Strona główna / Literatura polska / Lekcja miłości

Aktualności

22.09.2020

Nie żyje Darek Milewski

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 20 września 2020 r. zmarł Darek Milewski, autor książki „Mały wielki tydzień”, w której opisał – jednym, sprawnym palcem – jak żyje się ze stwardnieniem zanikowym bocznym ALS. Miał 57 lat. Rodzinie i bliskim składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Lekcja miłości

Marek Harny

All God's children need someone to love
And you know I found mine
I've been waiting for the one
After her you will see me gone
I got a question answered anyway
She turned out to be a lesson in love
A lesson in love
Bee Gees: Lesson In Love

Prolog

Piękni siedemnastoletni
Nawet po latach, kiedy wspomnienie Nataszy coraz bardziej zacierało się w pamięci, ta jedna scena wciąż wracała, pojawiając się przed oczami czasem w najmniej spodziewanych momentach. Jacek Ładny widział wtedy bardzo wyraźnie, jak Natasza zeskakuje nago z tapczanu i biegnie na balkon, zasłaniając sobie rękami piersi i łono, choć on patrzył na nią z tyłu. Robiła tak za każdym razem, kiedy na dole zatrzymywał się samochód. Była przerażona, że to może wracać jej mąż. Jacek Ładny miał wtedy niecałe siedemnaście lat i jej strach śmieszył go. Ale miał też swoją dobrą stronę. Natasza okazała się wstydliwa i tylko w takich chwilach pozwalała się mu się cała oglądać. Kiedy poprzedniego wieczoru zdecydowała się wreszcie przy nim rozebrać, zrobiła to pod kołdrą, a i potem zakrywała się choćby prześcieradłem. Jedynie w przerażeniu zapominała o wstydzie. A kiedy mijało, bo to znów nie był mąż, z westchnieniem ulgi bezsilnie opuszczała ramiona. I przez tych kilka chwil, zanim wróciła pod kołdrę, mógł widzieć jej nieosłonięte niczym ciało także z przodu.
Natasza była skromną, nieśmiałą trzydziestolatką, jakby przekonaną o tym, że zostając nauczycielką rosyjskiego w zawodówce osiągnęła szczyt swoich możliwości. Takie przynajmniej sprawiała wrażenie, z rezygnacją przyjmując do wiadomości, że przyszli tokarze i mechanicy samochodowi nigdy nie opanują nawet obowiązkowego wiersza „Prazdnik Maja”, więc jej naprawdę rozległa znajomość literatury rosyjskiej pozostanie na zawsze bezużyteczna, a miłość do wierszy Achmatowej i Błoka będzie się wydawać jedynie śmiesznym dziwactwem.
Toteż kiedy w jej klasie pojawił się wyrzucony z technikum za alkoholowe wybryki Jacek Ładny, przeżyła jedno z najprzyjemniejszych zaskoczeń swego życia. Choć w pierwszej chwili poczuła do chłopaka zdecydowaną niechęć. Nosił długie włosy, stylizując się na hipisa, co jeszcze mogłoby ujść, bo wyglądał w nich całkiem przystojnie. Ale równocześnie zdawał sobie najwyraźniej sprawę ze swojej urody i w jego odętych, przez cały czas jakby skrzywionych wargach czaiło się takie poczucie wyższości, takie lekceważenie całego świata, że nawet przy klasie nie potrafiła powstrzymać się od okazania antypatii. Poczuła chęć, by go poniżyć. Tak mocną, że aż było to widać na jej twarzy. Z chłopakami z zawodówki udawało się to bez trudu. Znajomość rosyjskiego wśród uczniów była tak żenująca, że kompromitowali się sami, żałośnie dukając najprostsze teksty, co wywoływało niesłychaną wesołość wśród innych takich samych nieuków.
- To może nasz niedoszły technik powie nam coś po rosyjsku? Cokolwiek. Wiem, że to niełatwe. Ale my tu jesteśmy wyrozumiali.
Nowy wstał i z głupią miną rozglądał się po suficie.
- Śmiało - zachęciła go z obłudną słodyczą. - Pomożemy.
Zawodówka tradycyjnie była wrogo nastawiona uczniów z technikum, więc już zaczęły się śmiechy. Jednak umilkły natychmiast, kiedy Ładny założył ręce za plecy i zaczął z bezbłędnym akcentem skandować rwane frazy Majakowskiego.
U mienia w dusze ni odnogo siedogo wołosa,
i stariczeskoj nieżnosti niet w niej!
Mir ogromiw moszczju gołosa,
idu - krasiwyj
siemnadcatilietnij.
W miarę jak mówił, w oczach Nataszy rósł zachwyt, jakby całe jej dotychczasowe szare życie nagle zyskało sens. Jeszcze tego samego dnia po lekcjach pozwoliła Jackowi Ładnemu odprowadzić się po lekcjach do domu. Spytał, czy może ponieść jej teczkę. Musiała docenić to poświęcenie. Nie było tajemnicą, że wszyscy uczniowie naśmiewają się z jej teczki. Godziła się na to z rezygnacją, ale także z pogardą dla okrucieństwa szczeniaków. Nie zamieniła jej na damską torbę. Przezwiska Ruska i Sowietskaja Żenszczina musiały ją boleć jeszcze bardziej. Mimo to nie reagowała na nie gniewem. Jakby rozumiała, że choćby nie wiadomo jak się starała, zawsze będzie dla nich wrogiem. Szkolnym okupantem. Nie tylko uczyła znienawidzonego języka, ale w dodatku wyszła za partyjnego karierowicza, który właśnie niedawno został sekretarzem w komitecie.
Nowy uczeń jakby zupełnie się tym nie przejmował. Niósł jej wyśmiewaną teczkę na ramieniu, z nonszalancją chuligana, nie zwracając uwagi na szydercze spojrzenia kolegów.
- Nie boisz się, że nazwą cię lizusem? - spytała zdziwiona.
- Mogą mi. - powstrzymał się. - Przepraszam, pani profesor.
Zaśmiała się.
- Nie przepraszaj. Też chciałabym tak umieć.
- Co w tym trudnego?
- Może dla ciebie nic. Dla mnie to bardzo trudne.
Teraz wyraźnie intrygował ją ten chłopak, obnoszący tanią imitację dżinsów niby prawdziwe wranglery i co chwila odgarniający wolną ręką opadające na oczy włosy. Musiało tak być, skoro w parku zaproponowała, żeby usiedli na chwile na ławce. Chwila przedłużyła się do ponad dwóch godzin.
- Pani nie jest Rosjanką, prawda? - zaczął od zasadniczej sprawy.
- Skąd wiesz?
- Chyba pani nie sądzi, że jestem jak te wszystkie ćwoki? Domyślam się, co pani robiła w Rosji. Coś się w niej otworzyło. Chyba nigdy wcześniej nikomu nie opowiadała o sobie tak otwarcie. Milczenie wpoił jej ojciec, przedwojenny nauczyciel, którego ominął Katyń, ale nie ominęło zesłanie. Kiedy wrócili do Polski, długo po wojnie, miała dziesięć lat. Jedno z najważniejszych przykazań brzmiało: O Syberii nie rozmawiamy z nikim. Dla własnego bezpieczeństwa. I dla uspokojenia dusz. Nawet w domu rodzice unikali przy niej tego tematu. Z czasem obrazy tajgi, zamarzniętej rzeki, drzew pękających od mrozu, wspomnienie komarów, tnących niemiłosiernie przez całe krótkie lato, zaczęły blednąć w pamięci dziecka. I pogardliwe krzyki miejscowych rówieśników, kiedy ojciec i podobni mu łachmaniarze wracali z pracy:
- Smotritie! Idut polskije pany.
Wyparły je pierwsze wrażenia z Polski i poczucie dławiącej niesprawiedliwości. Przez całą długą drogę rodzice opowiadali tylko o tej Polsce, aż zaczęła ją sobie wyobrażać jako raj. Wreszcie nikt nie będzie traktował jej z pogardą tylko dlatego, że jest Polką. Na brudnym, zadymionym dworcu w Tarnowie, gdzie zostali skierowani, nastąpiło przykre przebudzenie. Ledwo wysiedli z wagonu, obcy tu i zagubieni, przywitał ją wrzask jakiegoś niedorostka:
- Ruskie przyjechały!
Te słowa dźwięczały jej w uszach przez lata. Nie mogła się od nich uwolnić. Ale nigdy nikomu się do tego nie przyznała. Dopiero teraz Jackowi Ładnemu na ławce w parku. Swemu nowemu uczniowi, który jeszcze kilka godzin wcześniej tak bardzo ją złościł. A kiedy już powiedziała o tym, nie mogła przestać. Wylewała z siebie żale, nagromadzone przez całe życie. Mówiła o tym, jak nienawidziła swego pochodzenia. Jak było jej wstyd za ojca, który po przyjeździe chodził w ruskiej czapce. Kiedy wrócili, była mroźna zima, a ojciec przywiózł sobie karakułową uszankę, która gdzieś tam, w dalekiej teraz Rosji, musiała być szczytem elegancji. W Tarnowie łobuzy biegały za nim, wołając:
- Ty, Ruski, daj kopiejku!
Jeszcze teraz czerwieniła się, opowiadając o tym Ładnemu.
- No i widzisz, nigdy nie pozbyłam się piętna Ruskiej. Taki już mój los.
Na filologię rosyjską poszła jakby trochę z przekory, ale także dlatego, że mimo wszystko naprawdę kochała rosyjską literaturę. W odróżnieniu od męża, którego nie kochała nigdy. Tak przynajmniej twierdziła. Łączyła ich tylko wspólnota losów. Oboje nosili kostiumy, których w głębi dusz nienawidzili. Co prawda, ona robiła to wbrew woli, a on drogę partyjnej kariery wybrał sam. Jednak w pewnym okresie życia bardzo jej odpowiadał jego cynizm, kiedy na obozach dla młodych komunistów wyśpiewywał:
Gdy ci się rano nie chce podnieść dupska
pomyśl jak walczyła Nadia Krupska.
A ty, co pod kołdrą trzepiesz kapucyna
przypomnij sobie nauki Lenina.
Jakby dawał do zrozumienia, że ich życie jest tylko teatrem, w którym grają za pieniądze, a naprawdę są inni, lepsi. Dopiero po ślubie odkryła, że popełniła błąd. Mąż nie był lepszy. Okazał się kłamcą nie tylko w dziedzinie ideologii. Na szczęście, coraz mniej bywał w domu. Robił w partii karierę, co polegało głównie na nieustannych posiedzeniach, kursokonferencjach i wyjazdach w teren, do zakładów pracy i na wieś. Kończyły się one niezmiennie ostrymi pijatykami. Mąż pogrążał się w alkoholizmie, od czasu do czasu zaliczając przypadkowe kontakty z przypadkowymi towarzyszkami z socjalistycznych związków młodzieży. Do domu przywozili go w nocy kierowcy z komitetu. Albo w ogóle nie wracał. Nie skarżyła się na swój los. Mogła do późna czytać książki i słuchać ulubionej muzyki. Przynajmniej nigdy jej nie bił. Najwyżej bełkotał, zanim zapadł w nieświadomość:
- Polityczna robota wymaga poświęceń, co ty myślisz!
Natasza opamiętała się dopiero wówczas, gdy nadszedł wczesny październikowy zmierzch i w parku zapaliły się latarnie.
- Boże, ale się zasiedzieliśmy. I po co ja ci to wszystko opowiadam? Tylko cię zanudzam.
Ręka Jacka Ładnego podpełzła po oparciu ławki, choć jeszcze nie dotknęła pleców nauczycielki.
- Wcale mnie pani nie zanudza - powiedział. - Lubię słuchać. Bardziej niż gadać.
- Ale w ten sposób ty wiesz już o mnie prawie wszystko, a ja o tobie nic. Nie bawię się tak - udała nadąsaną dziewczynkę.
- Nie wie pani, że jestem nieukiem i chuliganem? - zaśmiał się.
- Robisz wszystko, żeby cię za takiego uważali. Dlaczego?
- A ja wiem? Może się maskuję, tak jak pani.
W tym momencie jego ręka lekko, jakby przypadkiem, oparła się na jej ramieniu. Na chwilę oboje znieruchomieli, a potem rusycystka przysunęła się do swego ucznia.
- Jakoś chłodno się zrobiło, nie uważasz? - spytała, jakby chciała usprawiedliwić swój ruch. Ładny przycisnął ją śmielej, a kiedy nie poczuł oporu, pochylił się nad jej twarzą. Głowa nauczycielki opadła do tyłu, opierając się na jego ramieniu. Z początku całowała się nieśmiało, jakby trochę nieporadnie. Potem objęła go za szyję i zaczęła robić to mocniej. Choć piętnaście lat przed upadkiem komunizmu publiczne pieszczoty nie były jeszcze czymś powszechnym, nie zwracali uwagi na przechodniów. Nauczycielka opamiętała się dopiero w chwili, kiedy wolna ręka Ładnego znalazła się pod jej płaszczem i zaczęła wpełzać pod sweter. Wtedy nagle wyzwoliła się z jego objęć, przesunęła dłońmi po twarzy, jakby chciała coś z niej zetrzeć.
- Boże, co ja robię - powiedziała półgłosem.
Poderwała się z ławki, chwyciła swoją teczkę.
- Było bardzo miło, naprawdę. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz siedziałam z kimś w parku. Pochyliła się i pocałowała go szybko w policzek.
- Ale nie odprowadzaj mnie już dalej. Proszę.
Patrzył więc za nią, jak odchodziła, niewysoka, czarnowłosa, w krótkim płaszczyku, ze swoją śmieszną teczką. Gdyby nie bał się wygłupić, pobiegłby za nią. Pomyślał, że jeśli tego nie zrobi, ona szybciej zmięknie, następnym razem będzie mógł posunąć się dalej. I tak się stało. Nazajutrz na lekcji unikała jego wzroku. Ale trzy dni później znów pozwoliła mu się odprowadzić. Tym razem pod samą bramę. Sama wciągnęła go za załom muru. Pocałowała krótko i mocno, a potem uciekła. Stukot jej obcasów już dawno ucichł w ciemnym pasażu, a on wciąż stał na chodniku i nie mógł się na nic zdecydować. Wreszcie ruszył za nią, ale kiedy na liście lokatorów przeczytał nazwisko jej męża, zrezygnował.
Po tygodniu zaprosiła go sama. Mąż wyjechał na szkolenie w Komitecie Centralnym. Ładny spodziewał się po tej wizycie bardzo wiele, ale zawiódł się. We własnym mieszkaniu Natasza była spięta, czujna i nie pozwoliła mu nawet na tyle, co na ławce w parku. Nie wiedział, jak przełamać jej opór. Podejmował kolejne próby, a ona pozostawała niewzruszona. Chciała tylko rozmawiać i słuchać muzyki. Wreszcie spróbował znów przemówić do niej słowami Majakowskiego, co tak obiecująco zakończyło się za pierwszym razem.
Marija !
Poet soniety pojet Tianie,
a ja -
wiesí iz miasa,
cziełowiek wiesí -
tieło twoje prosto proszu,
kak prosiat christijanie -
"chlieb nasz nasuszcznyj
dażdí nam dniesí".
Marija - daj!.

Marija -
nie choczesz'?
Nie choczesz'!
Ale i to nie poskutkowało. Natasza pogłaskała go delikatnie po ręce i powiedziała:
- Jacek, to nieważne, czy ja chcę, czy nie chcę. Nie możemy.
- Dlaczego? Bo jestem gówniarzem?
- Mam męża.
- Twój mąż woli partię. I wódkę.
Milczała. Znów przysunął się do niej bliżej na kanapie, a ona i tym razem pilnowała, żeby nie pozwolił sobie na zbyt wiele.
- Widzisz? Mam rację - powiedział.
- To nie takie proste. Jakoś to życie sobie ułożyłam. Nie mam siły wszystkiego rozwalać.
- Żal ci tego mieszkanka, na które on ma przydział? Tego fiata, na który dostał talon z komitetu? To ci wystarcza?
- To nie jest do pogardzenia, Jacek. Wiele ludzi w Polsce tego nie ma.
- Obojętne, z kim?
- Nie jest najgorszy. Nie bije mnie. Na dom daje. Jeździmy na wczasy do Bułgarii. Czego mogę chcieć więcej?
- Kpisz sobie ze mnie?
- Nie. Takie jest życie. Kiedyś sam się przekonasz.
- Nie traktuj mnie jak gówniarza - obraził się.
Mimo wszystko zaprosiła go ponownie. Tym razem na spotkanie przyszedł z prezentem. Kupił jej płytę Wysockiego, którego uwielbiała. Z trudem maskowała wzruszenie i zmieszanie.
- Co ty wyprawiasz? Stać cię na to?
- Nie martw się. Nikogo nie okradłem. Zaoszczędziłem na obiadach.
- Zwariowałeś. Nie mogę tego przyjąć.
- Nie? W takim razie.
Chwycił płytę w obie dłonie i zrobił ruch, jakby chciał przełamać ją na pół. Rzuciła się ku niemu z przerażeniem w oczach.
- Nie, nie!
- Więc bierzesz?
- Biorę, biorę.
Sam położył płytę na talerzu patefonu i nastawił tę piosenkę, która była właściwym prezentem. Albo raczej sygnałem.
Zdies' łapy u jeliej drożat na wiesu
Zdies' pticy szczebiecziut triewożno
Żiwiosz w zakołdowannom dikom liesu
Otkuda ujti niewozmożno.
Potem długo przekonywał ją, że powinna z tego zaklętego lasu uciec właśnie z nim. I stał się cud. Co nie udało się Majakowskiemu, tego dokonał Wysocki. Wprawdzie tego wieczoru pieścili się jeszcze w ubraniach, ale następnego dnia wreszcie zdecydowała się. Wypiła pół butelki wina na odwagę, pościeliła tapczan, zgasiła górne światło, puściła płytę i pozwoliła, żeby przy nocnej lampce rozebrał ją do majtek i biustonosza. Potem wskoczyła pod kołdrę i tam szybko zrzuciła resztę. On rozebrał się na jej oczach. Czerwieniła się, ale patrzyła na niego łapczywie.
- Zachowujesz się, jakby to był twój pierwszy raz - powiedział, żeby ukryć własne zdenerwowanie.
- Bo jest. Pierwszy raz zdradzam męża. A ty? Miałeś już kobietę?
Miał wcześniej tylko jedną, a teraz za mało pewności, jak mu pójdzie. Poruszył więc lekceważąco ramionami.
- A czy to ważne?
- Nie. Nieważne - szepnęła i przywarła do niego całym ciałem. Potem poprosiła: - Pomału. Nie śpiesz się.
Starał się. Była spięta i skrępowana. Kiedy próbował zrzucić kołdrę, z uporem naciągała ją z powrotem na ich ciała. Powoli jednak otwierała się, zaczynała reagować na jego dość proste pieszczoty i odpowiadać mu tym samym. I zapewne jeszcze przed północą dotarliby do mety, gdyby nie samochody. Rzadko przejeżdżały pod oknem, ale każdy z nich powodował, że Natasza sztywniała i zamierała w oczekiwaniu. A kiedy któryś z nich hamował, nie umiała powstrzymać się przed panicznym biegiem na balkon. I potem wszystko trzeba było zaczynać od nowa.
Wreszcie, już niemal nad ranem, przerwa między kolejnymi samochodami była na tyle długa, że ich ciała w końcu połączyły się. Coraz trudniej było mu powstrzymywać się, ale ona znów szeptała:
- Pomału, proszę.
I trwało jeszcze długo, zanim zaczęła szybciej oddychać i powtarzać:
- O mój mały. Kochany.
I wtedy usłyszeli ten ostatni samochód. Głośniejszy niż poprzednie. Zatrzymujący się pod samym oknem. Próbował powstrzymać ją i dokończyć, ale nie dał rady. Wyrwała się spod niego i jeszcze raz pobiegła na balkon. Tym razem, kiedy się odwróciła, nie zobaczył na jej twarzy ulgi, tylko jeszcze większą panikę. Wróciła do tapczanu przerażonym truchtem.
- To on! - zawołała szeptem. - Uciekaj.
Było to zbyt nieprawdopodobne, żeby uwierzył. Pomyślał, że skorzystała z okazji, żeby w takiej go pozbyć. Akurat w takiej chwili.
- Nie wygłupiaj się - powiedział ze złością.
Chwyciła go za rękę, siłą wyciągnęła z pościeli i nagiego wypchnęła na schody, w ostatnim momencie wciskając mu do rąk jego własne ubranie i buty.
- Na górę - szepnęła jeszcze.
Został sam w ciemności, oszołomiony i wściekły. W tej samej chwili na dole otworzyły się drzwi wejściowe i na klatce schodowej zapaliło się światło. Nie czekał dłużej. Wbiegł na palcach na ostatnie piętro. Było mu zimno. Zaczął dygotać, wychylając się ostrożnie przez poręcz. W dole zobaczył wchodzącego po schodach mężczyznę w długim prochowcu i kapeluszu. Rzeczywiście wszedł do mieszkania Nataszy, otwierając drzwi kluczem. Światło zgasło. Jacek Ładny czuł się jak obity. Ubrał się w ciemności i zszedł ostrożnie na parter, trzymając się poręczy. Ranek był bardzo chłodny. Na stancję miał kilka kilometrów, ale nawet długi marsz go nie rozgrzał.Jeszcze tego samego dnia upił się po raz kolejny i zrobił awanturę w szkole. Tym razem wyrzucili go nieodwołalnie. Nigdy więcej nie zobaczył Nataszy.