Strona główna / Popularnonaukowe / 4 miliardy lat. Eseje o ewolucji

Aktualności

22.09.2020

Nie żyje Darek Milewski

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 20 września 2020 r. zmarł Darek Milewski, autor książki „Mały wielki tydzień”, w której opisał – jednym, sprawnym palcem – jak żyje się ze stwardnieniem zanikowym bocznym ALS. Miał 57 lat. Rodzinie i bliskim składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

4 miliardy lat. Eseje o ewolucji

Marcin Ryszkiewicz

9

Babcia jest ok.

Spośród wielu osobliwości naszego gatunku (takich, jak dwunożność i wyprostowana postawa, naga i cienka skóra, ból towarzyszący narodzinom) obecność dziadków (to znaczy rodziców rodziców - więc również, a nawet przede wszystkim, babci) w wieku postreprodukcyjnym jest jedną z większych zagadek, które czekają na wyjaśnienie. Z biologicznego punktu widzenia celem życia jest płodzenie potomstwa, ponieważ im więcej go po sobie zostawimy, tym większa szansa, że nasze geny rozpowszechnią się w populacji. Tak działa dobór naturalny - faworyzuje cechy (i kodujące je geny), które zwiększają liczbę żywego potomstwa, eliminuje te, które mogły w tym dziele przeszkadzać. Długość życia osobnika jest również cechą przystosowawcza - nikomu nie opłaca się żyć dłużej niż jest to konieczne dla przeżycia ostatniego potomka. Ani jednego dnia dłużej - niestety.

Długowieczność nie była nigdy promowana w ewolucji, jeśli nie szła w parze ze zwiększoną dzietnością. Po urodzeniu i wykarmieniu ostatniego potomka biologia ma dla każdego z nas tylko jedno przesłanie - giń! W wypadku niektórych zwierząt trudno przewidzieć, kiedy ten „ostatni potomek” się narodzi - zdarzają się więc gatunki szczególnie długowieczne, zwłaszcza takie, którym drapieżniki nie zagrażają zanadto (na przykład żółwie, słonie, wiele ptaków i ryb). I u nich jednak obowiązuje zasada „do ostatniego dziecka” - osobniki dożywają wprawdzie sędziwego wieku, ale tylko dlatego, że do końca mogą produkować młode, a nawet robić to z czasem coraz skuteczniej (miłośnicy kawioru powinni być szczególnie wdzięczni biologii - jesiotry mają największą ochotę na amory właśnie w zaawansowanym wieku). Prawdziwa długowieczność - możliwość cieszenia się życiem bez konieczności płodzenia potomstwa - jest luksusem, na który nie stać dotąd żadnego gatunku na Ziemi. Poza człowiekiem.

Łatwo to udowodnić - u ludzi (kobiet) okres menopauzy jest tak wyraźny, że dokładnie wyznacza przewidziany przez ewolucję moment zakończenia reprodukcji. W zasadzie - wedle ssaczych standardów - wystarczyłoby dodać do tego wieku (około 45 lat) jeszcze dwa lata na wykarmienie (piersią) ostatniego potomka, by otrzymać maksymalny czas życia każdego (a raczej każdej) z nas. Potem - czas umierać.
Człowiek najwyraźniej nie stosuje się do tej zasady. Kategoria dziadków istnieje u nas jako specyficzna cecha gatunkowa, równie osobliwa, jak nasza dwunożność, bezwłosa skóra, czy bóle porodowe. Ludzie żyją bardzo długo i już sama długowieczność jest cechą, która trudno wyjaśnić (bo biologiczne wyposażenie daje nam wyjątkowo słabą ochronę przed drapieżnikami). To zresztą ciekawy temat do rozważań, bo jeśli nie biologii, to czemu zawdzięczamy bezpieczeństwo, którego długowieczność jest najwyraźniej pochodną? W każdym razie fakt, że biologia sprezentowała nam ekstra kilkadziesiąt lat życia po urodzeniu i wychowaniu ostatniego dziecka, jest dla ewolucjonisty prawdziwym wyzwaniem. W żargonie bywa to nazywane paradoksem dziadków. Jak się zdaje, paradoks ten doczekał się właśnie wyjaśnienia.
Do czego służą dziadkowie (czyli babcie, pamiętajmy)? Po co w ogóle na Ziemi są ludzie starzy, skoro nie płodzą dzieci, a dla bliskich stanowią tylko obciążenie? Takie - to prawda, że bezduszne - pytania są w biologii jak najbardziej uprawnione i muszą doczekać się odpowiedzi, gdyż prawdziwa nauka powinna odpowiadać na trudne, a nie łatwe pytania. Długo sadzono, ze obecność ludzi starych wynika z opieki, jakiej mógł oczekiwać od młodszych i że ich pojawienie się oznaczało narodziny typowego dla ludzi altruizmu nieznanego wśród zwierząt. Poparciem tej tezy były znajdowane w jaskiniach szkielety starych i schorowanych osobników, którzy nie mogliby utrzymać się przy życiu bez wsparcia ze strony młodszych i sprawniejszych współtowarzyszy. Dotyczy to nawet niektórych neandertalczyków, jak słynnego „Starego Wodza” z jaskini Szanidar w Iraku, który przeżył (i to długo) mimo utraty ręki i oka oraz silnego zdeformowania prawej nogi, co uniemożliwiało mu chodzenie o własnych siłach.
Kości ludzi starych, chorych i ułomnych nie kłamie, świadczy o tym, że zerwaliśmy z bezdusznym prawem dżungli już przed dziesiątkami tysięcy lat. Ale z pewnością nie dają odpowiedzi na pytanie, jak to się zaczęło. Altruizm (skądinąd niewątpliwy) może być wynikiem, ale nie przyczyna naszego człowieczeństwa. Może więc to dziadkowie byli potrzebni młodym, a nie odwrotnie, a ich pomoc przewyższała straty, które trzeba było ponieść w związku z ich utrzymaniem?
Ludzkie dzieci rodzą się przedwcześnie (jak na małpie standardy; wielkie głowy w pełni uformowanych noworodków nie mogłyby przecisnąć się przez kanał rodny kobiety) i są przez długi czas bardzo nieporadne. Korzystają z opieki rodziców długo po odstawieniu od piersi - co znów jest wyjątkiem wśród ssaków. Wszystkie ssaki muszą karmić młode mlekiem, tak przewidziała biologia. Ale odstawienie od piersi oznacza zwykle, ze młode odtąd mogą same znaleźć sobie pożywienie - inaczej byłyby nadal karmione. Człowiek jest inny (to kolejna z naszych licznych osobliwości), gdyż ze względu na zmianę swej diety w niedalekiej ewolucyjnie przeszłości (z „łatwej”, opartej na owocach, na „trudną” - zarówno do zdobycia, jak i przyrządzenia), jest karmiony przez rodziców długo, równie? wtedy, gdy matka zajęta jest już nowym dzieckiem. Stąd wynalazek ludzkiej monogamii i męskiego rodzica, a nie tylko „zapładniacza”. Wydaje się jednak, że ta ojcowska pomoc nie była wystarczająca i mogła być równie niedoskonała, jak sama monogamia. Owszem, ojciec miał interes, by jego dzieci przeżywały, ale zawsze mógł powetować sobie ewentualne straty nowymi dziećmi i nowymi podbojami. Inaczej niż babcia, zwłaszcza po menopauzie.
Czy więc babcie zastępowały, a przynajmniej wspomagały nie zawsze skuteczną pomoc ze strony niekoniecznie wiernego ojca? Czy, zamiast być obciążeniem, były wręcz filarem, który umożliwić biologiczne, a później i kulturowe sukcesy naszego gatunku? Czy są jakiekolwiek dowody na poparcie tej karkołomnej tezy?
Jedną z przesłanek - choć nie dowodem - jest zagadkowo silny instynkt opiekuńczy, jaki dziadkowie przejawiają wobec wnuków; jego intensywność nosi znamiona biologicznego popędu. A popędy mają zwykle znaczenie przystosowawcze, inaczej nie mógłby się utrwalić. Czy ten popęd przekłada się (a raczej przekładał na konkretne biologiczne korzyści, jakie wynikały z obecności dziadków? Tego właśnie dowodzi praca fińskiej badaczki Mirkki Lahdenperä, opublikowana w „Nature” (nr 6979, 2004). Uczona wraz ze współpracownikami przebadała wyjątkowo dokładne i bogate rejestry z XVIII i XIX wieku pokazujące dzieje fińskich i kanadyjskich rodzin z terenów wiejskich - a więc z czasów i obszarów, gdy istniały tradycyjne rodziny wielopokoleniowe, a wpływ współczesnej cywilizacji jeszcze się nie zaznaczał.
Rodziny tradycyjne były wielodzietne, ale różniły się między sobą zarówno liczbą dzieci, jak i przede wszystkim stopniem przeżywalności tych dzieci do czasu osiągnięcia dorosłości. Badania Lahdenperä pokazały, że dzietność rodzin, w których występowała babcia po menopauzie, była wyraźnie wyższa niż takich, które były tego „obciążenia” pozbawione - niezależnie od tego, czy babcia po prostu zmarła, czy żyła z dala od swych wnuków. To drugie odkrycie wyklucza wpływ babcinych genów (obecnych i u wnuków) - to jej pomoc, a nie jej genów, okazywała się decydująca. Ale ciekawa rzecz, ten „efekt babci” zaznaczał się dopiero w momencie odstawienia dziecka od piersi. Przez pierwsze dwa lata życia jego szanse przetrwania nie były skorelowane z jej obecnością. To kolejna wskazówka, że badacze obserwowali bezpośredni wpływ jej obecności (i pomocy), a nie na przykład genów długowieczności. Analiza statystyczna wyników wykazała, że każda kobieta „zarabia” średnio dwa dodatkowe wnuki na każde dziesięć lat życia powyżej pięćdziesiątki - ale zależy to wyłącznie od jej fizycznej obecności przy wnukach. Jak wynika z rejestrów, kiedy mieszkała od nich dalej niż 20 kilometrów, jej długowieczność nie miała żadnego wpływu na ich szanse przeżycia. To ona była potrzebna, nie jej geny!
Praca Lahdenperä, choć dotyczy niewielkich populacji żyjących dawno temu w egzotycznych miejscach, może mieć wielkie znaczenie dla wyjaśnienia licznych fenomenów ludzkiej kondycji i osobliwości naszej ewolucji. Wszystkie one wiążą się bowiem z dodatkowymi zagrożeniami i tak biologicznie kruchego gatunku, jakim jest człowiek. Odpowiedzią na te zagrożenia były wyjątkowe wśród zwierząt, ale typowe dla człowieka wynalazki, takie jak powstanie złożonych społeczeństw opartych na monogamicznych parach, wytwarzanie i obróbka narzędzi, narodziny mowy i świadomości, wydłużenie okresu dzieciństwa połączone z długotrwałą nauką i przekazywaniem wiedzy. Jednym z najważniejszych, najdziwniejszych i najbardziej brzemiennych w skutki wynalazków było powstanie „instytucji” babci (a w związku z naszą monogamią i równym przekazywaniem genów synom i córkom - także dziadków) i wydłużenie życia nie tylko przed, ale i po reprodukcji.