Strona główna / Literatura polska / Ślimaki z ogródka

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Ślimaki z ogródka

Marta Madera

Sierpień

Marta

JAJKO NIESPODZIANKA

Noż kurna jego gajowego.
Zaszłam.
Tam, dokąd nazbyt często zachodzi się przez przypadek, a wychodzi z tobołkiem, w pewnym sensie przytroczonym już dożywotnio.
W ciążę, znaczy.

Czternaście godzin później:
Tra la la la! Jestem w ciąży! Ale fajnie!
Wczoraj dałam sobie dwie godziny i piętnaście minut na przetrawienie tej cudownej wiadomości w różne strony. Połowę czasu spędziłam z kołdrą na głowie, a połowę w wannie, do której wlałam pół butelki silnie odprężającej pianki z serii „Mega Relaxation”, ponieważ już nie mogłam wlać w siebie połowy butelki czegoś zupełnie innego.
Następnie obarczyłam tą wiadomością mojego steranego życiem małżonka, jak tylko wrócił z pracy. Nawet kawy nie wypił, tylko złapał discmana i wskoczył na rower.
Lepszy jest.
Jemu zajęło to tylko godzinę trzydzieści.

A teraz już się cieszymy.
Tra la la!
Z korespondencji sms-owej:
Anka: UMAWIAMY SIĘ Z DZIEWCZYNAMI W BANASIU NA WÓDKĘ. PRZYJDZIESZ?
Ja: JA MOGĘ NAJWYŻEJ NA ZIELONĄ HERBATKĘ, TAK SIĘ POROBIŁO. ALBO NA SOK JABŁKOWY, POZA TYM NIE WIEM CZY SIĘ NADAJĘ DO KNAJPY BO CIĄGLE LATAM SIKU.
Anka: PRZYJD¬ PRZYJD¬ NIE WYGŁUPIAJ SIĘ. BĘDZIEMY PIĆ BALOWAĆ PLOTKOWAĆ
Ja: A POTEM SIKU.
Anka: MARTUSIA??? CZY TY SIĘ ABY DOBRZE CZUJESZ, DZIECKO?
Ja: JA SIĘ CZUJĘ DOBRZE I DZIECKO TEŻ NIE NAJGORZEJ
Anka: ??????????????????? ZADZWONIĘ ZA CHWILĘ ZE STACJONARNEGO. DECH MI ZAPARŁO.
Ja: POWENTYLUJ SIĘ PRZEZ 15 MINUT CZYSTYM TLENEM A NA PANIKĘ ODDECHOWĄ DOBRA JEST MORFINA 5-10 MG I. V.
Jestem świeżo po rozmaitych egzaminach i mam wiedzę. Ha.

Ale jej szczęka opadła. Szkoda, że tego nie widzę. Jeśli pisała prosto z sali operacyjnej, to pod maseczką nikt nie zobaczył, i taki piękny moment się zmarnował.

Dlaczego od razu po ujrzeniu dwóch kresek na teście ciążowym dopadają mnie poranne nudności, a wcześniej nie?
Następnym razem zrobię sobie test ciążowy pod koniec ósmego miesiąca.
Tfu, tfu. Nie będzie następnego razu, w końcu ile przeciętna obywatelka Europy, reprezentantka klasy było nie było średniej, może mieć tych dzieci?
Ja w każdym razie chyba wykorzystałam swój limit. I zapewniłam populacji zastępowalność pokoleń. Tyle że jakby trochę niechcący.
Kurczę, jak mnie Miśka w końcu zapyta - a dzień ten jest coraz bliżej, w końcu smarkula idzie już do zerówki i pytania zadaje coraz ciekawsze - jak się robi dzieci, to będę ją musiała wysłać na szkolenie do cioci, ponieważ ja sama, cóż. nie mam pojęcia.
Nigdy w życiu nie robiłam żadnego dziecka.
U mnie same rosną, jak grzyby, tyle że niedokładnie po deszczu.
Przeciętna Europejka, reprezentująca klasę średnią, ma w tym względzie, jak mniemam, nieco inne doświadczenia.
A, co mi tam.
Bardzo lubię dzieci.
I fajnie, że za parę miesięcy będę miała troje.
Tak myślę i tego się będę trzymać.

NA KŁOPOTY - MAŁGOŚKA

Baby wróciły z gór, dokąd pojechały w towarzystwie Gośki, jej mamy i wszystkich jej dzieci. I mojej babci.
Gośka TEŻ ma trójkę. I więcej nie będzie już miała, to akurat wie na sto procent. Jest po operacji, jak mówi moja babcia, „z powodów kobiecych”.
Z powodów kobiecych Gosia wygląda jak cień samej siebie sprzed roku, jednak wciąż ma sporo energii i ogromną życzliwość do całego świata. Sama mi zaproponowała, że zabierze baby na tydzień, i chociaż początkowo pukałam się w czoło - piątka wrzaskliwych bachorów to cudowny sposób na zapewnienie relaksu osobie po dwóch operacjach i wyczerpującym leczeniu. Ale prośbę Gośki z całą energią poparła jej mama, zapewniając, że sobie poradzą, a im więcej dzieci, tym lepiej, bo cała banda może zajmować się sobą nawzajem. Po półgodzinnej debacie wymyśliłam, że dołożę im dodatkowo własną babcię, jako parę rąk do zaganiania całego towarzystwa tam, gdzie zagonić je trzeba - do mycia, spania i jedzenia. Pomysł został przyjęty z zachwytem z wszystkich możliwych stron.
Pojechały.
Wróciły zachwycone, zaprzyjaźnione ze sobą i w dobrym nastroju. Starsze panie miały siebie nawzajem i opowiedziały sobie całe swoje życie, dzieciarnia miała raj na ziemi - wielki ogród, rzeczkę w pobliżu, w której naprawdę ciężko się utopić, albowiem w najgłębszym miejscu sięga Miśce po kolana, krzaki uginające się od porzeczek, malin, agrestów i innych pyszności, a także kotkę, której właśnie urodziły się młode, i dwa wielkie, łagodne psy, które uwielbiały się bawić. I jeszcze codziennie na obiad ukochane pierożki z owocami. Wyprawy z Panem Sąsiadem do lasu.
Gośka miała święty spokój i wszyscy ją rozpieszczali, z babciami na czele.
Ja miałam czas, żeby pouczyć się do egzaminów, ponieważ dwa z piątego roku zostawiłam sobie na wrzesień. Wykorzystałam go tyle, o ile, ponieważ spadła mi z jasnego nieba na ten głupi łeb kolejna ciąża. Sama w sobie w nauce nie przeszkadza, aczkolwiek skupić mi się jakoś trudno.
Trudno, nie trudno, uczyć się trzeba i już.
Tym razem nie ma mowy o żadnych przerwach w edukacji. Tak postanowiłam. Mam w grupie koleżankę, Joaśkę, która urodziła dziecko zaraz na początku piątego roku i nie opuściła zajęć ani na chwilę. Na koniec roku wyciągnęła średnią stypendialną, powyżej czterech.
Może Joaśka, mogę i ja.

Przekazałam Miśce radosną nowinę. Przewróciła oczami.
Moja sześcioletnia córka przewraca oczami na wiadomość, że jestem w ciąży.
Świat się przewraca i to nogami do góry.
Malwince też powiedziałam, ale nie wywołałam tym żadnej reakcji, gdyż osoby piętnastomiesięczne nie przywiązują wagi do tego typu komunikatów. Jeszcze.
Oprócz Anki wie jeszcze Magda, która sama jest w ciąży i uważa, że to fantastycznie. I Gośka, która mnie uścisnęła i szepnęła: „Nie martw się, rób swoje, dasz sobie radę”.
Wiedziała, że trochę się martwię. Ale dam sobie radę.
Radę to ja sobie dałam już dawno temu i brzmiała ona mniej więcej: „żadnego rozmnażania, dopóki nie skończę studiów”. To była niezła rada. Tylko że ja nigdy nie słucham nikogo, nawet siebie samej.
Zaczęłam pisać kolejną książkę, bo ostatnio polubiłam życie w ciągłym ruchu. Muszę mieć dużo rzeczy do zrobienia naraz, wtedy brakuje mi czasu na zapadanie się w głąb samej siebie i szukanie problemów.
Powoli nad horyzont zdarzeń wychodzi z powrotem jasne, letnie słońce.
Będzie dobrze.
Znowu chce mi się siku.

Nazajutrz wychynęłam na świat, ostrożnie, i czekała mnie miła niespodzianka.
Udało mi się namówić profesora od mikrobiologii, żeby przeegzaminował mnie miesiąc wcześniej. Profesor, opalony, świeżo po urlopie i w dobrym nastroju, zgodził się bez oporów.
Aaaa.! Muszę zrobić solidną powtórkę i zebrać w logiczną całość moje nieuporządkowane wiadomości o różnych morderczych mikroorganizmach.
Wystawiłam babom basenik na taras, moczą w nim tyłki od świtu do zmierzchu, a my z Anką szeleścimy skryptami. Uznała, że nadmiar wiedzy jej nie zaszkodzi i tradycyjnie przybyła z odsieczą naukową. Moczymy nogi, wsadzając je do wody pomiędzy potomstwo, albo wystawiamy je do słońca. Też chcemy być opalone jak pan profesor. A to, że moja opalenizna pochodzi z tarasu, nie z Rodos, to już wyłącznie moja sprawa.
Tak. Będę piękna i jeszcze dodatkowo mądra. I w ciąży.
Mąż jak mąż. Pracuje.
Od moczenia nóg chce mi się siku cztery razy częściej i zaburzam Ance rytm przyswajania wiedzy, ale nic to. Poprzestaje na wzdychaniu, cztery razy częściej niż to wynika z temperatury otoczenia.

Ha. Z mikrobów czwóreczka, troszkę na wyrost, taki wakacyjny bonus. Profesor zaproponował nawet, żebym przyszła znowu i powalczyła o piątkę, ale nie chce mi się. Zwaliłam na ciążę. Uśmiechnął się jakoś miło i ze zrozumieniem, i pogratulował.
Jeszcze nie powiedzieliśmy rodzinie. Jakoś nie sądzę, żeby pchali się z gratulacjami.
Trzeba będzie w końcu powiedzieć, bo Miśkę już jęzor swędzi i jak upoluje jakąś babcię sam na sam, to ani chybi się wygada. Wymyśliła sobie ostatnio, oganiając się od Malwinki, że jak się dzidziuś urodzi, to mała przerzuci na niego zainteresowanie i nie będzie tak za nią wszędzie łazić. Z tego powodu ma do mojej ciąży stosunek pozytywny.
Obawiam się, że jak się dzidziuś urodzi i trochę podrośnie, to będą za Miśką łazili oboje - i Malwinka, i dzidziuś - powstrzymałam się jednak od komentarzy.
Musiałam uśpić kota, był już bardzo chory. Rak go powoli zjadał od środka i pod sam koniec zwierzak wyraźnie się męczył. Operacja pomogła tylko na chwilę, na jakieś trzy miesiące, a potem guz odrósł i było już tylko gorzej. Nie zdecydowałam się ciąć biednego kotka drugi raz, tym bardziej że po zbadaniu wycinka wiedzieliśmy wszystko - wyjątkowo złośliwe i nieuleczalne świństwo. Jak kotek przestał już cokolwiek jeść i pić, zabrałam ze sobą Ankę, jako niezbędne (dla mnie samej) wsparcie duchowe i pojechałam odprowadzić biedaka w ostatnią, najdalszą z dróg. Baby były wtedy na wakacjach.
Miśka wiedziała, co się może stać, uprzedziłam ją wcześniej, i nie miała pretensji, ale jest jej smutno. To był jej ulubiony kotek, do końca przychodził spać do jej pokoju, od kiedy ze względu na Malwinkę wyrzuciliśmy koty z sypialni. A teraz go nie ma.
Rozmawiamy przed zaśnięciem długo i poważnie i wyjaśniamy sobie wszelkie kwestie dotyczące rzeczy ostatecznych. Przy okazji kota. Może tak jest łatwiej.
Drugi kot ma się dobrze, ale on zawsze był bardziej osobny. Jest, a jakby go nie było. Przychodzi, zje, trochę pomruczy, da się - czasami - wziąć na ręce i pogłaskać, po czym macha ogonkiem i odchodzi do swoich tajemniczych, kocich spraw.
Miśka patrzy za nim ze smutkiem. Tamten kotek był zupełnie inny. Zauważał nas, sam szukał naszego towarzystwa i naprawdę był przyjacielem. Ten jest tylko śliczną, pluszową maskotką, która pojawia się i znika wedle własnego uznania.
Obiecałam Miśce drugiego kota, na razie jednak nie chce.
Jest wierna. Stale i we wszystkim, i zawsze taka była. Muszę dać jej czas.
Na swój sposób ją podziwiam. W Miśce widać pewną niezłomność i uporządkowanie. Niekiedy zaskakuje swoją dojrzałością, na przykład teraz. Pamiętam analogiczną sytuację, kiedy moja sąsiadka, Dorota, musiała uśpić psa. Jej synek był wtedy w drugiej klasie, czyli miał całe dwa lata więcej niż Miśka teraz. Był wstrząśnięty. Wydzierał się na rodziców, awanturował, krzyczał: „Zabiłaś mojego pieska!”. Obraził się, nie chciał się uczyć, odmawiał jedzenia, jednym słowem cyrk na kółkach. Nijak nie dało mu się wytłumaczyć, choć sytuacja była podobna - piesek też nieuleczalnie zachorował i bardzo się męczył. Dorota miała problem i to bardzo długo.
Dlatego obawiałam się reakcji Miśki.
Zaskoczyła mnie. Cisza, spokój, dużo pytań i wiele smutku, ale tak poza tym - pełna akceptacja tego, co się stało. Może nie taka oczywista i nie od razu, bo wśród pytań czasem przewijało się: „Ale dlaczego, mamo, musiał zachorować akurat nasz kotek, i to ten kochany? Czy Bóg tego nie wiedział? Że ja akurat tego kotka lubię bardziej?”. Potem jednak cisza.
Może cały problem polega na tym, że synek Doroty nie ma do swoich rodziców zaufania? I nigdy nie miał? Dlatego już tak zwany słynny bunt dwulatka przechodził tak, że Dorota z powrotem zaczęła palić papierosy i dołożyła do nich jeszcze persen forte?
Ciekawe, dlaczego tak jest i jakim cudem udało mi się tego uniknąć.
Nie wiem. Dar losu. Może jeszcze to, że ja sama mam do moich dziewczyn dużo zaufania i zazwyczaj rzucam je na głęboką wodę bez dyskusji. A Dorota z reguły uważa, że jej syn to mały bezmózgi kretynek, za którym trzeba biegać z wyciągniętymi ramionami, od kiedy zaczął się poruszać samodzielnie. Myśleć za niego i bez przerwy go chronić. Ponieważ sam nie potrafi. W związku z tym biega za nim i za niego myśli.
Fakt, że młody niekiedy daje takie zmiany, jakie moim nie przyszłyby do głowy nigdy w życiu. Jakby naprawdę nie posiadał instynktu samozachowawczego. Jak miał roczek, wylazł mi na regał w przedpokoju i wcisnął się na piątą półkę, licząc od dołu. Był z siebie szalenie dumny i promieniał szczęściem. Jego mamuśka nieco mniej.
W wieku trzech lat puszczony samopas wbiegał z impetem do najgłębszej kałuży w okolicy, nawet jeśli znajdowała się na środku skrzyżowania. Lubił, jak pluskało.
W pierwszej klasie związali z kolegą kilka starych dętek i zrobili bungee. Skakali z nim z szafy. Dobrze, że nie z okna, choć, jak przyznali, mieli taki zamiar, ale najpierw spróbowali na szafie i okazało się, że dętki są bardziej rozciągliwe, niż im się wydawało. Młody obtłukł sobie solidnie kość ogonową i przez tydzień chodził krokiem szympansa wcielonego do marynarki wojennej. A przy siadaniu stękał jak własna prababcia.
Dorota dostaje zawału, jak młody znika jej z oczu nawet na minutę. Gdyby nie to, że nie chce synalka skazywać na śmieszność, siedziałaby z nim na lekcjach w jednej ławce. Do przedszkola czasami przychodziła, do szkoły z bólem serca nie śmie.

Nie mam pojęcia, co jest w tym układzie skutkiem, a co przyczyną, i nie będę w to wnikać.
Model dziecka typu: „śrubka o małym łebku” mnie na szczęście ominął. I chwała niebiosom.
Chociaż tylko niebiosa wiedzą, na co wyrośnie mała krewetka zamieszkująca od niedawna moje wnętrze.
- Nie zrobisz mi tego - mruczę, klepiąc się po brzuchu, który na razie wygląda bez zmian. Brzuch, jak to brzuch, milczy wymijająco.

Trzy dni później. Wakacje kończą się nieodwołalnie, w moim wypadku dwa razy - Miśki za kilka dni, moje dopiero za miesiąc. Ale obowiązki rozpoczynają się dzisiaj; spojrzałam z niechęcią na żółtą karteczkę przyklejoną już od miesiąca do lodówki i powlokłam się do przedszkola.
Zebranie rodziców, obowiązkowe, bo od tego roku zerówka jest obowiązkowa i sześciolatki muszą do niej chodzić, czy chcą, czy nie.
Miśka akurat chce.
Ja nie chcę, ale muszę: zapłacić za podręczniki, skompletować wyprawkę i jakimś cudem znaleźć strój gimnastyczny z zeszłego roku, jeżeli nie chcę kupować nowego. Z tego wszystkiego najbardziej uciążliwe będzie to ostatnie. Wiem, bo już próbowałam, na razie bez efektu.
Ha. A jednak.
Strój wspaniałomyślnie znalazł się sam. Na zebraniu. Po prostu nie odebrałam go z przedszkola przed wakacjami i mogłam szukać w domu do woli. Pani wręczyła mi go zaraz w progu, wraz z woreczkiem i nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Wyszłam z zebrania ze strojem w garści i lżejsza o parę stówek, wydanych na podręczniki i różne komitety.
O, Boże, niedługo będę miała trójkę dzieci! Początek roku szkolnego będzie nas kosztował coś koło jednej średniej krajowej, czyli prawdopodobnie więcej, niż wyniesie moja doktorska pensja wraz z premią, wczasami pod gruszą oraz dyżurami.
Mąż się zdziwił, bo wparowałam do domu, nie mówiąc ni słowa, i od razu zasiadłam na tarasie z komputerem na kolanach.
Narobiłam dzieci, więc muszę zarobić na ich utrzymanie. Natychmiast!
Mój organizm wyczynia jakieś dziwne hece. Z uwagi na to, że znowu stałam się inkubatorem, nie piję ani kropli alkoholu. A jednak stan, w którym obudziłam się dziś rano, do złudzenia przypominał ciężkiego kaca, dopóki nie pociągnęłam nosem i nie złapałam za termometr. Cholera!
Boli mnie głowa i mam katar. Tylko ja umiem się przeziębić w klimacie przyjaznym i umiarkowanym albo w samym środku upalnego lata. Od gorączki robi mi się zez rozbieżny i nie mogę nic wyczytać w Internecie, bo widzę podwójnie. A potrzebna mi informacja, co bardziej szkodzi w pierwszym trymestrze ciąży: trzydzieści osiem i dziewięć czy paracetamol. Mąż w pracy. Teściowa na wakacjach, a babcię boli kręgosłup. Miśka w amoku, bo jeszcze nie ma biurka, a prawie wszyscy koledzy już mają.
- Zawsze jestem opóźniona, zawsze! - ryczy. - Nic nie mamy! Nawet telewizora nie mamy! Amadeusz ma biurko, Natalia ma biurko, nawet Mała Kasia ma biurko, choć jest pięciolatkiem, a ja nie! Tylko te głupie zabawki jak dzidziuś! A Janek ma nawet komputer! Bianka ma w pokoju organy elektroniczne! A Aga ma cztery koty, a my tylko jednego, który mnie nie lubi. Yyyyy..
Malwinka umie już chodzić, więc chodzi, tylko dlaczego od razu w jałowce?
Pokłuły ją i też ryczy.
Łapię za telefon.
- Gosia. - szemrzę słabiutko do słuchawki - Gosia, nie chciałabyś przypadkiem dziecka?
I natychmiast gryzę się w język, bo uświadamiam sobie, że pytanie zabrzmiało jakby nie na miejscu. Ale Gośka śmieje się przyjaźnie i zupełnie spokojnie.
- A co, masz jakieś na zbyciu? Chcesz się pouczyć w samotności? Mogę przyjechać po Miśkę, czemu nie. Bliźniaki się nudzą.
- Kocham cię - mówię szczerze i bez namysłu. - Pouczyć się chyba nie dam rady, mam gorączkę, ale chciałabym się trochę przespać na zapas. Albo coś.
Gośka, jak zwykle przejęta i czujna, przyjechała w piętnaście minut.
- Bierz paracetamol - zadecydowała. - Poza tym nic, najwyżej napar z lipy i to bez przesady. Soku z malin się nie waż, kurczy macicę, mniej niż liście, ale zawsze. Magnez i witaminki. I do łóżka marsz!
Posmarowała jeszcze nieszczęsną ofiarę jałowców fenistilem i normalnie położyła nas obie spać. Obiecała, że przywiezie nam obiad. Nadętą jeszcze Miśkę zabrała ze sobą, po drodze podejmując tematy wychowawcze odnośnie do posiadania i nieposiadania rozmaitych dóbr materialnych.
Po trzech godzinach wróciły, przywiozły pierogi, a Miśce zdecydowanie poprawił się charakter.
Dobrze jest mieć przy sobie taką Gosię.
Bez niej zginęłabym jak ciotka w Czechach, jak mówi Duduś.

BOMBĄ W RODZINĘ

Jeżeli chodzi o Dudka, to przylazł wieczorem pooddychać świeżym powietrzem u nas na tarasie, bo w domu przy młodym żona mu nie pozwala. Tym razem świeże powietrze było mentolowe, bo Dudek ma potrzebę dokonania w życiorysie paru niezbędnych zmian. Zaczął od zmiany marki papierosów.
Moja rodzina już wie o mojej ciąży, i to wcale nie dzięki Miśce. Dziecko dzielnie trzymało mordkę na kłódkę, natomiast wydała mnie. mama Gośki. Cholera, zupełnie zapomniałam, że ostatnio pokochały się nad życie z moją babcią i nie założyłam w porę kagańca na twarz Gośce. Szczerze zmartwiona moją nieoczekiwaną chorobą wygadała się płynnie mamie, a jej mama cichaczem chwyciła za telefon.
Dobrze, że mam gorączkę, bo jakoś nie mam siły przejmować się huraganem, który się rozpętał. Ze mną w roli głównej.
Mój mąż się nasłuchał od mojej rodzinki, niejako w zastępstwie. W końcu rąbnął słuchawką i teraz jesteśmy w chwilowym konflikcie z całym światem. Prawie.
Po prostu świetnie. Wrzesień się zbliża, notatki z laryngologii leżą odłogiem w kącie, podręcznik do mnie mruga zielonym oczkiem, a babcie nadęte. Jak jeden mąż.
Mąż za to jakby bardziej obecny, co mu się chwali. Wieczorem nawet samodzielnie położył baby spać.
Zastanawiamy się nad przyszłością i nad tym, czy naprawdę jesteśmy tacy nieodpowiedzialni. Wychodzi nam, że nie.
W końcu jesteśmy zdrowi i dorośli, mój mąż pracuje już od wielu lat, ja mam nadzieję rozpocząć pracę w zawodzie lekarza za rok z kawałkiem, dzieci do tej pory są zdrowe i udane, mamy dom, mamy siebie i szczerze się lubimy. Nasze plany zgęstniały nieco i zrobiło się w nich miejsce na trzecie dziecko, oboje nie mamy co do tego żadnych wątpliwości. Przy okazji rozmaitych głupich pytań, burzy i naporu, zdaliśmy sobie sprawę, że dobrze się stało, tak ma być, i nie wyobrażamy już sobie, by było inaczej.
Katar mam nieco mniejszy niż wczoraj, za to dopadło mnie nagminne zapalenie spojówek. Zaraźliwe jak diabli, nie minęło pół doby i wszyscy wyglądamy jak Króliczki w Pociągu, Malwinka ma taką bajkę. Tam wszyscy mają czerwone oczy.
Najświeższe plotki wydostały się poza granice państwa i pod wieczór teściowa zadzwoniła do nas wprost z wojaży.
Z gratulacjami, które brzmiały ciepło i zupełnie szczerze.
Uff.