Strona główna / Literatura polska / Lament nad Babilonem

Aktualności

18.05.2022

Spotkanie online z Pauliną Młynarską

W piątek 3 czerwca o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Okrutna jak Polka".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.05.2022

Rozmowa z Tanyą Valko

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Tanyą Valko, autorką książki "Arabska zdrajczyni".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska zdrajczyni Tanya Valko
  2. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka
  3. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński

Lament nad Babilonem

Wacław Holewiński

1

Front stał nad Desną, nieporuszony od trzech tygodni. Młodzi chłopcy w granatowych mundurach podśmiewywali się nawet, że pewnie Pan Bóg o nich zapomniał i że nic im już nie grozi. A może zapomniał o nich tylko stary cesarz i jego generałowie? Może doszli do wniosku, że pochopnie zaczęli tę wojnę i że mogą jej nie wygrać? Najbardziej prawdopodobne było jednak to, że obie strony nie chciały ryzykować. Zwłaszcza w taką pogodę.
Wiosną tysiąc dziewięćset szesnastego roku Austria nie była już potęgą. Bo choć wciąż jeszcze miała silną armię, sprawnych urzędników i dwór, który imponował przepychem, to jednak nie wszyscy już chcieli wierzyć, że świat wciąż będzie się toczył utartą koleiną.
- Panie poruczniku, panie poruczniku, poczta - zawołał wymizerowany feldfebel z obandażowaną dłonią, widząc wysokiego oficera. Podał kremową kopertę, starannie zaklejoną, choć ze stemplem wojskowej cenzury.
Podporucznik Danilewicz uśmiechnął się. Wiedział, od kogo jest ten list. Spodziewał się go zresztą od tygodnia i czuł nawet lekki niepokój, że dotąd go nie było. Z pozorną nonszalancją schował list do prawej kieszeni. Nie chciał czytać przy żołnierzach. Wielu spośród nich było starszych od niego, a wzruszenie nie jest w wojsku cechą najwyżej cenioną.
Przez kilka minut chodził i rozmawiał z żołnierzami w ciągnącej się po horyzont transzei. Lubili go, wiedział o tym. Pewnie dlatego, że był młody, że nie był - jak kapitan Jagenrauth - specjalnym służbistą, a może dlatego, że tyle razy już dowiódł, iż nie jest tchórzem. Krzyża Świętego Augusta nie dawano za byle co.
- No, co tam, Kulebiak? Wszystko dobrze?
- Do domu bym chciał, panie poruczniku, za trzy tygodnie baba rodzić będzie.
- Pojedziecie, pojedziecie. - Porucznik poklepał Kulebiaka po ramieniu. Znali się od dawna. Kulebiak nawet twierdził, że zna porucznika od urodzenia. Trochę w tym było przesady, ale nie za dużo. Przed wojną obaj mieszkali w Przedrzymichach, rzut kamieniem od Żółkwi. Co prawda, porucznik w szlacheckim dworze, za rzeką, a Kulebiak we wsi, ale chłopi pracowali w majątku starego Danilewicza każdego dnia. Był starszy od porucznika ledwie sześć lat, ale twarz miał zniszczoną, pooraną zmarszczkami. Wielkie jak bochny, przywykłe do ciężkiej pracy dłonie chował w rozmowie nieśmiało za siebie.
- Da Bóg, pojadę.
Porucznik uważnie lustrował lornetką pozycje Rosjan. Nic szczególnego nie zauważył. Jak każdego dnia, dobiegały stamtąd odgłosy wojskowej krzątaniny. Czasami, przy odpowiednim wietrze, udało się usłyszeć pojedyncze słowo, a nawet zdanie.
- Iwan, job twoju mat'! - krzyczał jakiś nieznany żołnierz. - Dawaj, dawaj!
Porucznik wyszedł z okopu.
- Niech pan nie ryzykuje, poruczniku! - zawołał któryś z podkomendnych.
Ale oficer tylko machnął ręką. Uszedł może ze dwadzieścia metrów, kiedy z tamtej strony padły dwa strzały. Porucznik zachwiał się, jakby nie mógł uwierzyć, że ktoś chce go zabić. Przecież nic im nie zrobił, przecież miał dopiero dwadzieścia lat, przecież nawet nie przeczytał tego listu od ukochanej. Zgiął się, pochylił i padł twarzą w błoto. Dlaczego musiała być tu kałuża - pomyślał jeszcze. Czuł, że ma mokre powieki, ale nie wiedział, czy to łzy, czy deszczowe krople. Później nie pamiętał już nic.
- Sanitariusz, sanitariusz! - niosło się po okopie. Nie zważając na niebezpieczeństwo, Kulebiak z Topinką, wiedeńskim Żydem, który w każdą sobotę modlił się uparcie do swojej matki, wyskoczyli na nasyp i ściągnęli porucznika. Inni w tym czasie strzelali jak opętani. Można by pomyśleć, że te dwa strzały rozpętały bitwę.
- Szybciej, szybciej - poganiali sanitariusza Kulebiak z Topinką. - Żyje? Żyje? - dopytywali się z nadzieją.
- Żyje, ale ledwie zipie, nie doniesiemy go żywego nawet na tyły.
Sanitariusz widział już w swoim życiu tylu tych nieuważnych szczeniaków, że nie chciało mu się nawet dyskutować z żołnierzami. Wszyscy tacy sami, wszyscy. Bez wyjątku. Co to za gry? Dla kogo? Bohaterowie. Podłożył pod głowę rannego zrolowany koc, rozpiął mundur i starał się ustalić źródło krwawienia. Po chwili wzruszył jednak ramionami i zakomenderował:
- Kładźcie go na płaszcz i odnieście na tyły. Nic tu po mnie, wołajcie raczej księdza.
Zebrał do kupy porozrzucane bandaże, wcisnął je byle jak do torby z czerwonym krzyżem i klnąc na czym świat stoi tę przeklętą wojnę, pogodę i to, że zamiast w cieple popijać w praskiej knajpie z kufelka złocistego pilznera, tkwi w tych okopach już szósty miesiąc, oddalił się wolnym krokiem, potykając się od czasu do czasu o wystające z ziemi belki z niezbyt starannie wykonanej transzei.

2

- Panie pułkowniku, niech pan już pójdzie wreszcie spać - powiedziała stanowczo, choć życzliwie i bez zbytniej nadziei, że spełni jej polecenie.
Lubił tę nie najmłodszą już kobietę. Na pamięć znał jej historię. Czasem nawet myślał, że dziwnym zrządzeniem losu pewnie się gdzieś o siebie otarli, przed powstaniem. Zamyślił się. Od kiedy ona tu jest? Dwadzieścia lat, dwadzieścia dwa? Kiedy ją przyjmowali do pracy, była nieufna. Powiedziała o sobie tyle, ile musiała. Że ma dziewiętnaście lat, że była poszukiwana, że udało jej się uciec, że jakiś czas mieszkała w Berlinie. Potem szkoła, praca, mąż, dzieci.
Trafiła do nich z agencji. Byli już tu zadomowieni. Anglia nie okazała się krajem marzeń. Zwłaszcza dla niego. Nikt go tu nie oczekiwał. Zresztą, niby dlaczego miałby oczekiwać? Uwierzyli komunistom? Nie. Nikt im nie wierzył. Zachód był cyniczny i serdecznie dość już miał wojny. Cóż zresztą znaczył dla nich ktoś taki jak on. „Ciesz się, że możesz tu mieszkać, pracować i nie pchaj się do polityki. Spróbuj tylko, a wydamy cię Rosjanom”.
- Pani Tereso, kiedy pani zaczęła tu pracować? - zapytał.
Korytarz był słabo oświetlony. Wygaszono już wszystkie światła z wyjątkiem małej lampki przy stoliku. Kobieta stała przy rozstawionej desce do prasowania. Starannie złożone prześcieradła zajmowały jeden z foteli. Na drugim piętrzyły się inne, czekające na swoją kolej. Odstawiła żelazko na metalową podpórkę.
- Będzie pan pisał wspomnienia? - Roześmiała się. - Od pięćdziesiątego trzeciego.
Tak. Ukoronowanie życia. Samemu mu się chciało śmiać. Dom starców. Elegancki, drogi, wszystko pod nos, na czas. Nawet trumny. Umowa jest umową. Huddersfield to nie jest małe miasto. Dlaczego właśnie tu? Niewielki miał na to wpływ. Kiedy przyjechał po niego brat, miał do wyboru tylko Anglię lub Kanadę. Ale już, bez zbędnych ceregieli. We Francji komuniści szykowali się do objęcia władzy. A wtedy co? No, co? A, plunąć na to. Wydaliby, to wydali. Może trzeba było wracać. I co? Zaprzeczyć sobie? Przytakiwać im? A może pokajać się, wydać ludzi, samemu założyć sobie stryczek na szyję?
- Ma pan może ochotę na herbatę?
Pokiwał głową. Po chwili postawiła przed nim kubek z parującym naparem. Przyłożył dłonie. Zimno. Starość, krew wolniej krąży. Podziwiano kiedyś te jego wypielęgnowane dłonie. Choć przecież nic przy nich nie robił. Gdyby nie siatka wystających, wyrazistych żył pewnie można by je uznać za modelowe.
Lubił te chwile, kiedy cały dom pogrążał się w ciszy. Nie potrzebował dużo snu. Nigdy nie sypiał za długo. Jak matka. Zresztą był do niej podobny. Tak mówiono. Ojciec był chyba nawet o to zazdrosny. Najstarszy syn. Duma, przykład dla całego rodzeństwa. Cóż dla niego znaczył wtedy stukilogramowy wór mąki, a mimo to - delikatny.
Kobieta coś do niego mówiła. Wyraźnie widział poruszające się usta. Nie chciał rozmawiać. Nigdy nie był szczególnie rozmowny, ale nie wypadało się nie odezwać.
- Przepraszam, pani Tereso. Nie słuchałem.
- Widzę właśnie. Wie pan, że jadę do kraju? - Była wyraźnie szczęśliwa. - Tyle lat. Jak pan myśli, jak tam teraz jest?
- Odebrała pani wizę? Kiedy?
- Wczoraj. Bez kłopotów, raz dwa.
- Jak tam jest? Pewnie jestem najgorszym dla pani rozmówcą. Kiedyś prosiłem Boga, aby tam jeszcze pojechać, zobaczyć, nacieszyć się dziećmi, wnukami. Ale już nie pojadę. Nawet gdybym mógł. Cóż ja jeszcze z tej Polski pamiętam? Tyle ona moja, co Indie Hindusów z sąsiedniej ulicy. Ani ja jej nie znam, ani ona mnie. Jej zasad, honoru, Boga. Ale jestem szczęśliwy, że pani jedzie. To dobrze. Pani jeszcze może. W pani wieku ludzie inaczej patrzą, inaczej widzą, czują. A zresztą, czy moja jest Warszawa albo Poznań, Szczecin? Przed wojną znałem Warszawę, ale nigdy jej nie lubiłem. Nawet do Lwowa nie lubiłem jeździć, a co dopiero do Warszawy. Lubiłem pole i las, przestrzeń. Wie pani co? Lubiłem Wiedeń. Pewnie na starość człowiek idealizuje, pewnie pamięta najmniej ważne szczegóły. Ale Wiedeń miał atmosferę, zapach, patynę czasu. Tak, lubiłem to miasto.
Zamyślił się. Szkoła oficerów piechoty Wiedeń-Neustadt. Generał von Bleimitz - komendant szkoły, major hrabia von Doderaf - opiekun jego rocznika. Pamiętał po tylu latach ich nazwiska, ale nie mógł przypomnieć sobie twarzy. Byli służbistami. Dryl, dryl i jeszcze raz dryl. Pewnie byłbym taki sam. Może nawet byłem? Ale kim byłbym bez tej szkoły? Ojciec od urodzenia wiedział, że zrobi ze mnie żołnierza. A ja? To dzisiaj dzieci mogą wybierać swoją przyszłość. A wtedy?
Kobieta złożyła ostatnie prześcieradło. Pułkownik milczał.
- Jeśli pan pozwoli, pułkowniku, pójdę się położyć. Spokojna noc, może się zdrzemnę?
- Tak, tak, pani Tereso. Niech się pani kładzie. Ja też za moment pójdę. Niech pani zgasi światło. Dobranoc.

3

Wojna to nie jest łatwy kawałek chleba. Nawet jeśli ci za to płacą. Ale wtedy nie płacili. Bo i kto miał płacić. Była nadzieja. Tak. Choć nie do końca. Ginął bezpieczny, ustabilizowany świat, który znał, a ten nowy wciąż był niewiadomą. Ktoś powiedział: Polska, ale cóż to znaczy? Kto wyznacza pola aktywności? To prawda, znalazł swoje miejsce, ale na jak długo?
Jeszcze trzy tygodnie temu gnali bolszewików bez opamiętania. Co i raz do niewoli szły całe ich zastępy. Byli brudni, źle uzbrojeni, przerażeni. W gruncie rzeczy nie mieli pojęcia, o co i dla kogo walczą. Szli, bo taki był los. Ci ciemni chłopi kradli, gwałcili, zabijali, bogacili się. Byli młodzi, młodsi od niego. Im świat nie walił się na głowy, oni w tym świecie dojrzewali. Rośli razem z nim. Ktoś, kto nigdy nie miał wyprasowanej białej koszuli, nie tęskni za nią.
We wtorek byli jeszcze pod Równem, a dziś minęli Łuck. Nie czuł się pobity, choć żołnierzy miał obolałych, nieufnych, jakby pogodzonych z klęską. Poganiał ich, próbował na nowo tchnąć w nich wiarę i nadzieję. Zebrał tych rozbitków może stu, może więcej. Nawet nie liczył. Miał się wycofywać na Zamość i jednocześnie starać się opóźniać marsz wroga. Ale raczej uciekał, klucząc, co i raz wymykając się z zastawianych pułapek. Za nim była już tylko śmierć i zgliszcza.
Przywołał ruchem dłoni porucznika Jasika. Jurek był z nim od początku kampanii. Nie rozstawali się na krok. Choć pochodzili z różnych zaborów, łączyła ich podobnie głęboka wiara, odpowiedzialność i to samo poczucie humoru.
- Weź ze trzech ludzi, poszukaj kwatery. Może znajdziesz też coś do jedzenia. Ludzie nie dadzą już rady. Muszą do rana odpocząć.
- Tak jest. - Jasik zasalutował obandażowaną ręką, spiął konia ostrogą, przywołał trzech ludzi i pognał galopem przed siebie.
Dobry to chłopiec - pomyślał. Dzieliły ich trzy lata, trak-tował jednak Jasika jak młodszego brata. Nie to, żeby go chronił czy posyłał do lżejszej roboty. Nie. Ale nie narażał bez potrzeby.
Zatrzymał ludzi. Poschodzili z koni. Ledwie trzymali się na nogach. Obrońcy. Pokiwał głową. Ile tej wolności przed nami? Te dzieciaki nadawały się raczej do szkół, a nie na wojnę. Wyprowadzę ich z tego. Zaciął się w sobie. A mam jakieś inne wyjście? Jeszcze parę dni i staniemy na Sanie. Tak, jeśli przekroczą San, niewiele z nas pozostanie. Na cośmy liczyli? Na lata spokoju?
Usiadł na trawie. Wiosna to jest dobry czas. Zgarnął do ręki trochę ziemi. Przepuścił między palcami.
- Banasiuk! - zawołał.
Podbiegł suchy jak szczapa sierżant. Ten się nikogo nie bał. Ani wroga, ani generała. Zawodowiec.
-Rozdajcie ludziom resztę jedzenia, niech nie siedzą o suchym pysku.
Banasiuk wzruszył ramionami.
- Tak przecia wszystko już rozdane - zaciągnął po swojemu. - Dla pana porucznika mam jeszcze kawalontko słoniny, ale to już ostatki.
- Dajcie innym. Nie jestem głodny. - Oczywiście kłamał, bo głód ściskał go od środka tak, że aż mdliło, ale nie wypadało mu jeść przy innych.
Sierżant pokiwał głową.
- Nikt panu tego jedzenia nie zwróci. Trzeba jeść. Inni swoje zjedli.
- To nieprawda, sierżant sam nie jadł - wtrącił się jakiś żołnierz, którego Danilewicz nie znał.
- Tak ty się nie wtrącaj, kiedy ja z panem porucznikiem gadam - zgromił żołnierza Banasiuk.
- Zjedzcie, to rozkaz.
Banasiuk przez chwilę jakby czekał na potwierdzenie słów porucznika, potem wyjął zza cholewy nieduży nóż i ponacinał słoninę. Robił to starannie. Widać, że chciał się nacieszyć jedzeniem jeszcze przed posiłkiem. Potem wbił w nią zęby i wyszarpując po małym kawałeczku, żuł z wyraźnie okazywaną przyjemnością.
- Długo coś nie wracają. - Nieznajomy żołnierz, może mniej zmęczony od innych, starał się zagadać.
- Do śmierci mamy czas. - Porucznik jeszcze nie wiedział, że śmierci nigdy nie należy przywoływać. - Skończyłeś? - zwrócił się do sierżanta. - To podnoś ludzi.
Wstawali niechętnie. Niewiele pozostało w nich entuzjazmu z pierwszych dni wojny. Banasiuk poganiał maruderów, niektórym nawet dał sójkę w bok, ale też niektórym, poranionym, pomagał wspiąć się na konia.
Ruszyli stępa. Nie ujechali nawet kilkuset metrów, kiedy nagle podjechał do niego zaniepokojony Warańczuk.
- Panie poruczniku, to moje okolice. Coś mi tu śmierdzi. Niech pan zatrzyma ludzi w tym lesie. Ja za parę minut wrócę. Wezmę kaprala Gałuszkę, posprawdzam wszystko i za kwadrans jesteśmy z powrotem.
Warańczuk był gajowym, znał las jak mało kto. Niejeden raz wybawił ich z opresji. Miał jakiś szósty zmysł w tropieniu niebezpieczeństw.
- Dobrze - powiedział krótko.
Cofnęli konie w bok do lasu, ale nie schodzili z nich, czekali.
Warańczuk z Gałuszką wrócili szybciej, niż myślał. Wlekli między sobą rosłego chłopa w łapciach, w portkach przepasanych sznurkiem i z krwawiącą gębą.
Warańczuk nie mógł wydobyć z siebie słowa. Pokazał tylko dłonią.
- Gadaj jak człowiek! - krzyknął do niego rozeźlony Banasiuk.
- Co-o tu ga-adać sie-erżancie, po-omordowali ich ja-ak ba-arany - jąkał się blady jak ściana Gałuszka.
Banasiuk przerzucił przez siodło chłopa i pognał przed siebie. Inni za nim. Za zakrętem, przy samej drodze, leżał Jasik, do połowy rozebrany, bez butów. Z poderżniętym gardłem. Oczy prawie mu wyszły z orbit. Trzej pozostali leżeli troszkę dalej w krzakach. Widać, że ciągnięto ich po piachu.
- Jerzy, Jerzy. - Porucznik klęczał obok swego przyjaciela. Zamknął mu powieki. Wstał, nogi się pod nim ugięły. Musiał oprzeć się o drzewo. Nie wytrzymał, zwymiotował. Aż do trzewi, rwało go i rwało. Wreszcie otarł chustką zaślinione usta. - To on? - wskazał na chłopa.
Warańczuk pokiwał głową:
- On i inni, ale tegośmy złapali, jak obdzierał porucznika z ubrania.
Co ja mogę z nim zrobić? Co ja mogę z nim zrobić? Co ja mogę z nim zrobić? Jakby to było najważniejsze, jakby od tego zależał los zamordowanych i jego własny. Nie wydawał poleceń, nie mógł.
Banasiuk złożył zabitych w jednym miejscu. Zawołał kil-ku żołnierzy, by kopali grób. Z pojmanym chłopem sam ruszył w las.
Porucznik usłyszał trzy strzały. Nie zadawał pytań.