Strona główna / Fantastyka / Pomniejsze bóstwa

Aktualności

06.12.2019

Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty

W czwartek 19 grudnia o godz.18:00 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul. Tłomackie 3/5) na spotkanie wokół książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe "Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty".

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Pomniejsze bóstwa

Terry Pratchett

(...)
I stało się w owym czasie, że Wielki Bóg Om przemówił do Bruthy, którego wybrał:
- Psst!
Brutha znieruchomiał w połowie zamachu motyką i rozejrzał się po świątynnym ogrodzie.
- Słucham? - powiedział.
Był piękny dzień mniejszej wiosny. Młynki modlitewne kręciły się wesoło na wietrze od gór. Pszczoły leniuchowały w kwiatach fasoli, ale brzęczały głośno, by sprawiaś wrażenie ciężko zapracowanych. Wysoko pod niebem krążył samotny orzeł.
Brutha wzruszył ramionami i wrócił do swoich melonów.
A Wielki Bóg Om znowu przemówił do Bruthy, którego wybrał:
- Psst!
Brutha zawahał się. Ktoś wyraźnie mówił coś do niego z pustki. Może to demon? Przewodnik nowicjuszy, brat Nhumrod, bardzo dokładnie omawiał temat demonów. Demonów i nieczystych myśli, gdyż jedno prowadziło do drugiego. Brutha był niepokojąco świadomy, że prawdopodobnie już dawno należy mu się demon.
Najlepszym wyjściem była stanowczość i recytacja Dziesięciu Fundamentalnych Aforyzmów.
I raz jeszcze Wielki Bóg Om przemówił do Bruthy, którego wybrał:
- Głuchy jesteś, chłopcze?
Motyka stuknęła o wyschniętą ziemię. Brutha odwrócił się gwałtownie. Widział pszczoły, orła, a na drugim końcu ogrodu starego brata Lu-Tze, sennie przerzucającego widłami stos nawozu. Młynki modlitewne wirowały pocieszająco wzdłuż murów.
Wykonał ręką znak, którym prorok Ishkible odpędził złe moce.
- Ustąp mi z drogi, demonie - wymamrotał.
- Przecież stoję za tobą.
Brutha odwrócił się jeszcze raz, bardzo powoli. Ogród nadal był pusty.
Brutha rzucił się do ucieczki.

 

Wiele opowieści zaczyna się na długo przed swym początkiem, a historia Bruthy sięga tysiące lat przed jego narodziny.
Na świecie istnieją miliardy bóstw. Roją się gęsto jak ławica śledzi. Większość jest zbyt mała, by je zauważyć, i nigdy nikt ich nie czci, w każdym razie nikt większy od bakterii, które się nie modlą i nie mają wielkich wymagań w zakresie cudów.
To są właśnie pomniejsze bóstwa - duchy miejsc, gdzie krzyżują się ścieżki mrówek, bogowie mikrolimatów pomiędzy korzeniami traw. I większość z nich taka już pozostaje.
Ponieważ brakuje im wiary.
Garstka jednak trafia w wyższe regiony. Powodem może byś cokolwiek. Pasterz szukający zbłąkanej owcy znajduje ją w krzakach i poświęca minutę czy dwie, żeby wznieść niewielki kamienny ołtarzyk w ogólnej podzięce wszelkim duchom, jakie mogą przebywać w okolicy. Albo jakieś niezwykle ukształtowane drzewo zostanie skojarzone z lekiem na chorobę. Albo ktoś wyryje spiralę na samotnym głazie. Albowiem bogowie potrzebują wiary, a ludzie pragną bogów.
Często na tym się kończy. Ale czasami wydarzenia rozwijają się dalej. Dodawane są następne kamienie, układane kolejne głazy; w miejscu, gdzie kiedyś rosło drzewo, staje świątynia. Bóg wtedy nabiera mocy, wiara wyznawców niesie go w górę jak tysiąc ton paliwa rakietowego. Nieliczni sięgają aż do nieba.
A czasem nawet dalej.

 

Brat Nhumrod w odosobnieniu swej surowej celi walczył z nieczystymi myślami, kiedy usłyszał rozgorączkowany głos z sypialni nowicjuszy.
Młody Brutha leżał plackiem przed posągiem Oma w Jego manifestacji jako gromu, dygotał cały i mamrotał fragmenty modlitw.
W tym chłopcu jest coś, co przyprawia o dreszcze, pomyślał Nhumrod. To sposób, w jaki patrzy, kiedy się do niego mówi. Całkiem jakby słuchał.
Podszedł bliżej i szturchnął nowicjusza końcem laski.
- Wstawaj, chłopcze! Co właściwie robisz w sypialni w środku dnia, co?
Brutha zdołał jakoś odwrócić się, wciąż leżąc plackiem na podłodze, i chwycił kapłana za kostki.
- Głos! Głos! Mówił do mnie! - zajęczał.
Nhumrod odetchnął. No tak... Znalazł się na znajomym terenie. Na głosach znał się doskonale. Słyszał je przez cały czas. - Wstań, chłopcze - powiedział nieco łagodniejszym tonem.
Brutha podniósł się z podłogi.
Był - na co Nhumrod już wcześniej narzekał - trochę za duży do nowicjatu. Miał jakieś dziesięć lat za dużo. Dajcie mi chłopaka w wieku do siedmiu lat, mawiał zawsze brat Nhumrod.
Ale Brutha pewnie umrze jako nowicjusz. Kiedy ustalali zasady, nie przewidzieli kogoś takiego jak Brutha.
Szeroka, szczera, rumiana twarz skierowała się ku przewodnikowi.
- Usiądź na swoim łóżku, Brutho - polecił Nhumrod.
Brutha natychmiast wykonał polecenie. Nie znał znaczenia słowa "nieposłuszeństwo". Było to jedno z bardzo wielu słów, których znaczenia nie znał.
Nhumrod usiadł obok niego.
- Słuchaj mnie uważnie, Brutho - rzekł. - Wiesz, co spotyka ludzi, którzy głoszą kłamstwa, prawda?
Brutha zaczerwienił się i kiwnął głową.
- Doskonale. A teraz opowiedz mi o tych głosach.
Brutha zmiął w palcach brzeg szaty.
- To był raczej jeden głos, mistrzu - wyznał.
- ...raczej jeden głos - powtórzył Nhumrod. - A co ten głos mówił? Hm?
Brutha zawahał się. Właściwie, kiedy się zastanowić, to głos w ogóle niewiele powiedział. Po prostu mówił. Ale rozmowa z bratem Nhumrodem nigdy nie była łatwa. Miał on irytujący zwyczaj zerkania z ukosa na usta mówiącego i powtarzania ostatnich słów praktycznie w chwili, kiedy zostały wypowiedziane. I przez cały czas dotykał różnych rzeczy: ścian, mebli, ludzi... Jakby się bał, że cały wszechświat zniknie, jeśli nie będzie na niego uważał. A jego nerwowe tiki były tak liczne, że musiały ustawiać się w kolejce. Brat Nhumrod był całkiem normalny jak na kogoś, kto przeżył pięćdziesiąt lat w Cytadeli.
- No więc... - zaczął Brutha.
Brat Nhumrod uniósł szczupłą dłoń. Brutha widział błękitne żyłki pod jego skórą.
- Z pewnością wiesz, że istnieją dwa rodzaje głosów, które można usłyszeć duchowo. - Brew przewodnika nowicjuszy zadrgała gwałtownie.
- Tak - zapewnił pokornie Brutha. - Brat Murduck nam mówił.
- ...nam mówił. Tak. Gdy czasem w swej nieskończonej mądrości uzna to za stosowne, Bóg sam przemawia do wybrańca, który zostaje potem wielkim prorokiem. Jestem pewien, że nie uważasz się za takiego. Hm?
- Nie, mistrzu.
- ...mistrzu. Ale są też inne. - W głosie brata Nhumroda pojawiło się lekkie drżenie. - Mamiące, kuszące, przekonujące. Tak? Głosy, które tylko czekają, by nas zaskoczyć. Zgadza się?
Brutha odetchnął cicho. Wiedział już, na czym stoi.
Wszyscy nowicjusze znali tego rodzaju głosy. Tyle że zwykle mówiły one o rzeczach prostych, takich jak przyjemności nocnych manipulacji albo ogólna potrzeba dziewcząt. Co dowodziło tylko, że wśród głosów są to prawdziwi nowicjusze. Brat Nhumrod słyszał głosy, które wobec tamtych były niczym pełne oratorium. Niektórzy co bardziej zuchwali nowicjusze często próbowali nakłonić brata Nhumroda do wykładu o głosach. Jego wykłady były naprawdę kształcące, twierdzili. Zwłaszcza wtedy, kiedy białe kropelki śliny pojawiały mu się w kącikach ust.
Brutha słuchał.

 

Brat Nhumrod był przewodnikiem nowicjuszy, ale nie wszystkich - tylko tej grupy, do której należał Brutha. Byli też inni. Może ktoś w Cytadeli wiedział, ilu ich jest. Istniał gdzieś ktoś taki, czyim zadaniem było wiedzieć wszystko.
Cytadela zajmowała całe centrum miasta Kom, leżącego pomiędzy pustyniami Klatchu a równinami i dżunglami Howondalandu. Rozciągała się na całe mile; jej świątynie, kościoły, szkoły, sypialnie, ogrody i wieże wyrastały z siebie nawzajem i dookoła siebie w sposób, który przywodził na myśl milion termitów próbujących równocześnie budować swoje kopce.

[...]

- Otóż to - zakończył brat Nhumrod, klepiąc Bruthę po ramieniu. - Jestem pewien, że teraz lepiej wszystko zrozumiesz.
Brutha wyczuł, że powinien udzielić konkretnej odpowiedzi.
- Tak, mistrzu - zapewnił. - Jestem pewien, że tak.
- ...że tak. Twoim świętym obowiązkiem jest opierać się głosom o każdym czasie - dodał brat Nhumrod, wciąż go klepiąc.
- Tak, mistrzu. Będę się opierał. Zwłaszcza jeśli mi powiedzą, żeby robić którąś z tych rzeczy, o których wspomniałeś.
- ...wspomniałeś. Dobrze. Bardzo dobrze. A gdybyś znów je usłyszał, co wtedy zrobisz? Hm?
- Przyjdę i powiem ci o nich - odparł posłusznie Brutha.
- ...o nich. Dobrze. Bardzo dobrze. To właśnie chciałem usłyszeć - rzekł Nhumrod. - Zawsze wam to powtarzam, chłopcy. Pamiętajcie, jestem tutaj, żeby rozwiązywać te drobne problemy, które mogą was nękać.
- Tak, mistrzu. Czy mam teraz wrócić do ogródka?
- ...do ogródka. Tak myślę. Tak myślę. I żadnych więcej głosów, słyszysz? - Nhumrod pogroził palcem dłoni nie klepiącej ramienia Bruthy. Zmarszczył policzek.
- Tak, mistrzu.
- A co robiłeś w ogrodzie?
- Okopywałem melony, mistrzu.
- Melony? Ach tak, melony - powtórzył wolno Nhumrod. - Melony. Melony. No cóż, to wiele wyjaśnia, naturalnie.
Powieka zatrzepotała mu szaleńczo.

[...]

Po dwudziestu minutach Brutha trochę się uspokoił. Syrenie głosy zmysłowego zła chyba wreszcie ucichły.
Wrócił do melonów. Czuł, że jest zdolny do zrozumienia melonów. Melony wydawały się bardziej zrozumiałe od większości innych rzeczy.
- Hej, ty!
Brutha wyprostował się.
- Nie słyszę cię, ohydny sukubie - powiedział.
- Owszem, słyszysz, mój chłopcze. A teraz chcę, żebyś...
- Wsadziłem palce do uszu!
- Do twarzy ci z tym. Naprawdę do twarzy. Wyglądasz jak waza. Do rzeczy...
- Śpiewam psalm! Śpiewam!
Brat Preptil, nauczyciel muzyki, opisał głos Bruthy jako przywodzący na myśl rozczarowanego sępa, który za późno dotarł do zdechłego osła. Nowicjusze obowiązkowo śpiewali w chórze, ale po licznych petycjach brata Preptila udzielono specjalnej dyspensy dla Bruthy. Widok krągłej, czerwonej twarzy chłopca, wykrzywionej z wysiłku w próbie zadowolenia słuchaczy, był dostatecznie ciężkim przeżyciem. Gorsze jednak było słuchanie jego głosu, z pewnością potężnego, wyrażającego słuszne przekonanie, falującego tam i z powrotem wokół właściwego tonu, ale jakoś nie trafiającego nigdy.
Przydzielono mu za to Dodatkowe Melony.
Na modlitewnej wieży stadko wron poderwało się pospiesznie.
Po pełnej zwrotce Miażdży On nieprawości swymi kopytami z gorącego żelaza Brutha wyjął palce z uszu i zaryzykował szybki nasłuch.
Jeśli nie liczyć odległych wronich protestów, panowała cisza.
Udało się... Trzeba pokładać ufność w Bogu, mówili wszyscy. A on pokładał - odkąd pamiętał.
Sięgnął po motykę i z ulgą stanął nad grządką.
Ostrze miało właśnie uderzyć o ziemię, kiedy Brutha zobaczył żółwia.
Żółw był mały, mniej więcej żółty i cały zakurzony. Skorupę miał mocno poszczerbioną. Miał też jedno paciorkowate oko - drugie padło ofiarą któregoś z tysiąca niebezpieczeństw, jakie zagrażają każdej powolnej istocie żyjącej o cal od ziemi.
Brutha rozejrzał się. Ogrody leżały wewnątrz kompleksu świątyń, otoczone przez wysokie mury.
- Jak się tu dostałeś, mały zwierzaczku? - zapytał. - Przyleciałeś?
Żółw przyjrzał mu się monooptycznie. Bruthę ogarnęła nostalgia. Na piaszczystych pagórkach wokół jego rodzinnego domu żyło mnóstwo żółwi.
- Dałbym ci trochę sałaty - zapewnił. - Ale żółwi nie wpuszcza się chyba do ogrodów. Czy nie jesteście szkodnikami?
Żółw wciąż mu się przyglądał. Właściwie nic nie potrafi się tak przyglądać jak żółw.
Brutha poczuł, że powinien coś powiedzieć.
- Są winogrona. To chyba nie grzech, jeśli dam ci jedno winogrono. Masz ochotę na winogrono, mały żółwiku? - zapytał.
- Masz ochotę zostać czymś obrzydliwym w najgłębszej otchłani chaosu? - zapytał żółw.
Wrony, które dotarły do zewnętrznych murów, poderwały się znowu, do wtóru psalmu Droga niewiernego jest niby cierniowe gniazdo.
Potem Brutha otworzył oczy i wyjął palce z uszu.
- Ciągle tu jestem - oznajmił żółw.
Brutha zawahał się. Z wolna pojawiła się myśl, że demony i sukuby nie pojawiają się chyba w postaci małych żółwi. Nie miałoby to sensu. Nawet brat Nhumrod musiałby przyznać, że w dziedzinie rozpasanego erotyzmu można wymyślić wiele obiektów ciekawszych od jednookiego żółwia.
- Nie wiedziałem, że żółwie umieją mówić - powiedział.
- Nie umieją - odparł żółw. - Czytaj z moich warg.
Brutha pochylił się.
- Nie masz warg - zauważył.
- Nie - zgodził się żółw. - No właśnie. Ani porządnych strun głosowych. Przekazuję słowa wprost do twojej głowy, jasne?
- Ojej!
- Rozumiesz chyba, prawda?
- Nie.
Żółw przewrócił jedynym okiem.
- Powinienem przewidzieć. Zresztą to bez znaczenia. Nie muszę tracić czasu na ogrodników. Idź i sprowadź tu kogoś najważniejszego. Ale już.
- Najważniejszego? - powtórzył Brutha. Zasłonił dłonią usta. - Nie chodzi ci chyba o... o brata Nhumroda?
- Kim on jest?
- Przewodnikiem nowicjuszy.
- A niech mnie! - mruknął żółw. - Nie - mówił dalej, śpiewnie naśladując głos Bruthy. - Nie chodzi mi o przewodnika nowicjuszy. Chodzi mi o najwyższego kapłana, czy jak tam każe się nazywać. Przypuszczam, że jest ktoś taki?
Oszołomiony Brutha kiwnął głową.
- Najwyższy kapłan, tak? - powtórzył żółw. - Najwyższy kapłan. Najwyższy kapłan!
Brutha przytaknął jeszcze raz. Wiedział, że jest ktoś taki. Tyle że - co prawda - potrafił objąć myślą strukturę hierarchii pomiędzy własną osobą a bratem Nhumrodem, jednak nie był w stanie poważnie rozważać jakichkolwiek ogniw pomiędzy nowicjuszem Bruthą a cenobiarchą. Teoretycznie wiedział, że istnieje potężny kanoniczny system z najwyższym kapłanem u szczytu i Bruthą twardo umieszczonym na dole. Traktował go jednak podobnie jak ameba mogłaby traktować łańcuch ewolucji, prowadzący od niej do - na przykład - dyplomowanego księgowego. Wzdłuż całej drogi do szczytu aż gęsto było od brakujących ogniw

*****

[...]
Brutha liczył błyski światła na pustyni.
- To chyba dobrze, że miałem lustro, prawda? - zapytał z nadzieją kapitan. - Liczę, że jego wysokość nie będzie się gniewał o to lustro, skoro okazało się użyteczne.
- On chyba nie myśli w taki sposób - odparł Brutha, nie przerywając liczenia.
- Nie. Też tak sądzę - zgodził się smętnie kapitan. - Siedem, a potem cztery.
- To oznacza dla mnie Kwizycję.
Brutha miał już powiedzieć: "Ciesz się więc, gdyż dusza twoja dozna oczyszczenia", ale nie powiedział. I nie miał pojęcia dlaczego.
- Przykro mi - rzekł.
Zasłona zdziwienia zakryła na moment smutek kapitana.
- Tacy jak ty tłumaczą zwykle, że Kwizycja jest pożyteczna dla duszy.
- Na pewno jest - zgodził się Brutha.
Kapitan z uwagą wpatrywał się w jego twarz.
- On jest płaski, wiesz? - oznajmił cichym głosem. - Żeglowałem po Oceanie Krawędziowym. Jest płaski i ma Krawędź. I się rusza. Nie Krawędź. Chodzi mi o... o to w dole. Mogą mi obciąć głowę, ale nadal będzie się ruszał.
- Jednak dla ciebie przestanie się ruszać - przypomniał mu Brutha. - Dlatego powinieneś uważać, z kim rozmawiasz, kapitanie.
Marynarz przysunął się bliżej.
- Żółw Się Rusza - syknął i odbiegł.
- Brutha!
Poczucie winy szarpnęło chłopcem niczym haczyk złapaną rybą. Odwrócił się i odetchnął z ulgą - to nie byt Vorbis, to był tylko Bóg.
Brutha poczłapał na dziób.
- Słucham?
Om spojrzał na niego gniewnie.
- Nigdy nie przychodzisz mnie odwiedzić. Wiem, że jesteś za jęty - dodał zgryźliwie. -Ale jakaś szybka modlitwa byłaby miła.
- Przecież byłem u ciebie z samego rana.
- I jestem głodny.
- Wczoraj wieczorem dostałeś całą skórkę z melona.
- A kto zjadł melona, co?
- Nie, wcale nie on - zapewnił Brutha. - On żywi się tylko suchym chlebem i wodą.
- Dlaczego nie je świeżego chleba?
- Czeka, aż się zeschnie.
- Tak, można się tego spodziewać - mruknął żółw.
- Om...
- Tak?
- Kapitan powiedział mi coś dziwnego: że świat jest płaski i ma krawędź.
- Tak? No i co?
- No bo przecież dobrze wiemy, że świat jest kulą, ponieważ...
Żółw zamrugał niepewnie.
- Wcale nie jest - zaprotestował. - Kto powiedział, że świat jest kulą?
Ty mówiłeś - odparł Brutha. I dodał: - W każdym razie według
Pierwszej Księgi Septateuchu.
Nigdy nie myślałem w ten sposób, uświadomił sobie. Nigdy nie mówiłem "w każdym razie".
- Dlaczego kapitan powiedział mi coś takiego? - zapytał. - To nie była zwykła rozmowa.
- Już ci mówiłem, że nie stwarzałem świata- odrzekł Om. - Po co miałbym to robić? On już tu byt. I nawet gdybym go stworzył, to przecież nie w formie kuli. Ludzie by z niego spadali. Wszystkie morza ściekałyby na dół.
- Nie, gdybyś im kazał pozostać na miejscu.
- Też pomysł!
- Poza tym kula to forma doskonała - dodał Brutha. - Ponieważ w Księdze...
- Nie ma w niej nic szczególnego - mruknął Om. - Jeśli już o to chodzi, żółw jest formą doskonałą.
- Formą doskonałą dla czego?
- Formą doskonałą dla żółwia, chociażby. Takiego morskiego. Gdyby miał kształt kuli, to cały czas wypływałby na powierzchnię.
- Ale to herezja mówić, że świat jest płaski.
- Możliwe. Ale to prawda.
- I naprawdę leży na grzbiecie wielkiego żółwia?
- Zgadza się:
- W takim razie - zawołał tryumfalnie Brutha - na czym stoi żółw?!
Om spojrzał na niego, nie rozumiejąc.
- Na niczym nie stoi - oświadczył. - Wielkie nieba, przecież to morski żółw. Taki z płetwami. On pływa. Po to są żółwie.
- Ja... tego... chyba lepiej pójdę i zamelduję się u Vorbisa. Jeśli musi za długo czekać, robi się bardzo spokojny Po co ci byłem potrzebny? Po kolacji spróbuję ci przynieść coś dojedzenia.
- Jak się czujesz? - zapytał żółw.
- Całkiem dobrze, dziękuję.
- Odżywiasz się jak należy i w ogóle?
- Tak.
- Miło to słyszeć. No, biegnij już. Przecież jestem tylko twoim Bogiem. - Brutha odchodził już, gdy Om krzyknął za nim: - Ale mógłbyś odwiedzać mnie częściej! I módl się głośniej! Mam dosyć tego nasłuchiwania.

[...]

- A wiesz, to zabawne - stwierdził Om. - Zwycięzcy nigdy nie opowiadają o świetnym zwycięstwie. Dlatego że oni właśnie widzą, jak potem wygląda pole bitwy. Tylko przegrani odnoszą świetne zwycięstwa.
Brutha nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Nie brzmi to jak mowa Boga - zauważył.
- To przez ten żółwi mózg.
- Co takiego?
- Czy ty niczego nie rozumiesz? Ciała to nie tylko poręczne pojemniki, w których można przechować umysł. Forma wpływa na sposób myślenia. To przez tę całą morfologię.
- Co takiego?
Om westchnął.
- Jeśli się nie koncentruję, zaczynam myśleć jak żółw
- Co? To znaczy powoli?
- Nie. Żółwie to cynicy. Zawsze oczekują najgorszego.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Pewnie dlatego że często im się przytrafia.
Brutha rozglądał się z ciekawością. Gwardziści w hełmach z pióropuszami, które wyglądały jak końskie ogony, maszerowali po obu stronach kolumny. Kilku obywateli Efebu obserwowało ich leniwie z poboczy. Wydawali się zaskakująco podobni do ludzi, a wcale nie do dwunogich demonów.
- To ludzie - zauważył.
- Celujący z antropologii porównawczej.
- Brat Nhumrod mówił, że jedzą ludzkie mięso - przypomniał Brutha. - Na pewno by nie kłamał.
Mały chłopczyk patrzył z zaciekawieniem na Bruthę, pracowicie dłubiąc w nosie. Jeśli był to demon w ludzkiej postaci, był także znakomitym aktorem.
Wzdłuż drogi stały białe kamienne posągi. Brutha nigdy jeszcze nie widział posągów - z wyjątkiem posągów SeptArchów, oczywiście, ale to nie to samo.
- Kim oni są?
- Zaraz... Ten gruby w todze to Tuvelpit, bóg wina. W Tsorcie nazywają go Smimto. A ta baba z fryzurą to Astoria, bogini miłości. Ma całkiem pusto w głowie. Ten paskudny to Offler, bóg krokodyl. Nie należy do miejscowej ekipy. Pochodzi z Klatchu, ale Efebianie usłyszeli o nim i uznali, że to niezły pomysł. Zwróć uwagę na jego zęby. Solidne zęby. Dobre zęby. Potem masz tę z wężowym uczesaniem...
- Mówisz, jakby byli prawdziwi - zwrócił uwagę Brutha.
- Bo są.
- Nie ma innego boga prócz ciebie. Powiedziałeś to Ossory'emu.
- Jak by tu... No wiesz. Trochę przesadzałem. Ale oni wcale nie są tacy porządni. Jest taki, na przykład, który prawie cały czas siedzi i gra na flecie albo goni za pasterkami. Nie nazwałbym tego boskim zachowaniem. Według ciebie to boskie? Ja tak nie uważam.
Droga wita się powoli zboczem kamienistego wzniesienia. Większą część miasta zbudowano na skale albo wyryto w niej, tak że taras jednego domu stanowi dach sąsiedniego. Ulice byty właściwie ciągiem niskich stopni, łatwo dostępnych dla ludzi czy ostów, ale zabójczych dla powozów. Efeb był miastem pieszych.
Mieszkańcy obserwowali przybyszów w milczeniu. Podobnie zachowywały się posągi bogów. Efebianie mieli bogów w taki sam sposób, w jaki inne miasta miały szczury.
Brutha spostrzegł wyraz twarzy Vorbisa. Ekskwizytor wpatrywał się nieruchomo przed siebie. Brutha zastanawiał się, co właściwie widzi.
Wszystko było takie niezwykłe!
I diabelskie, ma się rozumieć. Co prawda bogowie na postumentach nie przypominali demonów, ale słyszał w myślach głos brata Nhumroda, podkreślający, że to właśnie czyni ich tym bardziej demonicznymi. Grzech skradał się do człowieka niczym wilk w owczej skórze.
Jedna z bogiń miała chyba bardzo poważne problemy z suknią. Gdyby brat Nhumrod tu był, musiałby zaraz odbiec i solidnie poleżeć na posadzce.
- To Petulia, bogini negocjowalnego afektu - wyjaśnił Om. Czczą ją królowe nocy i każdej innej pory także, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.
Brutha rozdziawił usta ze zdumienia.
- Mają boginię umalowanych jezebel?
- Dlaczego nie? To bardzo religijne osoby, jak rozumiem. Są przyzwyczajone do... Tyle czasu spędzają patrząc na... Posłuchaj, wiara jest tam, gdzie ją znajdziesz. Specjalizacja. To najbezpieczniejsze, rozumiesz. Niskie ryzyko, pewny przychód. Gdzieś istnieje nawet bóg sałaty. Wiesz, to nie jest tak, że ktoś chciałby koniecznie zostać bogiem sałaty. Po prostu znajdujesz społeczność hodującą sałatę i się jej trzymasz. Bogowie gromu przychodzą i odchodzą, ale to do ciebie ludzie zwracają się za każdym razem, kiedy nastąpi ostry atak muszek sałatowych. Trzeba to, no... przyznać Petulii: zauważyła lukę na rynku, więc ją zajęta. .
- Naprawdę istnieje bóg sałaty?
- Dlaczego nie? Jeśli dostatecznie wielu uwierzy, możesz być bogiem czegokolwiek...
Om urwał i niespokojnie czekał, czy Brutha coś zauważy. Ale chłopiec miał myśli zaprzątnięte czym innym...

[...]