił mu taką metamorfozę dla własnego spokoju, ze strachu przed nowością, w końcu nie może w nim dostrzec tego, czego szukał i co odnalazł", pisze Alberoni (1999). Głównie kobiety ulegają tej przemocy i przystosowują się do nowej roli. "Pożądane takimi, jakimi są wolne, bo wtedy uosabiają siłę wolności, zostają zamknięte w czterech ścianach domu, w haremie, za tysiącem barier, otoczone zazdrością, która odzwierciedla po prostu lęk przed pragnieniem tego, czego się chce. Muszą stać się banalną cząstką codzienności, świata, w którym z definicji kończy się nie tylko rodząca się miłość, ale wszelka miłość", czytamy dalej. Kobiety przypłacają udomowienie utratą indywidualności4, ale nie tylko one padają ofiarą tej transformacji - oddziaływanie jest wzajemne i prowadzi do przemiany kochanków w małżonków.
Potrzeba wydobycia z drugiego człowieka jego cech pospolitych, pozbawienia go odmienności i niezwykłości, odebrania sił witalnych, jest właściwa dla obojga partnerów, którzy w ten sposób próbują zapewnić sobie upragnione poczucie bezpieczeństwa. Powtarzanie tych samych gestów, przypisanie drugiemu ściśle określonej roli, daje takie poczucie, zatruwając jednocześnie relację i niszcząc porywy miłości, które żywią się spontanicznością i zaskoczeniem. "My małżeńskie" stało się "rutynowe", "sklerotyczne". Nuda, rozczarowanie, a nawet żal i gorycz zaczynają dzielić tych, którzy chcieli tylko oswoić swą odmienność. Rozwiane złudzenia i zawiedzione nadzieje często prowadzą do rozstania, psychicznego, gdy każdy zaczyna żyć własnym życiem, albo faktycznego, kiedy pojawia się świadomość, że sytuacja stała się zbyt trudna. "Zgodnie z tym najpowszechniejszym scenariuszem namiętna miłość stopniowo się wypala", pisze Alberoni (1999). Kiedy ten drugi zostanie już zneutralizowany i stanie się banalną cząstką życia partnera, relacja traci walor niepowtarzalności, może więc być zagrożona i stąd bierze się zazdrość.
Drugi akt małżeńskiego baletu zaczyna się, gdy namiętna miłość jest już więzią małżeńską. Rodząca się miłość, która przetrwała starcia okresu "docierania się" w pierwszej fazie, staje się miłością dojrzałą. Odmienna w swej naturze, sprawia, że relacja rozwija się według nowych zasad, które mają obowiązywać przez długi czas. Partnerzy, porzucając złudzenie stanu przejściowego, który chcieli uznać za wieczny, ustalają sposób funkcjonowania w związku, pozwalający im żyć spokojnie i pogodnie. To instytucja lub stan instytucjonalizacji. Małżeństwo zinstytucjonalizowane to takie, którego obserwatorzy nie nazwą już "zakochanym". Oczywiście przypomina nam to "zakochanych na parkowych ławkach", o których Georges Brassens śpiewa, że nie wiedzą, iż przeżywają najpiękniejsze dni miłości. Bo choć życie staje się mniej chaotyczne i intensywne, traci również napęd, jaki zapewniała mu odrobina egzotyki. Często nostalgia przez jakiś czas ożywia utracone chwile ekstazy. Przyzwyczajając się do siebie, kochankowie umacniają prawowity związek. Trzeba podkreślić znaczenie środowiska społecznego, otoczenia, szeroko pojętej rodziny jako czynników powodujących skostnienie relacji, co tak wspaniale pokazuje Bergman w Scenach z życia małżeńskiego. Szczęśliwe, wolne od problemów małżeństwo, Marianna i Johan, okaże się tylko starą parą przyjaciół, roztrząsających wzajemne pretensje. Film o porozumiewaniu się w małżeństwie w gorzkich obrazach przedstawia, jak potrzebny, a zarazem próżny jest wysiłek dialogu. "Cokolwiek zrobisz albo powiesz, sprawiasz tylko cierpienie", mówi przygnębiony mąż, szukając ucieczki z tej pułapki. Bergman zręcznie dowodzi, że przyczyną tej sytuacji nie jest brak uczucia, bo mąż i żona wyraźnie się kochają, co nie przeszkadza im zmienić miłość we wzajemną nienawiść. Lacan nazwał to zjawisko nienawiściomiłością.
Związek instytucjonalizuje się stopniowo: "Posuwamy się, bo mamy wrażenie, że robimy małe kroczki. Przyszłość wyobrażamy sobie jako bardzo mglistą możliwość. Ale nie chcemy poważnie się nad nią zastanawiać", zauważa Kaufmann (1992). Kochanek, dla którego kochanka była wyśnioną księżniczką, patrzy na żonę jak na sprzęt domowy. Przyzwyczajenie każe nam traktować obecność partnera nie jak dar, lecz jak coś "normalnego". W ten sposób dochodzi do dehumanizacji instytucji małżeństwa. W skrajnych przypadkach istotna jest już tylko obecność fizyczna partnera, obowiązkowa, uczucia się nie liczą. W ten sposób zaniedbany (a) mąż (lub żona) uznaje drugą stronę za rzecz. Hegel mówi o uprzedmiotowieniu, Marks o towarze, reifikacji odmienności. Do takiego stanu "obowiązkowej obecności" sprowadza się często tradycyjny związek miłosny. To właśnie zarzuca żona w Niedzieli, przeklętej niedzieli Johna Schlesingera, a Laura w Szalonych nocach Cyrila Collarda domaga się fizycznej obecności Jeana...
Większość doradców uważa, że najważniejsze jest, by "dać coś z siebie" dla ożywienia związku, któremu grozi zapadnięcie w sen, by okazać chęć przypomnienia sobie, "jakie mamy szczęście", że spotkaliśmy partnera, o którym niemal zapomnieliśmy, a wreszcie, by "starać się" go kochać. Lecz Immanuel Kant w Metafizycznych podstawach nauki o cnocie (2005) zwracał uwagę, że miłość nie jest sprawą woli, a obowiązek kochania to nonsens. Jak permanentna rewolucja czy permanentna zabawa, tak permanentna miłość jest tylko utopią, ponieważ jej instytucjonalizacja jest nieunikniona. Każda istota ludzka przechodzi przez trzy fazy rozwoju - powstawania, istnienia oraz istnienia w stanie degeneracji. Dlatego można by powiedzieć, że stare małżeństwa, które zapewniają o swym zakochaniu, chyba po prostu zapomniały, co to znaczy, lub żyją w świecie ułudy. Może się kochają, ale nie są już zakochane.

Niebezpieczeństwo panowania nad sytuacją
Kusi nas to, co niejasne i egzotyczne, fascynuje siła nieznanego, choć równocześnie wzbudza obawę, bo nieustannie jest zagadką. W naszych relacjach potrzebujemy odpowiednich proporcji między tym, co przejrzyste i czytelne, i tym, co mgliste. Tajemnica jest niezbędna, by mogło istnieć porozumienie. Wyobraźnia, która jest źródłem fantazji, potrafi karmić się wyłącznie brakiem równowagi między tym, co znane i nieznane, który jej pozostawiono i to jest jedyna możliwość jej ekspresji. Georg Simmel (1991), który analizował to zjawisko, twierdzi, że jeśli partner staje się przejrzysty, traci szanse i odsłania granice swego uroku: "Jeżeli od początku dąży się do pełnej jedności, skoro pragnienie drugiej osoby i oddanie nie mają granic, obejmując nawet to, co każda subtelna i głęboka natura zachowuje w najskrytszych zakamarkach duszy, jeżeli się myśli, że można wszystko wyjawić innemu człowiekowi", wtedy początkowo niedoskonałe powinowactwo może przynieść rozczarowanie. Ci, którzy chcą dać z siebie absolutnie wszystko, wyjawić całe swe życie wewnętrzne, ryzykują, że pewnego dnia okaże się, jak bardzo są zubożali i odarci z uroku, a to sprawi, że obietnice podtrzymywane dzięki darom z przeszłości5 wydadzą się kłamstwami. Aby czar trwał, ukochana istota musi w pewnej mierze pozostać "jak obłok i fala". Trzeba umieć zaskakiwać, aby podsycić pożądanie. "Gdyby ta, którą kocham, była wciąż taka sama, przestałbym ją kochać", stwierdza David Herbert Lawrence w Éros et les chiens (Eros i psy, 1969). Przeczy to poglądom świętego Augustyna, który twierdził, że miłość powinna być jednakowa, nieprzebrana, niczego nie zatracać, a zatem nie zaskakiwać.
Aby namiętność i pożądanie trwały, muszą kryć w sobie cząstkę nieznanego, być odrobinę tajemnicze i nieprzewidywalne. "W zbyt jaskrawym świetle miłość umiera; potrzebuje odrobiny cienia, by mogła rozwijać się w równowadze i harmonii", pisze Michel Maffesoli (1985). To znaczy, że należy wypracować trudny kompromis między poszanowaniem życia wewnętrznego a pragnieniem wspólnoty. Dwuznaczność, jaka pojawia się, gdy odkrywamy drugiego człowieka, wiedząc, że wciąż tkwi w nim zagadka, wzmaga chęć poznawania. Ale tego celu nie można osiągnąć, nie ryzykując zabiciem kury, która znosi złote jajka. Bo człowiek może ulec namiętnej miłości do kogoś tajemniczego, nieznanego, zagadkowego, a więc fascynującego, wyjątkowo natomiast zakochuje się w tym, kogo zna na wylot. Pewnie dlatego psychoanalitycy rzadko zakochują się w pacjentach, za to odwrotna sytuacja zdarza się dość często. Potrzeba sekretu, niedopowiedzenia jest tym, co stanowi o irracjonalnym charakterze namiętnej miłości. Miłość do drugiego człowieka zmienia się pod wpływem oddalenia. W Całości i nieskończoności (2002) Emmanuel Lévinas utrzymuje, że miłość erotyczna oscyluje między sferą wykraczającą ponad pożądanie a niezaspokojonymi oczekiwaniami.
Problematyka pożądania bywa rzadko poruszana w analizach współczesnych przemian związku. Należy jednak wziąć pod uwagę zmiany zachodzące w sferze socjologii rodziny, a także w dziedzinie seksuologii, by zająć się socjologią miłości, która jest ściśle związana z seksualnością. Seksuolodzy opisują nowe patologie - oziębłość, niezdolność do orgazmu, zaburzenia pożądania, zahamowania seksualne itp. Pacjenci skarżą się na brak myśli i fantazji erotycznych. Wielu mężczyzn cierpi na przedwczesny wytrysk. Według Réjeana Tremblaya (1993) jest ich blisko 75% (oczywiście ta szacunkowa liczba zależy od przyjętej definicji zaburzenia...). Przypomnijmy, że interpretacja własnych przeżyć nie zawsze jest zgodna z obiektywną oceną. Ważne jest jednak niejasne poczucie porażki seksualnej. Te bardzo intymne doświadczenia są także zjawiskami społecznymi. Czy mamy do czynienia z nowymi patologiami, ze zmianą rozumienia pożycia płciowego, efektem rozmów i rozmaitych publikacji? Seksuolodzy przyznają, że liczba konsultacji poświęconych zaburzeniom i niepowodzeniom w życiu seksualnym stale rośnie. Niewiele osób ma ochotę, czas i możliwości, by godzinami uprawiać miłość, sporo zaś po stosunku ogarnia smutek i przygnębienie. Post coitum anima triste, mówi przysłowie. Czy jednak u szczytu zakochania człowiek nie odzyskuje energii, radości życia i uczucia szczęścia po upojnej nocy? Raczej nie jest wtedy smutny ani zmęczony, osłabiony czy niezadowolony! Istnieje także widoczna opozycja między związkiem miłosnym a czysto seksualnym. Rozwój seksuologii, pojawianie się i mnożenie zaburzeń określanych mianem "braku pożądania", "braku zmysłowości", które zdają się ogarniać seksualność, coraz bogatsza oferta i rosnące zapotrzebowanie na pornografię, to kolejne zjawiska, które należy łączyć z wyczerpaniem małżeństwa. I znowu Bergman w Scenach z życia małżeńskiego potrafił pokazać, jak wielki wpływ ma degradacja małżeńskiego pożycia seksualnego na uczucia. Można też przywołać wiele przykładów z filmów Woody'ego Allena. Pogorszenie relacji to wynik rodźwięku między miłością a życiem erotycznym.

Trzeci jako mediator
Jak zdefiniować erotyzm? Wielu autorów odpowiada na to pytanie, ale tylko nieliczni przywiązują odpowiednią wagę do roli trzeciego w sprawach, które wydają się dotyczyć dwojga. A przecież para wyzwolona od trzeciego popadłaby w rutynową, mechaniczną, zwierzęcą seksualność. To interwencja innych wzbogaca formy życia erotycznego. "Erotyzm kryje w sobie i zawsze będzie krył głęboką dialektykę wielości i jedności, bliskości i odrębności. Odrębność domaga się wielości, potrzebuje jej, by się wzbogacić. Jeżeli erotyzm popada w rutynę, staje się przyzwyczajeniem i obowiązkiem, umiera; miłość wywołuje wtedy nudę i niesmak. Bez wielości, bez możliwości, jakie ona daje, bez uwodzenia, bez fantazji, erotyzm nie mógłby istnieć", zauważa Alberoni (1987). Im bardziej para unika interakcji z otoczeniem, tym uboższe i bardziej monotonne są jej przeżycia erotyczne. Ponieważ pożądanie jest strukturą dynamiczną, jego badanie pozwala ustalić topologię pożądania według Innego. Pożądanie jest pożądaniem pożądania. To interwencja lub zagrożenie ze strony trzeciego uruchamia mechanizm namiętnej miłości. We wszystkich przedstawieniach społecznych i literackich erotyki zawsze pojawia się on przy narodzinach pożądania. René Girard (2002), czytelnik Prousta, twierdzi, że miłość w Poszukiwaniu straconego czasu jest zawsze związana z obecnością rywala. "U podłoża pożądania tkwi zawsze obraz innego pożądania, realnego lub złudnego", pisze autor. Dopiero, gdy traci się trzeciego, gdy jest daleko, uświadamiamy sobie nasze przywiązanie do niego. Brak jest miarą jego siły. To także symbol śmierci, a miłość zawsze jest z nią związana poprzez grę zbliżeń i oddaleń.
Pożądanie w trójkącie jest konstrukcją, którą możemy znaleźć we wszystkich formach narracyjnych, skupiających się na pożądaniu a nie tylko w jej najbardziej nieodpartym przejawie, jakim jest zazdrość. Obecna zarówno u Stendhala czy Prousta, jak u Dostojewskiego i Cervantesa, będąca osią wszystkich romansów, struktura trójkąta pożądania widoczna jest też we współczesnym erotyzmie. Bez trzeciego nie ma pożądania, trzeci jest niezbędny. "Cień trzeciego - krewnego, ojca, męża lub żony - jest zapewne silniej obecny w doznaniach cielesnych zdradzającego niż chcieliby przyznać niewinni poszukiwacze szczęścia we dwoje. Usuńcie trzeciego, a cały gmach runie, często z braku pożądania, utraciwszy koloryt namiętności", pisze Julia Kristeva (1983). Trzeci może wkroczyć za pośrednictwem wyobraźni jednego z partnerów. Taki wariant proponuje film Valérie Stroh Un homme et deux femmes (Jeden mężczyzna i dwie kobiety), adaptacja powieści Doris Lessing (1967). W pierwszej noweli napisanej przez Martę, pisarkę, która jest centralną postacią filmu, kobieta pchnęła męża w ramiona swej najlepszej przyjaciółki. Fakt, że trzeci to przyjaciel, ma ogromne znaczenie, pozwala bowiem uniknąć konfliktu. W drugiej noweli bohaterowie, brat i siostra, wyznają, że ich kazirodcza miłość potrzebuje innych: "Być może, gdybyśmy nie mieli przy sobie Charles'a i Cathy, nie moglibyśmy zaznawać tej rozkoszy." Trzeci daje im siłę, jednak nie jest w rzeczywistości traktowany jak uczestnik tej relacji. Wdziera się w nią domyślnie lub podświadomie. Gdy uda się zażegnać konflikt, relacja się zmienia, a trzeci zostaje włączony w pełniejszą konstelację trójkątną.
René Girard (2002) posuwa się dalej i analizuje zazdrość jako formę pragnienia. Aby kogoś kochać, potrzebny jest nam jeszcze ktoś inny, kto kocha i przynajmniej wirtualnie posiada tę osobę. Zazdrościmy temu komuś i to budzi nasze pożądanie. Pragnienie jest naśladowcze. "Aby człowiek próżny zapragnął czegoś, wystarczy go przekonać, że jest to przedmiotem pożądania innej, cieszącej się pewnym prestiżem osoby", pisze Girard. Mediator jest rywalem, uosobieniem dwóch konkurujących pragnień. W efekcie trzeci odgrywa niezastąpioną rolę w relacji między partnerami. Dlatego, że partner jest pożądany przez trzeciego, wciąż zachowuje atrakcyjność. Aby naprawdę się podobać, trzeba zdradzać, przynajmniej w duchu. To argument, który pozwalał Fourierowi słusznie myśleć, że bezwzględna wierność jest niemożliwa. Daniel Sibony (1991) może więc zasadnie kwestionować wierność: "zapewniać, że nigdy nie damy się »uwieść«, że pozostaniemy wierni, to prawie tak, jakby obiecywać pewną śmierć; to więcej, niż wstąpić do klasztoru. [...] Jeżeli partner jest w pełni wiarygodny (wierny), to albo ty już nie istniejesz, albo on oszukuje, każąc wierzyć, że żyje, podczas gdy coś w nim obumarło". Wierność absolutna jest kłamstwem, urojeniem, oszukiwaniem samego siebie albo odrzuceniem życia. Nie może być trwała, chyba że zostanie zdefiniowana w inny sposób. Dlatego Fourier proponuje, by nadać jej raczej wymiar duchowy, a nie cielesny.
Miłość wymaga spontaniczności - symbolizuje ją wiatr, bóg Eol, ten, który przychodzi i odchodzi, unika stałości. Kochanek wymaga wolności od ukochanej. Koncentracja na jednej jedynej istocie jest równie niebezpieczna i fałszywa, jak rozproszenie uwagi na wszystkich. "Prawem miłości jest wybór, nie można zaś wybrać jednej [osoby]", podkreśla Michel Lobrot (1975). Możliwość wędrówki daje nadwyżkę energii, by ożywić relację, która bez tego zastrzyku zastygnie w śmiercionośnym bezruchu. Choć kochankowie pragną odizolować się na pewien czas od innych, aby stworzyć więź, która ich połączy, nie mogą trwać spokojnie w przeświadczeniu, że to więź na zawsze, ponieważ wszystko wymaga ciągłej przebudowy. Dlatego tak potrzebny jest trzeci, który pojawia się, by wstrząsnąć związkiem, zmusić partnerów do nieustannych przeobrażeń, do podejmowania ryzyka. Bez niego więź miłosna kostnieje, co sprawia, że przyjemność znika, a jej miejsce zajmuje zależność. Ofiara relacji wyłącznej, opartej na przyzwyczajeniu, żywi się wówczas perwersyjnymi przyjemnościami. Taki układ daje pewność, ale zabija właśnie dlatego, że stwarza poczucie bezpieczeństwa6. Jeżeli pożądanie jest efektem braku, to tradycyjne małżeństwo, uniemożliwiając przeżywanie tego stanu, znieczula zmysły siłą przyzwyczajenia.
Mechanizm pożądaniaNieszczęsny kochanku, nie wiesz jeszcze,Że choć ta piękność godna uwielbienia,Dość ją poślubić, by miłość umarła.Gdy prawem dane, dobro nie jest już pożądane,A kobieta z tysiąca wybrana,Znudzi się z upływem miesiąca,Nie dojrzysz już jej urody, chyba w niepokoju,By pierwszego, który zwróci na nią oko lub słowem zagadnie,Podejrzliwym i wrogim zmierzyć wzrokiem.Jej czar i wdzięk każdy wciąż widzi - każdy oprócz męża.Corneille, Tyrcis w komedii Melita
Fakt, że w naszym życiu pojawia się zmienność lub że jej brakuje, podważa zasadę wierności. Bez pożądania nie ma miłości, Kupidyn kryje się za Erosem. Ale pożądanie zaspokojone gaśnie w jednej chwili, nasycona żądza jest martwa. Dlatego święty Augustyn uważał, że dla każdego pragnienia możliwe jest tylko spełnienie duchowe, wieczne, a nie ziemskie, z natury niedoskonałe i niezadowalające. W przypadku miłości erotycznej pożądanie bierze się z braku, nie sposób jednak budować na nim miłości, bo jak można w nieskończoność odczuwać brak tego, co się ma? Innymi słowy, jak sprawić, by namiętna miłość zrodzona z braku trwała we wspólnym życiu? Jak idealizować to, co dobrze się zna? Krystalizacja jest oczywiście stanem nietrwałym, który nie harmonizuje z małżeństwem. Rzecz jasna, pożądanie może rozpalić się z popiołów, napisał Georg Simmel (1988): "Przemierzając drogę od braku do posiadania i wyczerpując się w tej wędrówce, [miłość] nie może już, gdy w końcu »ma«, być taką, jaką była wcześniej, nie może być miłością, lecz zużywa energię na rozkosz lub może nasycenie. Logika miłości jako pragnienia posiadania zrodzonego w kimś, kto nie ma, nie wyklucza możliwości, że odrodzi się ono w tej samej chwili, gdy zgaśnie; zgodnie z tą logiką miłość pozostaje więźniem rytmicznych przemian, których cezura pokrywa się z chwilami spełnienia." Pragnienie jest jak wznoszące się i opadające fale. Jest zaprzeczeniem pewności. Pewność posiadania niszczy pożądanie. Dlatego z czasem musi ono przygasać, uśpione przez poczucie bezpieczeństwa i znajomość partnera.
Czyż nie mówi się, że romans "podsyca płomień" uczucia w stałym związku? Przypływ energii i poczucie zagrożenia, rozbudzają zainteresowanie i wzmagają pociąg. Przeszkoda wznieca namiętność, a nowość pożądanie. Spontaniczny zapał miłosny, zwieńczony sukcesem, a nie stłumiony, jest z natury krótkotrwały. Dlatego wielkie mity zawsze piętrzą przeszkody na drodze do spełnienia. Jak ogień, który się wypala, pozostawiając tylko zgliszcza, których żar wystarcza wspomnieniom, ale nie zawsze jest zdolny buchnąć płomieniem, Feniks musi mieć warunki, by się odrodzić. Cząstka drugiego musi pozostać niedostępna, aby wciąż była pożądana. Przeszkody i trudne próby są także remedium na ograniczony czas ludzkiego życia. Wyzwanie podsyca pragnienie: "Jeżeli nie jest ci dane pożądać choćby przez jeden dzień, twoja miłość nie przetrwa może trzech nocy", pisze Balzac w Fizjologii małżeństwa (1992). Bez stłumienia nie ma krystalizacji. Warto zalecić umiar, by rozwinęła się miłość uczuciowa - proces stłumienia podniesiony do rangi etyki, jest prawdziwym "wynalazkiem współczesnej cywilizacji europejskiej".
Afrodyta, symbol miłości, zrodzona z obciętego i ciśniętego do morza członka Kronosa, wskazuje na znaczenie sublimacji. Wzbraniając przejścia do czynu, zyskuje gwarancję wiecznej namiętności. Wówczas, podobnie jak miłość religijna, ta ludzka również nie ma granic, ponieważ nigdy nie jest nasycona. Kopulacja z bogiem unicestwiłaby ten żar. Jest niemożliwa, i dzięki temu pragnienie wciąż trwa. Nadzieja gaśnie, gdy posiądziemy obiekt pożądania. Czy gdy raz go zdobędziemy, możemy go jeszcze w pełni posiadać? "Trzeba znów piętrzyć przeszkody, aby móc na nowo pożądać i rozniecić to uczucie do rozmiaru świadomej, silnej, wiecznie żywej pasji", pisze Denis de Rougemont (1999). Tragedią współczesnego związku romantycznego jest wzorowanie się na archetypie miłości dworskiej i wiara w możliwość jego realizacji. Ideałem jest przeżycie miłości aż po grób. Ale trzeba utrzymać napięcie, bo gdy go zabraknie, czar pryśnie jak mydlana bańka. Eros umiera, kiedy napięcie słabnie lub kiedy osiągnie już apogeum. Także w powieściach czy filmach, od historii Tristana i Izoldy poczynając, mnoży się przeszkody, które podtrzymują miłosny zapał. Zakończenie historii, romantyczny ślub, happy end, to unik, pozwalający przemilczeć nieuchronne rozczarowanie fazy schyłkowej.
Arystoteles powiedział, że pożądanie jest impulsem dla przyjemności, która pozostaje w zgodzie z naturalnym dążeniem do zadowolenia. Ale cechą miłości erotycznej jest brak, dążenie do tego, czego nie ma. Z definicji pożąda się tego, czego się nie posiada. A jako synonim braku, pożądanie wiąże się z cierpieniem. Jednak nie oznacza to, że posiadanie jest szczęściem, bo kiedy pragnienie zostanie zaspokojone, pojawia się brak i w efekcie pragnienie, które znika... W każdej sytuacji pożądanie przeradza się więc paradoksalnie we frustrację, co dostrzegła, analizując myśl świętego Augustyna, Hannah Arendt (1991). Twierdził on, że tylko pragnienie wieczne, zwrócone ku Bogu, może wyzwolić nas z kręgu sprzeczności. Pragnienie jest z natury ulotne, na co w swoisty sposób zwraca uwagę mit o narodzinach Afrodyty - aphros znaczy "piana". Pożądanie żywi się zmiennością przedmiotu zainteresowania, jak uczył nas Pascal, snując rozważania o rozwiązłości. Julia Kristeva (1983) pisze: "Skoro pożądanie jest zmienne, upaja się nowością i z definicji jest niestałe, skłania miłość do marzeń o wiecznym związku. Po co wierność, potrzeba trwałej harmonii, po co wreszcie małżeństwo z miłości - nie jako konieczność w niektórych społecznościach, ale jako pragnienie, jako libidalna potrzeba?" Gdy pragnienie wygasa, nadchodzi kres cierpień spowodowanych brakiem, ale także kres miłości, której jest ono elementem konstytutywnym. Spokój życia małżeńskiego prowadzi do przesytu i zapomnienia o pożądaniu. Jacques Ruffié (1997) twierdzi, że jednym z najpoważniejszych zagrożeń jest dla małżeństwa - o czym wspomina się aż nazbyt dyskretnie - wyczerpanie wzajemnego pożądania, spowodowane przyzwyczajeniem. "Znużenie jest nieuniknione, gdy każdego dnia albo każdej nocy powtarza się te same gesty z tym samym partnerem (albo partnerką). Pożądanie się zużywa." Przyzwyczajenie prowadzi do znużenia7. Georges Bataille mówi o przerażającej pustce regularnego życia małżeńskiego. Trzeci najczęściej sprowadza cierpienie i rozdarcie, ale jego nieobecność rodzi zabójcą nudę. Życie oscyluje między cierpieniem a nudą8.

Nieubłagane prawo termodynamiki
Drugie prawo termodynamiki głosi, że system zamknięty w nieunikniony sposób ulega degradacji9. System zamknięty, to znaczy taki, który nie wchodzi wcale (lub prawie wcale) w interakcję z otoczeniem, charakteryzuje się prostą autoregulacją, a poprzez ciągłe narastanie - entropią. Otóż, kiedy entropia rośnie, porządek staje się nieładem, a złożoność zmienia się w chaos. Aby system pozostał otwarty, a entropia słabła (wtedy można by mówić o "antyentropii"), potrzebny jest wpływ z zewnątrz. W takiej sytuacji system ewoluuje ku większej złożoności. To prawo, obowiązujące dla wszystkich systemów fizycznych - zamkniętych i otwartych - można zastosować także wobec wszystkich systemów społecznych. Georges Balandier (1988) stworzył, wychodząc z tego założenia, podstawy swoistej teorii antropologicznej. Jego zdaniem nie ma powodu, by sądzić, że małżeństwo, jako system zamknięty w sferze miłość - seksualność, nie funkcjonuje wedle tych samych praw. Wymiana między partnerami, początkowo intensywna, wypełnia je nową energią, którą partnerzy dzielą między siebie; jednak przy zachowaniu romantycznej wierności energia ta może być tylko nietrwała. Po wyrównaniu jej poziomów przychodzi degradacja. Po pewnym czasie wszystko przebiega tak, jakby zgromadzona energia się zużywała. Kto nie doświadczył po kilku dniach spędzonych z dala od partnera, spotkania znów naelektryzowanych ciał? Z racjonalnego punktu widzenia miłość i seksualność również podlegają prawom termodynamiki. To wyjaśnia fakt, że po przejściu od stanu zakochania do zinstytucjonalizowanego związku miłość jest w pewnym stopniu podtrzymywana, o czym już wcześniej wspominaliśmy.
Mówi się, że szczęśliwa miłość nie ma historii. Faktycznie, motorem zmian, a więc i historii, jest przemiana. Nie wiadomo tylko, czy taka miłość może być szczęśliwa, bo zapewne chodzi o miłość martwą. Ponieważ historia każdej miłości zaczyna się od spotkania z odmiennością, historia małżeństwa ożywia się dzięki trzeciemu. Równocześnie jednak powstaje zagrożenie. Trzeci wnosi odmianę, życie, ale także ryzyko rozpadu związku, śmierci. To ruch dialektyczny. Choć para wypycha trzeciego poza ramy instytucji małżeństwa, ten wciąż przyciąga i wspaniale regeneruje partnerów. Niektórzy skłonni są nawet rzucić wyzwanie, popychając ukochanego (ukochaną) w ramiona rywala, jakby "pragnęli katastrofy", a może mediatora czy wreszcie - jakby chcieli poddać próbie siłę związku. Ten zakład to ryzyko, jest także igraniem ze śmiercią. Na ogół mediacja z trzecim odbywa się w atmosferze rywalizacji, we wrogim trójkącie, w miłości / nienawiści rywali, ale wszystko to może się dziać także w wyobraźni (erotyczne podniecenie trzecim), a rzadziej - poprzez jego włączenie.
Choć istnieją różne sposoby przeżywania relacji z trzecim, tradycyjny model miłości romantycznej stara się go ukryć, ponieważ jest dla niej zagrożeniem. Może doprowadzić do rozpadu związku kochanków, chociaż ich relacja jest uprzywilejowana, ponieważ trzeci jest z niej wykluczony. Para to system o prostej autoregulacji - stara się przetrwać, eliminując wpływy z zewnątrz10. Próba powrotu do przeszłości świadczy o chęci odzyskania stabilizacji sprzed wstrząsu. To unieszkodliwienie prowadzi do wyjałowienia, które kończy się autodestrukcją za przyczyną wewnętrznego wyczerpania. Ponieważ każdy system zamknięty zmierza w kierunku nieuniknionej degradacji, jedyną alternatywą jest ryzyko (rzadko podejmowane), jakie pociąga za sobą akceptacja ciągłej przemiany. Systemy, które chcą przetrwać, chroniąc się przed zmianą prowokowaną przez trzeciego jako nośnik chaosu, ewoluują ku zubożeniu i śmierci.11 Systemy, które odrzucają wszelkie wpływy z zewnątrz, socjologia organizacji nazywa totalitarnymi. Zamknięte systemy społeczne, które usiłują chronić się przed otoczeniem, muszą ulec rozregulowaniu i umrzeć.
Z wykluczenia rodzi się struktura zamknięta, homeostatyczna, żyjąca powtórzeniami. "Życie małżeńskie jest dla mnie najbardziej kojącą wizją śmierci. Dwoje ludzi zgadza się, aby nic już się nie działo, nic albo możliwie najmniej. Wiecie, to jest jak fotografia - nikt się już nie rusza", stwierdza z ironią Christian Bobin (1991). A przecież istotą życia jest płynność, ruch, nieuchwytność, czyli po prostu ciągłe tworzenie więzi. Powtórka z przeszłości niesie tylko nudę, zamyka w klatce, zabija. Eugene Enriquez słusznie porównuje to zjawisko z freudowskim "popędem śmierci". Istnieją zatem dwie antagonistyczne siły - śmierć przychodząca od wewnątrz (autodegradacja) i ryzyko śmierci systemu spowodowanej jego rozpadem. Związek trwa w napięciu między tymi dwoma zagrożeniami. To nieuniknione wyzwanie, jeśli system ma pozostać otwarty i wzbogacać się. Ambiwalencja związku dwojga, świadome przeciwstawienie się groźbie śmierci, to jedyna szansa, aby miłość partnerów przeżyła.

Kastracja małżeńska
We współczesnych związkach tylko nieliczni partnerzy są w stanie pozostawać "do dyspozycji" trzeciego. Para tworzy bowiem ekran między sobą a innymi. Najczęściej trzeci pojawia się po okresie skupienia związku na sobie, gdy wyczerpała się energia, a relacje się pogorszyły. Niestety, jego interwencja ma katastrofalne skutki, ponieważ ujawnia ubóstwo relacji. Aby tego uniknąć, należałoby otworzyć się na trzeciego od początku. Lecz romantyczny ideał, dominująca w Europie kultura miłości, jest sprzeczny z takim otwarciem. Chodzi nie tylko o seksualność, ale także o zwyczajne gesty, o zwracanie uwagi na innych. Jak już pisaliśmy, czułe gesty często są zakazane. I tak zresztą podlegają ścisłym regułom - nie mogą trwać zbyt długo, nie mogą być natarczywe, a już na pewno erotyczne, by nie doszło do konfliktu miłosnego. Logika związku dwojga prowadzi więc do wykluczenia trzeciego i marginalizacji uczuć w życiu codziennym.
Obcy, groźny dla związku, ma ściśle wyznaczone terytorium. Pojawienie się trzeciego, kimkolwiek jest, stwarza ryzyko destrukcji miłości12. Para ma skłonność do chronienia się, do "zamykania się w skorupie", "zasklepiania", byle nie dopuścić do okazania czułości albo miłości poza tą jedną relacją. Walka z pokusą, z porywami skierowanymi w stronę innych osób, wymaga jednak nieprawdopodobnej energii. Impuls, który pchnął partnerów ku sobie, nie powinien zwracać ich ku innym. Dlatego powstaje podwójna blokada - cenzura własnych emocji i baczna kontrola uczuć partnera. Ten system obronny jest wbudowany w związek, podtrzymywany przez ideologię samowystarczalności. Samokontrola i podświadoma autocenzura umożliwiają prawdziwe znieczulenie. Pewna kobieta w Scenach z życia małżeńskiego Ingmara Bergmana przyznaje na przykład, że straciła całą wrażliwość, rzeczy i ludzie stali się puści, przestali wzbudzać w niej jakiekolwiek emocje. Zażądała więc rozwodu, aby na nowo odkryć życie.
Para neutralizuje się na różne sposoby i mamy prawo zastanawiać się nad patologicznymi skutkami tego znieczulenia. W zamkniętym obiegu energia nie ma źródeł odnowy i w końcu się wyczerpuje. "Entropia prowadzi do homogenizacji wszystkich elementów systemu i powoduje jego inercję", pisze Enriquez (1972). Skoro energia krąży w obiegu zamkniętym13, to czy wyłączność relacji nie jest na dłuższą metę problematyczna? Zasklepienie się w związku, który jest pozbawiony dopływu energii z zewnątrz, wydaje się nieznośne. Ulega ona wyczerpaniu, a brak jej dopływu powoduje fatalne skutki. Prawdą jest, że para nigdy nie żyje w całkowitej izolacji, wchodzi w interakcje z otoczeniem poprzez relacje społeczne, kontakty z przyjaciółmi czy środowiskiem zawodowym. Istnieją różne uznane formy ekspresji, uprawnione na mocy domyślnego lub jasno sformułowanego kontraktu między partnerami, umożliwiające wymianę uczuciową i fizyczną z osobami trzecimi. Od kontaktów sportowych, masaży i sesji "doskonalenia ciała", które nie mają podtekstów seksualnych, po poczynania zwolenników wymiany seksualnej - wachlarz możliwości jest szeroki. Ale nawet ta wymiana podlega regułom kontraktu, który zawarła para, i posługuje się określonym systemem znaczeń. W codziennym życiu kochankowie eliminują zbyt spontaniczne gesty, w których wyraża się przesadna uczuciowość. Oczywiście, te zakazy są bardziej lub mniej ścisłe, lecz niewiele par ich nie przestrzega. Jednak z pewnością nie tu można by szukać wystarczającej rekompensaty14. Wkład energii w tego rodzaju aktywność różni się od energii, jakiej wymaga związek miłosny. Pod względem uczuciowym i seksualnym ścisła monogamia jest systemem zamkniętym. To małżeństwo monorgazmatyczne!

1 "Szczęście zrozumienia i namiętności, ogranicza się do pierw