Strona główna / Literatura polska / Sądy i osądy

Aktualności

29.07.2022

Spotkanie z Dagmarą Andryką w Warszawie

W czwartek 25 sierpnia o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Dagmarą Andryką, autorką książki "As".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Perska wytrwałość Laila Shukri
  3. TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka Beata Sabała-Zielińska

Sądy i osądy

Katarzyna Leżeńska

Rozdział 14

- ...Oskarżona wyszła z łazienki i przeszła do kuchni, gdzie zjadła śniadanie. Następnie włożyła rękawiczki do prac kuchennych, wzięła jeden z noży leżących w suszarce do naczyń i poszła do sypialni, gdzie spał pokrzywdzony Witold Roszkowski. Oskarżona podeszła do śpiącego na brzuchu męża i ugodziła go nożem w lewą łopatkę. Pokrzywdzony poderwał się, doszło do szamotaniny, w trakcie której Sabina Roszkowska ponownie go ugodziła. Pokrzywdzony stracił przytomność. Tymczasem obudziła się córka Helena, śpiąca w innym pokoju. Dziecko płakało, stojąc przy barierce w łóżeczku. Sabina Roszkowska wróciła do kuchni i wyjęła drugi nóż z pojemnika na sztućce. Przeszła do pokoju córki, uniosła jej głowę i podcięła gardło. Pokrzywdzony, który tymczasem odzyskał przytomność próbował wstać. Wtedy Sabina Roszkowska po raz trzeci wbiła mu nóż w pierś.
Agata przyglądała się oskarżonej, która słuchała prokuratorki z twarzą wypraną z wszelkich emocji. Co jakiś czas obrońca pochylał się do niej i o coś pytał, ale za każdym razem odpowiadała mu tylko ruchem głowy, nie odrywając wzroku od kogoś lub czegoś po przeciwnej stronie sali.
- Spryciula, wygląda jakby w ogóle nie kontaktowała - szepnął Całkowski siedzący po prawej.
- ...wyrzuciła zawartość szafek w sypialni i w przedpokoju na podłogę. Następnie poszła do łazienki, gdzie się umyła i uczesała, wypłukała z krwi gumowe rękawiczki. Ubrała się i wyszła z domu, zabierając torbę podróżną ze swoimi rzeczami, płaszcz i portfel pokrzywdzonego oraz rękawiczki w oddzielnej torbie plastikowej. Nie zamknęła drzwi na klucz. Po wyjściu z bloku wrzuciła do śmietnika płaszcz i portfel pokrzywdzonego. Torebkę z rękawiczkami oraz dowód osobisty pokrzywdzonego wrzuciła do kosza na przystanku autobusowym. Następnie pojechała do pracy, skąd o godzinie 9.00 wyjechała wraz z innymi pracownikami na szkolenie firmowe...
Sala zawrzała. Ktoś zawołał:
- Dzieciobójczyni na szubienicę!
- Gdybyż to było dzieciobójstwo - westchnął Całkowski.
- Proszę o spokój! - odezwała się Agata stanowczo, choć czuła, że i ją zaczyna podrzucać mimo drętwoty prokuratorskich sformułowań.
Znała tę historię z detalami, ale jedna rzecz czytać kolejne protokoły, a druga - usłyszeć to zebrane w całość, nawet tak skrajnie sformalizowaną i beznamiętną.
Sabina Roszkowska nawet nie drgnęła, mimo że okrzyk rozległ się tuż obok niej, z rzędów po stronie ławy oskarżonych. Agata powędrowała za nieruchomym spojrzeniem dziewczyny. Ale ona nie przyglądała się nikomu ani niczemu konkretnemu. Po prostu wbijała pusty wzrok w przeciwległą ścianę.
Agata poprosiła o wezwanie głównego świadka oskarżenia. Na salę wszedł ostrożnie łysy jak kolano pięćdziesięciolatek w sfatygowanym garniturze. Był to dozorca bloku, w którym mieszkała oskarżona. To on znalazł w śmietniku wyrzucony płaszcz i portfel. Roszkowski nosił w portfelu zdjęcie żony i córki. Dozorca rozpoznał je, rzecz jasna, i zaintrygowany, postanowił pójść pod dobrze znany mu adres. Tylko dzięki niemu mąż oskarżonej nie wykrwawił się na śmierć i mógł dziś występować w procesie jako oskarżyciel posiłkowy.
Agata raz jeszcze przyjrzała się nieruchomej masce bielejącej nad barierką, która oddzielała ławę oskarżonych. Od początku rozprawy Roszkowska nie odezwała się ani słowem. Wstawała i siadała jak automat, a pytana, czy chce coś wyjaśnić lub dopowiedzieć, odmawiała niemal niewidocznym ruchem głowy. Nie robiła nic, by obudzić choć cień współczucia czy zrozumienia. Szczerze mówiąc, jej zachowanie zachęcało tylko do tego, żeby podejść i zdrowo nią potrząsnąć albo kopnąć. Sądząc po reakcjach publiczności, nie skończyłoby się na jednym kopnięciu.
Najprościej byłoby poddać się emocjom panującym na sali, choć Agata akurat nie należała do osób, którym łatwo udzielają się cudze nastroje. Ale wystarczyłoby jej w zupełności własnych uczuć na to, by w majestacie prawa zemścić się na Roszkowskiej. Tylko że nie siedziała tu jako mroczny mściciel z filmów sensacyjnych, ale jako sędzia.

Wszyscy byli już zmęczeni, ale nie było sensu przekładać narady.
- Nie mogła po prostu puścić starego w trąbę? - zażartowała ławniczka, rzucając się na wodę mineralną.
- Z tą urodą? - prychnął ławnik.
Agata syknęła i potrząsnęła głową. To nie był ani czas, ani miejsce na takie odzywki, choć rozumiała, że po trzech bitych godzinach zeznań świadków, w takiej sprawie, nawet doświadczeni ławnicy mogą mieć dość i chcą odreagowywać, choćby głupawką.
Przełożyła stronę w aktach i po raz tysięczny przyjrzała się wynikom badań: tomografii głowy, EEG i opinii endokrynologa. Machinalnie wypiła niemal litr wody.
- Patrzę na tę dziewczynę - westchnął trzeci z ławników - i ciarki mi chodzą po krzyżu. Co tam się dzieje w tej głowie?
- To co? - odezwał się milczący dotąd Całkowski. - Rozumiem, że wydajemy wyrok.
Ławniczka spoważniała i usiadła.
- Chwileczkę, proszę państwa - powiedziała Agata, kartkując akta. - Nie mogę znaleźć opinii biegłych.
- No właśnie - ożywił się ławnik. - To może ja przeczytam swoje streszczenie, będzie szybciej.
- Ale przecież... - zaczął Całkowski, trochę zdziwiony.
W tym momencie rozległo się pukanie i w uchylonych drzwiach dojrzeli Jolę z sekretariatu. Skręcała się z zakłopotania, wiedząc, jak Agata potrafi zareagować na przerwanie narady.
- Najmocniej przepraszam, pani sędzio - wystękała - ale tu dwaj panowie czekają na sędziego Całkowskiego. Pan im powiedział...
- Wiem - zbył ją Całkowski, machając ręką. - Przerwiemy na chwilę, dobrze?
Agata pokręciła głową zirytowana. Ławniczka rzuciła jej porozumiewawcze spojrzenie, na które nie zareagowała, ale obie wiedziały swoje. Wojtek Całkowski wpadał do sądu jak po ogień, ale jak dzień długi wydzwaniali do niego albo - jak dzisiaj - wpadali najróżniejsi znajomi i koledzy. Jeśli mieli szczęście go zastać, nic - żadna rozprawa ani narada - nie było ważniejsze niż te tajemnicze i zawsze pilne spotkania.
- No co? - zapytał Całkowski.
- Pani Jolu - powiedziała Agata dobitnie - proszę powiedzieć tym panom, że pan sędzia nie może teraz przerwać narady. Powiesz im, że to przeze mnie - zamknęła usta zaskoczonemu Całkowskiemu.
- Analiza badań i testów nie wykazała żadnych zmian w organizmie ani oznak upośledzenia umysłowego - zaczął ławnik. - Rozpatrując zachowanie Roszkowskiej, wzięli pod uwagę stres, z jakim musiała się zmagać od dłuższego czasu. Ich zdaniem histeryczna reakcja na stres pchnęła ją do morderstwa. Nie mogąc wyładować gniewu i agresji na osobach, od których była finansowo uzależniona...
- To znaczy na pracodawcach? - upewniła się ławniczka.
- Zwróciła swoją agresję na najbliższe otoczenie, do którego i tak była nastawiona wrogo. I tak dalej... - westchnął. - Ja nie wiem, całe moje doświadczenie to trzydzieści lat małżeństwa, ale mnie się wydaje, że w histerii to się tłucze ślubną zastawę, ale nie wyrzyna rodziny. Nie wiem jak państwo, ale ja, pani sędzio, mam wątpliwości. I to poważne.
- Czy to była zwykła histeria? - mruknęła Agata.
- Szukacie dziury w całym - orzekł stanowczo Całkowski. - Spójrzcie na przebieg zdarzeń: śniadanko, ubranko, rękawiczki, jeden nóż, potem drugi nóż, jak higienistka, wszystko na spokojnie zaplanowane...
- No nie wiem, panie sędzio - wtrącił ławnik - śniadanie, rękawiczki, zgoda, ale zaraz potem ten płaszcz i portfel, wyniesiony do śmietnika, pod samym blokiem, rękawiczki na przystanku, wszystkie ślady w promieniu stu metrów od domu, ja w tym widzę raczej szaleństwo niż metodę.
- To znaczy, że niby jest chora? - zniecierpliwił się Całkowski. - Pewnie, że jest. Na chorą ambicję chora, jak one wszystkie teraz...
- Ale my nie sądzimy „ich wszystkich”, tylko tę jedną - weszła mu w słowo wzburzona ławniczka. - Mnie na przykład uderzyło, co o tym małżeństwie mówiły jej koleżanki i matka, i... nie wydaje mi się to takie oczywiste, jak chciałby ten jej mąż.
- To chyba zrozumiałe, że dąży do możliwie surowej kary - wtrącił drugi ławnik.
- Oczywiście - zgodziła się Agata. - Ale nie jest w tej sprawie bez winy, jakby to wynikało z jego zeznań. To ważna okoliczność, ale ja tutaj przede wszystkim podzielam wątpliwości pana - zwróciła się do ławnika, kartkującego swoje notatki.
- Wymyślacie! - parsknął Całkowski, zerkając na zegarek. - Prokuratorka słabo grzebała. Jakby tam poskrobać, to pewnie by się okazało, że za wszystkim stoi jakiś nowy chłop. Rozum babie odebrało.
- Z tym ostatnim się zgadzam - mruknęła Agata.
- Dlaczego chce pani na siłę zrobić z niej wariatkę? - zapytał jeden z ławników.
- Bo mam wrażenie, że prokuratorka na siłę zrobiła z tego zabójstwo z premedytacją.
Całkowski wzniósł oczy do nieba i już ostentacyjnie spojrzał na zegarek.
- Róbcie, co chcecie - wzruszył w końcu ramionami. - Byle szybko. Nie ma nad czym siedzieć.
- Widzieliśmy cię w telewizji! - usłyszała od progu chór złożony z Filipa, Jacka, Edyty i jej starszego syna, Tomka. - Pokazywali cię w „Wiadomościach” i w „Teleexpresie”!
- Tak? - Agata uśmiechnęła się krzywo.
Wychodząc z pokoju narad, musiała niemal staranować młodą dziennikarkę. Najwyraźniej nikt jej nie powiedział, że sędzia nie ma prawa wypowiadać się w prasie, radiu ani telewizji na temat sprawy, w której nie wydał jeszcze prawomocnego wyroku.
- Naprawdę zabiła dzieciaka, bo mąż jej nie pozwalał chodzić do pracy? - zapytał Filip.
- Już wiem, czym postraszę Tadka, jak mi zacznie podskakiwać - mruknęła Edyta.
- Bardzo śmieszne, mamo! - oburzył się Tomek.
Agata ograniczyła się do wymownego postukania w czoło.
- Raczej lekceważył jej pracę - wyjaśniła Filipowi. - Zupełnie jak niektórzy tu obecni - dodała już ciszej, szarpiąc się z kozaczkami.
- Ja lekceważę twoją pracę? - Filip aż przerwał pakowanie rakiety.
- A nie?
Agata zwróciła wymowne spojrzenie ku Edycie, ale ona wyniosła z domu żelazną zasadę, że gdzie dwoje się bije, tam zawsze obrywa ten trzeci, co się wtrąca. Dlatego - jak zwykle w takich sytuacjach - umknęła z placu, zabierając chłopców do dużego pokoju.
- Kotku, praca to jest coś, co się odwala, i do domu - roześmiał się Filip trochę zdziwiony, a trochę zakłopotany. - Nie wciągam cię w żadne sądowe dyskusje, żebyś mogła chociaż trochę wyluzować. Ale co? Wiecie już, w którą stronę pójdziecie z wyrokiem? - szybko zmienił temat.
- Za wcześnie - mruknęła, wyłuskując się ze spódnicy. Sekundę później z ulgą zapinała swoje ulubione dżinsy.
- Widzisz? - Filip wziął się pod boki. - Najpierw masz pretensję, że lekceważę twoją pracę. A jak nie lekceważę i na serio pytam, milczysz. To nie paranoja?
- Nie. Za wcześnie, żeby coś powiedzieć. Odroczyliśmy sprawę.
- Czemu? Przecież wszystko jasne.
- Wnioskowałam o jeszcze jedną opinię psychiatryczną.
- Żeby zrobić z niej wariatkę?
- Musimy mieć pewność, że była w pełni poczytalna. To nie tylko moje widzimisię.
- Dziennikarze was zjedzą.
- Ja myślę. Woleliby, żebym od razu na sali poderżnęła jej gardło długopisem. To dopiero byłaby wiadomość na pierwszą stronę, a tak... Edyta, chodź do kuchni - zawołała. - Ja zdycham z głodu, a ty mi musisz wszystko opowiedzieć.
Od paru tygodni w zdumieniu obserwowała przyjaciółkę. Zdążyła już zapomnieć, jak bojowo Edyta podchodziła do wszelkich życiowych planów. To prawda, zdarzyło jej się jeszcze parę histerycznych reakcji na zupełnie niewinne zachowania Tadeusza. Zdarzyło się parę ponurych monologów o ponurym losie żon uwięzionych w domu i całkowicie uzależnionych od mężów. Przede wszystkim jednak Edyta wzięła się do szukania pracy.
Zarejestrowała się we wszystkich możliwych internetowych serwisach pośredniczących w szukaniu pracy. Zaczynała dzień od uważnej lektury ogłoszeń i z marszu dzwoniła, jeśli coś wpadło jej w oko. Opracowała zadziwiająco dobrze brzmiące CV. Metodycznie rozesłała je wszędzie tam, gdzie przyszło do głowy jej i wszystkim zaangażowanym w sprawę znajomym. Nie był to bardzo szeroki krąg, bo cała akcja odbywała się w najściślejszej tajemnicy przed Tadkiem. Mąż miał dowiedzieć się ostatni, metodą faktów dokonanych.
Prawdę mówiąc, to, że Edyta nigdy wcześniej nie szukała pracy, okazało się w jej przypadku zaletą: podeszła do tego z całą naiwnością nowicjuszki. I jak nowicjuszka na dzień dobry solidnie oberwała po nosie.