Strona główna / Literatura światowa / Dziesiąty krąg

Aktualności

20.09.2019

Spotkanie z Marcinem Margielewskim w Łodzi

W sobotę 5 października o godz. 17.00 zapraszamy do Empik Manufaktura w Łodzi (ul.Karskiego 5) na spotkanie z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Była arabską stewardesą".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Dziesiąty krąg

Jodi Picoult

Prolog

23 grudnia 2005 r.

Kiedy komuś zgubi się dziecko, mała córeczka, co czuje taki człowiek? Żołądek zamienia mu się momentalnie w wielką bryłę lodu, a jednocześnie nogi robią się miękkie jak z waty. Serce dudni jednostajnym, głuchym łomotem. Chciałby zawołać, ale imię dziecka więźnie w ustach, kaleczy dziąsła i wargi jak metalowe opiłki, za nic nie pozwala się wykrzyczeć. Strach dyszy do ucha niczym potworne widmo: Gdzie ostatni raz ją widziałem? Czy to możliwe, że sama sobie gdzieś poszła? Kto mógł ją zabrać? W końcu zaś gardło odmawia posłuszeństwa i człowiek, który zgubił swoje dziecko, dławi się świadomością tego, że popełnił niewybaczalny błąd.
Daniel Stone przeżył to po raz pierwszy dziesięć lat temu, w Bostonie. Jego żona otrzymała zaproszenie na sympozjum organizowane na Uniwersytecie Harvarda: skorzystali chętnie z tej doskonałej okazji i urządzili sobie rodzinną wycieczkę. Laura biegała na swoje panele, a Daniel sadzał Trixie do wózka i zabierał ją na Szlak Wolności, gdzie kółka podskakiwały na bruku. W Ogrodzie Miejskim karmili kaczki, a w zoo oglądali ciemnookie żółwie morskie i ich podwodny balet. A potem, kiedy po wszystkich tych rozrywkach Trixie informowała, że jest głodna, Daniel zabierał ją do Faneuil Hall, gdzie budki z jedzeniem stoją jedna przy drugiej.
Był ładny kwietniowy dzień, pierwszy ciepły dzień w Nowej Anglii - ciepły na tyle, żeby bostończycy zdecydowali się porozpinać kurtki i przypomnieć sobie, że zima nie jest jedyną porą roku. Miało się wrażenie, że wszyscy pracownicy firm mieszczących się w dzielnicy finansowej - mężczyźni w wieku Daniela, w garniturach i pod krawatem, pachnący wodą kolońską i chorobliwą zazdrością - wylegli masowo na ulice, zasilając tłum złożony z pstrykających zdjęcia turystów i z wycieczek szkolnych, wijących się po chodnikach niczym olbrzymie stonogi. Obsiedli wszystkie ławki w pobliżu pomnika Reda Auerbacha, racząc się gyrosami, rybną zupą chowder i kanapkami z peklowaną wołowiną. I ukradkiem rzucali w stronę Daniela badawcze spojrzenia.
Miał to już przerobione: ojciec w roli opiekuna czteroletniej dziewczynki to fenomen należący raczej do rzadkości. Kobiety na jego widok myślały, że owdowiał albo niedawno się rozwiódł. Mężczyźni szybko odwracali wzrok, wstydząc się za niego. Ale on nie zamieniłby się z nikim, nawet za wszystkie skarby świata. Bo lubił układać sobie harmonogram pracy zgodnie z potrzebami Trixie. Przepadał za jej niekończącymi się pytaniami: czy psy wiedzą, że biegają na golasa? Czy rada pedagogiczna to jest grupa dorosłych superbohaterów powołana do ochrony dzieci przed złymi ludźmi? Kiedy jechali dokądś we trójkę samochodem, wariował ze szczęścia, że Trixie, chcąc zwrócić na siebie uwagę, zawsze mówi: ”Tato.„, nawet wtedy, gdy to Laura siedzi za kierownicą.
- Co chcesz na obiad? - zapytał małą tamtego dnia, pierwszego ciepłego dnia w Bostonie. - Pizzę? Zupę? Hamburgera?
Trzykrotnie skinęła zadartą główką. Pizza, zupa, hamburger. Trzy razy tak. Wyglądała jak kopia swojej mamy w miniaturze: identyczne zielone oczy, identyczne czerwone, niemalże truskawkowe włosy. Daniel wniósł wózek po schodach do głównej jadłodajni; słona woń morskiej bryzy szybko ustąpiła miejsca zapachowi gorącego tłuszczu, cebuli i smażeniny. Zdecydował, że kupi Trixie cheeseburgera i porcję frytek, a dla siebie zamówi w następnej budce talerz rybacki. Stanął w kolejce ciągnącej się obok rusztów; wózek łamał linię, wystawał jak kamień w nurcie strumienia - ludzka rzeka załamywała się na nim, musiała go opływać.
- Jeden cheeseburger! - zawołał Daniel w kierunku pierwszego chłopaka z obsługi, który rokował nadzieje na to, że dosłyszy zamówienie. Kiedy wręczono mu papierowy talerz, drugą ręką wydobył z kieszeni portfel i po tym popisie żonglerki doszedł do wniosku, że szkoda wysiłku, nie warto przechodzić drugi raz tego samego, żeby kupić lunch dla siebie. Podzielą się tym, co już mają.
Z powrotem włączył się wraz z wózkiem w ludzką rzekę i dał się jej ponieść w kierunku stolików ustawionych pod kopulastym dachem. Nie czekał długo: po kilku minutach starszawy mężczyzna siedzący przy długim stole zebrał to, co zostało mu po posiłku i zwolnił miejsce. Daniel położył cheeseburgera na blacie i ustawił wózek bokiem, żeby móc karmić Trixie - i nagle dotarło do niego, że w wózku siedzi bardzo mały chłopczyk, który ma ciemne włosy i ciemną skórę. Na widok pochylającego się nad nim obcego człowieka malec wybuchnął płaczem.
Pierwsza myśl Daniela: co ten dzieciak robi w wózku Trixie? Druga: czy to jest wózek Trixie? Był obity żółtoniebieskim materiałem w malutkie misie - to się zgadzało. Pod spodem miał koszyk - i koszyk też był na miejscu. Problem polegał na tym, że firma Graco produkuje miliony wózków, a tu, na północnym zachodzie Stanów, musiały ich być tysiące sztuk. Przyjrzawszy się nieco dokładniej, Daniel zauważył, że wózek stojący przed nim ma z przodu zamocowany pasek z plastikowymi zabawkami, a w koszyku pod spodem nie widać awaryjnego kocyka Trixie, który wszędzie wozili ze sobą, na wypadek gdyby nagle zaistniała sytuacja krytyczna.
Taka jak w tej chwili.
Daniel spojrzał jeszcze raz na to nie swoje dziecko, a w następnej sekundzie już pędził z wózkiem do stoiska, gdzie przed chwilą kupował jedzenie. Zobaczył tam bostońskiego policjanta z policzkami nadętymi jak u chomika rozmawiającego z rozhisteryzowaną matką. Kiedy kobieta dostrzegła wózek, którym Daniel rozgarniał zbity tłum, jakby to było Morze Czerwone, ruszyła w jego kierunku, a ostatnie trzy metry przeskoczyła jednym susem, po czym wyszarpnęła swoje dziecko z uprzęży i zaczęła tulić je do piersi. Daniel próbował jej wszystko wytłumaczyć, ale potrafił powiedzieć tylko trzy słowa: ”Gdzie ona jest?„. Na myśl, że to przecież jadłodajnia na świeżym powietrzu, wpadł w histerię: w miejscu takim jak to nie sposób zamknąć wszystkich wejść ani nawet ogłosić publicznego komunikatu. Ogarnęła go panika, kiedy uświadomił sobie, że upłynęło już całe pięć minut i że być może w tej chwili jakiś psychopata wiezie jego córeczkę do swojej meliny gdzieś na zapadłych peryferiach Bostonu.
Wtedy dostrzegł wózek - jej wózek! - przewrócony na chodnik. Uprząż była rozpięta; akurat w zeszłym tygodniu Trixie zdobyła tę nową umiejętność, momentalnie dochodząc do dużej wprawy. Czasami bywało zabawnie, na przykład kiedy na spacerze nagle stawała w wózku i odwracała się, żeby spojrzeć na Daniela, uśmiechnięta szeroko, zachwycona własnym sprytem i zręcznością. Czy teraz uwolniła się z uprzęży, żeby szukać taty, czy też może wyręczył ją w tym porywacz, dostrzegłszy idealną okazję?
Z tego, co działo się potem, Daniel zapamiętał jedynie fragmenty: niektórych szczegółów nigdy nie udało mu się odtworzyć, na przykład nie wiedział, ile czasu zajęło przeszukanie miejsca zajścia policjantom, od których w jednej chwili zaroiło się w Faneuil Hall jak w mrowisku. Nie pamiętał także, że wszystkie matki z dziećmi na rękach, które mijał, przygarniały swoje pociechy bliżej do siebie, jakby święcie przekonane, że pech się udziela. Nie potrafił też przypomnieć sobie wszystkich pytań, którymi zasypał go wezwany detektyw. Był to istny kwiz rodzicielski: Ile waży Trixie? Ile ma wzrostu? Jak była ubrana? Czy rozmawiał pan z nią o tym, jak zachowywać się w stosunku do obcych ludzi? Na to ostatnie pytanie Daniel nie potrafił odpowiedzieć. Czy na pewno już rozmawiał z Trixie na ten temat - czy może tylko planował sobie, że trzeba to niedługo zrobić? Czy Trixie wiedziałaby, że trzeba krzyczeć, że trzeba uciekać? Czy nie krzyczałaby za cicho, nie biegłaby za wolno?
Policjanci polecili mu, żeby sobie gdzieś usiadł, bo nie chciało im się go szukać w razie potrzeby. Daniel skinął głową i obiecał, że zrobi, jak sobie życzą, a kiedy tylko spuścili go z oczu, wstał i ruszył na poszukiwania. Zajrzał za każde stoisko z jedzeniem i pod stoliki ustawione pod kopulastym dachem. Wpadł jak burza do damskiej toalety, wołając: ”Trixie!„. Odchylał pogniecione zasłonki opinające wózki, z których sprzedawano kolczyki z górskiego kryształu, ręcznie robione skarpety, ziarenka ryżu z wypisanym imieniem. Potem pobiegł dalej.
Dziedziniec był wypełniony ludźmi, którzy nie mieli bladego pojęcia, że stoją zaledwie kilka kroków od miejsca, gdzie zawalił się świat. Nieświadomi niczego, krążyli po sklepach, kupowali, co im się podobało - a wszystko to z uśmiechem na ustach. Daniel mijał ich chwiejnym krokiem. Przerwa na lunch dobiegła wreszcie końca i wielu biznesmenów wróciło do swoich biur. Pozostały po nich okruchy zalegające na bruku, pomiędzy kamieniami, skąd wydziobywały je teraz gołębie. A na jednej z ławek, obok odlanego z brązu Reda Auerbacha, kuliła się Trixie.
Dopóki nie zobaczył córki na własne oczy, Daniel nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, jak wiele ubyłoby z jego życia, gdyby jej nagle zabrakło. Jak na ironię, odezwały się u niego te same objawy, co w chwili, gdy uświadomił sobie, że zgubił dziecko: drżące nogi, utrata głosu, ogólny, całkowity bezwład.
- Trixie - przemówił w końcu, a w następnej chwili trzymał już dziecko w ramionach, dźwigając w górę słodki ciężar bezgranicznej ulgi: trzynaście i pół kilograma.
Dziś - dziesięć lat później - Daniel znów pomylił swoją córkę z jakąś obcą osobą. Różnica polegała na tym, że nie miał już do czynienia z czterolatką w dziecięcym wózku, a ich rozłąka trwała tym razem znacznie dłużej niż dwadzieścia cztery minuty. I wreszcie - to ona zostawiła jego, nie na odwrót, tak jak wtedy.
Wytężając całą wolę, Daniel oderwał się myślami od przeszłości, a widząc, że zbliża się do rozwidlenia ścieżki, wyhamował skuter śnieżny. Padający śnieg natychmiast otoczył go ciasnym lejem. Widoczność wynosiła najwyżej pół metra, a kiedy Daniel obejrzał się za siebie, stwierdził, że jego ślad zdążył już wypełnić się śniegiem po same brzegi, niknąc z oczu. W mowie Eskimosów z ludu Yupik istnieje osobne słowo na określenie tego rodzaju śniegu, takiego, który kłuje gałki oczne jakby w głębi czaszki i wbija się w odsłoniętą skórę niczym grad strzał z łuku: pirrelvag. Te trzy sylaby wezbrały teraz w gardle Daniela. Poczuł nagły niepokój, jakby ni stąd, ni zowąd na niebo wzeszedł drugi księżyc; to słowo, które cisnęło mu się na usta, było niezbitym dowodem, że już kiedyś tutaj był. Próbował sobie wmówić, że to nieprawda, ale na próżno.
Zmrużył oczy i wytężył wzrok - była dopiero dziewiąta rano, ale na Alasce grudzień nie należy do najsłoneczniejszych miesięcy w roku. Przed jego twarzą zawisła zwiewna koronka pary snującej się z ust. Wydawało mu się przez chwilę, że w fałdach gęstej śnieżnej zasłony mignął pukiel jej włosów, niby lisi ogon wystający spod ciepłej wełnianej czapki, ale to był tylko miraż, który zniknął równie szybko, jak się pojawił.
Yupikowie mieli także w swoim języku specjalne słowo na określenie takich mrozów, kiedy woda wylana z kubka obraca się w twardą szklaną bryłę, zanim jeszcze zdąży dotknąć ściętego zimnem gruntu: cikuq'erluni. Jeden błędny krok, pomyślał Daniel, i wszystko wokół trafi nagły szlag. Zamknął oczy, zwiększył obroty i ruszył naprzód, kierując się instynktem. Niemalże w tej samej chwili z przeszłości napłynęły głosy starszych z jego wioski, którzy niegdyś go uczyli: świerkowe igły sterczą najbardziej od północy; na piaszczystych łachach lód się wybrzusza. Były to wskazówki mówiące, jak odnaleźć drogę, kiedy świat ulegnie nagłej odmianie.
Ni stąd, ni zowąd znów powrócił wspomnieniem do tamtego dnia w Faneuil Hall; przypomniało mu się, jak Trixie lgnęła do niego, kiedy już ją odnalazł i wziął na ręce. Czuł jej podbródek wciśnięty mocno tam, gdzie ramię styka się z szyją, czuł, że jej ręce i nogi są jak z gumy, porażone bezgranicznym zaufaniem. Bez względu na to, co zrobił, Trixie nie przestała wierzyć, że będzie jej bronił, że przyjdzie po nią i razem wrócą do domu. Z perspektywy czasu Daniel zrozumiał jedną rzecz: błąd, który tego dnia popełnił, nie polegał na tym, że na chwilę spuścił córkę z oczu. Pomylił się wtedy, gdy uwierzył, że ukochaną osobę można stracić w jednej chwili, w mgnieniu oka. Bo prawda wygląda tak, że jest to proces, który trwa miesiące, lata, całe życie. Jej życie.

Było zimno. Na takim mrozie rzęsy zamarzają już na progu, a nozdrza wypełniają się tłuczonym szkłem. Taki mróz przeszywa człowieka na wskroś, a ciało stawia mu tak nikły opór jak siatka z gazy. Trixie Stone stała na brzegu skutej lodem rzeki, tuż obok szkoły, która była głównym punktem kontrolnym w Tuluksak, miejscowości położonej prawie sto kilometrów od tego obszaru tundry, który w tej chwili przemierzał jej ojciec na pożyczonym skuterze śnieżnym, pozostawiając za sobą ślad niczym inicjały wyrżnięte w drewnie. Dygocząc z zimna, usiłowała umocnić się w przekonaniu, że powinna zostać tu, gdzie jest, i nie ruszać się z miejsca.
Bo, niestety, jak dotąd wyglądało raczej na to, że byłoby lepiej, gdyby sobie poszła. Przede wszystkim - nie należy pozostawać zbyt długo w jednym miejscu. Po drugie, wcześniej czy później każdy się zorientuje, że Trixie nie jest tym, za kogo się ją tutaj uważa, zwłaszcza jeśli następne zadania, które otrzyma do wykonania, pójdą jej tak samo marnie jak te poprzednie. Chociaż w końcu skąd miała wiedzieć, że na trasie wyścigu Kuskokwim 300 wyznaczono kilka punktów, gdzie każdemu maszerowi, czyli powożącemu psim zaprzęgiem, przysługuje zmiana słomy dla psów z zaprzęgu - i że jeden z tych punktów jest właśnie tutaj, w Tuluksak? Albo że uczestnikom wyścigu można, i owszem, pokazać, gdzie jest żywność i woda. ale w żadnym wypadku nie wolno im pomagać karmić psów? Po tych dwóch wpadkach Trixie została oddelegowana do opiekowania się zwierzętami, które odpadły z wyścigu - i tym miała się zajmować, dopóki nie przylecą patrolowcy, żeby zabrać wszystkich z powrotem do Bethel.
Jak dotąd jedynym psem, który odpadł, był husky imieniem Juno. Odmrożenie - tak maszer oficjalnie uzasadnił usunięcie go z zaprzęgu. Juno miał jedno oko brązowe, a drugie niebieskie i patrzył nimi na Trixie w taki sposób, jakby chciał powiedzieć: ”¬le mnie zrozumieli„.
W ciągu ostatniej godziny przeszmuglowała dla niego dodatkową garść karmy i kilka herbatników podebranych dyżurnemu weterynarzowi. Zaczęła się zastanawiać, czy mogłaby odkupić Juno od jego maszera i czy starczy jej na to resztki ukradzionych pieniędzy. Pomyślała sobie, że być może łatwiej byłoby uciekać, gdyby mogła się komuś zwierzyć - komuś, kto nie mógłby niczego wygadać.
Myśli Trixie zaczęły krążyć wokół domu, jej rodzinnego domu w mieście, które tak samo jak to tutaj nazywało się Bethel, ale nie leżało na Alasce, tylko w stanie Maine. Ciekawe, co by powiedziała Zephyr, co pomyślałby Moss i cała reszta, gdyby ją teraz zobaczyli nad tą rzeką, jak gryzie płat wędzonego łososia i nasłuchuje szaleńczej szczekliwej fugi, zwiastującej zbliżanie się kolejnego psiego zaprzęgu. Zapewne uznaliby, że ich znajoma dostała kompletnej szajby i zaczęliby pytać: Kim jesteś i co zrobiłaś naszej Trixie Stone? Sęk w tym, że identyczne pytanie cisnęło się na usta samej Trixie.
Marzyła o tym, żeby przebrać się w swoją ulubioną flanelową piżamę, praną już tyle razy, że zrobiła się miękka jak płatek róży. Marzyła o tym, żeby otworzyć lodówkę i na półkach pełnych po brzegi nie móc znaleźć nic, na co miałaby ochotę. Usłyszeć w radio jakiś beznadziejny kawałek, poczuć zapach szamponu, którego zawsze używał jej ojciec, potknąć się na chodniku w przedpokoju. Marzyła o powrocie - ale nie tylko do domu, do Maine; najchętniej cofnęłaby się w czasie aż do początku września.
Trixie poczuła, jak w jej gardle wzbiera fala łez, która sięga coraz wyżej, niczym przypływ wspinający się po szczeblach wskaźnika poziomu wody w doku portlandzkiego portu. Zdjął ją strach, że ktoś zauważy, więc położyła się na zbitej słomie, prawie dotykając nosem czarnego nosa Juno.
- Coś ci powiem - szepnęła. - Mnie też kiedyś zostawili.
Ojciec myślał, że Trixie nic nie pamięta z tamtego dnia w bostońskiej Faneuil Hall. Mylił się. W najmniej oczekiwanych momentach fragmenty wspomnień stawały jej znienacka przed oczami. Kiedyś na przykład pojechali latem na plażę i w momencie gdy owiał ją wiatr niosący woń oceanu, poczuła, że zaczyna się dusić. A czasem, kiedy znalazła się w jakimś tłumie, w kinie albo na meczu hokejowym, zbierało jej się na mdłości. Trixie pamiętała też, że tamten żółtoniebieski wózek zostawili w Faneuil Hall, tak jak leżał - ojciec po prostu wziął ją na ręce i poszli sobie stamtąd. Po powrocie do domu rodzice kupili dla niej nowy wózek, ale ona i tak nie chciała do niego wsiąść.
Było jednak coś, czego nie potrafiła sobie przypomnieć: co się działo, gdy się zgubiła. Nie pamiętała, jak udało jej się rozpiąć uprząż ani jak torowała sobie drogę w falującym morzu ludzkich nóg, aż dotarła do drzwi prowadzących na zewnątrz. Zobaczyła człowieka, który jakby przypominał jej ojca, ale okazało się, że to tylko figura mężczyzny siedzącego na ławce. Trixie wdrapała się na tę ławkę, a kiedy już usiadła obok niego, zrozumiała, że metalowa skóra jest ciepła, bo cały dzień świeci na nią słońce. Zwinęła się w kłębek u boku figury, do każdego drżącego oddechu dodając wyszeptane życzenie: żeby tylko tata ją znalazł.
A teraz, tym razem, tego właśnie bała się najbardziej.