Strona główna / Literatura polska / Opowieść z perłą w tle

Aktualności

30.05.2022

PIKNIK NA SKRAJU DROGI I INNE UTWORY z Nagrodą Nowej Fantastyki

Z przyjemnością ogłaszamy, że książka "Piknik na skraju drogi i inne utwory" Arkadija i Borisa Strugackich otrzymała Nagrodę „Nowej Fantastyki” w kategorii Wznowienie Roku.

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem jedną z żon Laila Shukri
  2. Sąpierz Katarzyna Puzyńska
  3. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz

Opowieść z perłą w tle

Grażyna Bąkiewicz

(...)
Podjechałam do portu, a potem ruszyłam pieszo w kierunku restauracji na skarpie. Czułam ciepło na plecach między łopatkami. Może od słońca, ale wolałam myśleć, że to od spojrzeń. Wiem, że dobrze wyglądam, i cieszy mnie, gdy gapią się na mnie mężczyźni, a jeszcze bardziej, gdy uda mi się zaniepokoić niektóre kobiety.
Wolałabym iść wolno, leniwie kołysząc biodrami, ale to jedna z rzeczy, których nie potrafię. Nawet jeśli zwolnię, to i tak po chwili mój krok staje się sprężysty, zdecydowany. Dlatego wszędzie jestem za wcześnie.
Chciałabym, żeby choć raz to Michał czekał na mnie.
Specjalnie wybrałam tę knajpę, żeby miał blisko. No, powiedzmy, że dlatego.
Prawda jest taka, że lubię tu przychodzić. Ten lokal ciągle mnie zadziwia. Za każdym razem czymś innym. Przychodzę, by sprawdzić, czy wszystko już odkryłam. I przekonuję się, że jednak nie. Z początku fascynował mnie zapierający dech w piersiach widok z tarasu na bezładnie spiętrzone dachy miasta. Wyglądają, jak na jakimś impresjonistycznym obrazie. Później odkryłam weneckie okna w sali restauracyjnej. Jedząc obiad, można obserwować ludzi pałętających się po uliczce prowadzącej do portu. To zupełnie jak podglądanie przez dziurkę od klucza, czyli coś w sam raz dla mnie. Uwielbiam patrzeć na ludzi, a szczególnie wtedy, gdy nie wiedzą, że to robię.
Zwolniłam kroku i nadstawiłam uszu. Powinno być już słychać dźwięki dzwonków, czyli kolejnej atrakcji tego lokalu, ale wiało za słabo i dźwięki były tak ciche, że wydawały się złudzeniem.

Ledwo przekroczyłam próg restauracji, a znikąd pojawił się kelner i poprowadził mnie między stolikami; okrągłymi, owalnymi, kwadratowymi. Na większości znajdowały się tabliczki z napisem „Rezerwacja”. Wskazał jeden z nich, pod oknem, okrągły, pusty, bez śladu obecności Michała.
- Dziękuję, tu będzie w sam raz.
(...)
Zerknęłam na kobietę siedzącą obok, a potem nie mogłam się już powstrzymać, by nie spoglądać co chwila w jej stronę. Było w niej coś niepokojącego i przyciągającego wzrok. Może perła. Miała na szyi srebrny łańcuszek z piękną perłą, dużą i lśniącą. Przylgnęłam spojrzeniem do gładkiej, wypielęgnowanej szyi. Teraz, gdy nieznajoma skończyła jeść, biła z niej zmysłowa kobiecość, a jednocześnie coś bezlitośnie męskiego, jakaś twardość. Wyglądała na taką, co żyje w wiecznej pogoni za sukcesem, uznaniem, podziwem i codzienną porcją adrenaliny. Oceniłam ją na plus minus czterdzieści lat. Przyglądałam się chyba zbyt nachalnie, bo zwróciło to uwagę faceta siedzącego pod ścianą. Na jego stoliku stała tylko szklanka wody. Obserwował mnie chwilę, a gdy już utrwalił sobie w pamięci moją twarz, przeniósł wzrok dalej, omiótł salę i wrócił do swojej szklanki. Siedział tak, by mieć w polu widzenia kobietę, mnie i wszystkie drzwi. Leniwie lustrował ulicę. Wyczułam w nim goryla.
Zerknęłam jeszcze raz, by sprawdzić, czy jej nie znam. Jednak nie.
Przestałam się na nią gapić, ale już byłam zaintrygowana. Ciekawią mnie tacy ludzie; jak żyją, jaką drogą doszli do tego, kim są. Czy tak wyobrażali sobie swoje życie, gdy zaczynali?

Wzrok ochroniarza przesunął się za kimś, kto zmierzał w stronę wejścia i chyba dlatego nie zaskoczył mnie łoskot otwieranych z rozmachem drzwi. Wszyscy obecni poderwali głowy i jednocześnie spojrzeli na wchodzącą Laurę. I o to jej chodziło, bo Laura zawsze i wszędzie oczekuje zainteresowania. Teraz zatrzymała się w drzwiach, odczekała tyle, ile trzeba, i nim obraz świata wrócił na swoje miejsce, ona niczym królowa skinęła wszystkim lekko głową, pozwalając im łaskawie wrócić do swoich spraw. Oto cała kwintesencja Laury, mnóstwo kobiecego wdzięku.
Brawo, brawo, brawo. Tego jej zazdroszczę.
Kelner już ruszył, jednak nie czekała, tylko pobiegła przez środek sali. Ona nigdy nie chodzi, ale biega drobnym truchtem, w dodatku nie patrzy na boki, w ogóle się nie rozgląda. Na dobrą sprawę nie patrzy nawet przed siebie, tylko gna w konkretnym kierunku, pewna, że wszyscy zejdą jej z drogi. Aż dziw, że nigdy na nikogo nie wpada. Równym krokiem prąc naprzód, rejestruje wszystkie mijane obiekty i kierowana jakimś szóstym zmysłem, celuje w luki między nimi. Ani na moment nie da się wybić z rytmu ani kierunku, który sobie obierze. Tego rodzaju umiejętności nie da się wyćwiczyć. Z tym trzeba się urodzić.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy... - rzuciła w biegu. - Podobno jesteś za daleko, żeby być tam, gdzie szef chce, żebyś była.
Nie byłaby sobą, gdyby mnie nie zaczepiła.
W odpowiedzi uniosłam górną wargę, odsłaniając zęby. Wrrr. Byłam gotowa do walki. Z nią zawsze. Wyszczerzyłam się do jej pleców, bo już była daleko w przodzie. Nie czekała na moją reakcję. Znała ją. Problem z nami jest taki, że nie za bardzo się lubimy.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie umówiłam się tutaj jedynie dla wygody Michała. Wiedziałam, że i Laura tu będzie. Chciałam, żeby mnie zobaczyła i była świadoma, że stać mnie, by siedzieć przy takim stoliku, ustalać z kelnerem menu i gapić się zza matowych szyb na resztę świata. I że, w przeciwieństwie do niej, mogę zjeść obiad w towarzystwie kogoś, kto mnie kocha.
Chciałam, żeby była przeze mnie zła.
I chyba mi się udało.

Jeśli chcecie wiedzieć, to ze wszystkich osób, których nienawidzi, mnie stawia zawsze w czołówce. Nie na pierwszym miejscu, ale na tyle wysoko, bym zawsze odczuwała dreszcz, ilekroć zdarzy mi się znaleźć bliżej niż sto metrów od niej.

Postanowiłam wyjść na taras.
Kobieta sukcesu piła kawę i wciąż przeglądała dokumenty wyciągane z czarnej teczki. Kiedy przechodziłam obok, obrzuciła mnie obojętnym spojrzeniem i wróciła do swoich spraw. Próbowałam zgadnąć, kim jest i co takiego robi, że potrzebuje goryla. Mimowolnie... co ja gadam... wcale nie mimowolne, ale z zawodową ciekawością zerknęłam na logo firmy umieszczone na odłożonym dokumencie i nagle, gdzieś w głębi mojej duszy zrodziła się pewność, że któregoś dnia na pewno będę taka jak ona.
Ta myśl wywołała lekki niepokój.
Znalazłam wolną ławkę.
Wyjęłam z torby aparat fotograficzny, by przejrzeć zdjęcia, które zrobiłam godzinę temu na placu Zawiszy. Tira miałam na kilku, a na jednym tworzący się korek. Czyli, w razie czego, mam dowód, że tam byłam. Szkoda jednak, że nie poczekałam. Ale ze mną tak jest, niestety, że nigdzie nie trafiam na czas, wszędzie jestem albo za wcześnie, albo za późno. I dlatego zajmuję się pisaniem o rzeczach nieważnych.

Po niebie przeleciał samolot i w tym momencie coś mnie zaniepokoiło. Bo jaki sens miał telefon, który odebrałam w redakcji? Kto już o jedenastej wiedział, że na placu będzie awantura? Problem z przejazdem zaczął się przecież dopiero koło południa, czyli że tir stanął tam niewiele wcześniej. Jaki wniosek? Taki, że byłam tam we właściwej chwili, tylko nie doczekałam końca akcji. Ktoś coś zaplanował i chciał, żeby była przy tym obecna prasa.
A niech to licho.
Taka właśnie ze mnie dziennikarka.
Powiał wiatr i za plecami usłyszałam dzwonienie.
Oderwałam myśli od placu Zawiszy i skupiłam się na dźwiękach. Wiem doskonale, skąd dobiegają. Za restauracją rośnie potężny klon, który osłania przed słońcem niewielki ogródek. Trzeba patrzeć między gałęzie, bo dzwonienie dobiega właśnie stamtąd, z korony drzewa. Uniosłam głowę i zaczęłam wypatrywać źródeł dźwięków. Jest, jeden, drugi, trzeci. Dzwoneczki. Mają ich tu ze sto albo i więcej. Właściciel lokalu w dniu otwarcia fundował darmowe drinki każdemu, kto zawiesi na drzewie blaszany dzwonek. Chłopcy i młodzi mężczyźni wykazywali małpie umiejętności, włażąc najwyżej, jak się da. Od tej pory dzwonienie nigdy nie ustaje, narasta lub cichnie w zależności od siły wiatru.
Po raz nie wiadomo który pomyślałam, że to wiecznie rozwibrowane miejsce jest niebezpieczne, bo niekończącą się muzyką przyciąga świrów.

Oparłam się o balustradę.
Niedawno umyta jezdnia jeszcze lśniła wilgocią, w powietrzu czuło się świeżość. Przejeżdżający rower zostawił ślad na asfalcie. Poza dzwoniącym drzewem słyszałam jeszcze stukot obcasów, szum rozmów, strzępy melodii dobiegającej zza uchylonego okna, narastający warkot motoru. Ale gdy wiatr się wzmógł, dzwonienie przypominające zbyt długą sekwencję perkusyjnych uderzeń zagłuszyło wszystkie inne dźwięki. Żeby nie ogłuchnąć, mogłam tylko wejść do środka albo zejść niżej.
Zeszłam do poziomu ulicy, bo wydało mi się, że widzę Michała. To jednak nie był on.
Zatrzymałam się przy ławce.
Wszystko działo się jakby wolniej, ale nie czułam niepokoju, najmniejszego nawet przeczucia.
Ryk motoru narastał.
Przed wejściem do restauracji zatrzymał się samochód.
Chodnikiem szedł mężczyzna z dzieckiem. Dziecko trzymało w ręku piłkę. Kierowca wysiadł, stanął przy aucie i czekał na kogoś. Drzwi restauracji otworzyły się i wyszedł goryl. Zlustrował teren, obrzucił spojrzeniem mnie i mężczyznę z dzieckiem, kiwnął dłonią temu przy samochodzie. Potem jednocześnie otworzyli drzwi: goryl wyjściowe z restauracji, kierowca - samochodu. Patrzyłam na nich bez skrępowania. Kobieta z perłą ruszyła do auta, goryl kilka kroków za nią. Gdy mijała mnie, ściągnięta chyba moim wzrokiem, odwróciła się i też spojrzała. Poczułam lekki dreszcz. Na jej włosy padł promień słońca i wyglądała jak Madonna. Wszystko było w niej wspaniałe. Nie odwróciłam głowy. Zapragnęłam utrwalić w pamięci ten obraz. Zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Takie chwile, które przeżywa się szczególnie intensywnie, są wieczne. Chciałabym ją sfotografować, by móc w spokoju analizować wnętrze skryte pod maską wyniosłości, ale aparat leżał w torbie i chyba bałabym się tych facetów.
Przez kilka chwil zapomniałam o dzwonkach. Może na moment zapanowała cisza albo świadomość zmęczona hałasem wygasiła go na moment.
A potem wszystko stało się równocześnie.
Zadzwonił telefon i kobieta, nie zatrzymując się, przyłożyła aparat do ucha.
Dziecku upadła piłka i potoczyła się na jezdnię.
Zza rogu wyjechał samochód z przyczepą.
Dziecko wyrwało się ojcu i pobiegło za piłką, wprost pod samochód.
Kierowca skręcił i ominął dzieciaka, ale siła odśrodkowa postawiła przyczepę na dwóch kołach... przyczepa przez chwilę balansowała, a potem runęła... i wszystko, co na niej było, rozsypało się po jezdni... potoczyły się kartofle, buraki, cebula...
Powinnam była odsunąć się jak najdalej od krawężnika, kiedy tylko zobaczyłam, co się dzieje. Zamiast jednak tak zrobić, stałam jak urzeczona.
Powinnam też była w tym momencie wyciągnąć aparat i pstrykać zdjęcia. Zamiast tego stałam jak słup i gapiłam się na podskakujące warzywa.
Kobieta zatrzymała się zaledwie na ułamek chwili, ale zaraz ruszyła do swojego auta. Wciąż rozmawiała przez telefon i wyglądała na zaaferowaną tym, o czym mówiła.
Przed sobą miałam ławkę i przynajmniej tam powinnam zostać. Sama nie wiem, po co zrobiłam kilka kroków w stronę jezdni. Nie miałam najmniejszego powodu, by się ruszyć. I właśnie wtedy z przeciwnej strony nadjechał motor. To jego ryk słyszałam od dawna. Widząc, co się dzieje, kierowca skręcił gwałtownie w prawo, by uniknąć zderzenia z przewróconą przyczepą, ale wpadł w poślizg na rozsypanych kartoflach. A potem sunął już prosto siłą bezwładu. Od pierwszej chwili wiedziałam, że nie uderzy ani we mnie, ani w dziecko, ani w żadnego z facetów stojących na jezdni, tylko w kobietę. Ona też to wiedziała i stała jak skamieniała.
Wszystko we mnie krzyczało: uciekaj!, ale na jakikolwiek ruch było już za późno.
Nadal nie słyszałam odgłosów zewnętrznego świata. Czaszkę wypełnił mi głośny szum, przypominający dudnienie pary. Schyliłam się i poczułam błysk białego światła w głowie. Nie zdawałam sobie sprawy, że wyciągam rękę i jednym ruchem chwytam rękaw nieznajomej, zaciskam pięść i szarpię w tył.
Każdy inny ruch byłby nieskuteczny.
Kobieta poleciała na trawnik, a ja, pociągnięta jej ciężarem, runęłam na nią.
Motor przefrunął obok nas i wyhamował tuż pod oknem lokalu.
Leżałam na niej i ponownie, już drugi raz w ciągu godziny, odczułam przezroczystość czasu. Przez chwilę byłyśmy tym samym istnieniem. We dwie mogłybyśmy doprowadzić do uporządkowania pobojowiska. To nie była moja myśl. Pojawiła się znikąd i szukając wyjścia, miotała się wewnątrz mojej czaszki jak mucha w słoju.
Czułam pod sobą miękkie ciało, a gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam tuż przy swojej twarzy lśniącą perłę. Ten widok wyzwolił we mnie chęć posiadania. Zapragnęłam mieć taką samą. I to pragnienie przywróciło mi świadomość.