Strona główna / Literatura polska / Agencja Złamanych Serc

Aktualności

09.03.2021

Spotkanie online ze Wiktorem Krajewskim

We wtorek 9 marca o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Wiktorem Krajewskim, autorem książki "Seksoholicy".

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

24.01.2021

Ewa Kempsity-Jeznach gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Ewą Kempsity-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne".

Bestsellery

TOP 20

  1. Modelki z Dubaju Marcin Margielewski
  2. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach
  3. Tytus, Romek i A'Tomek pomagają księciu Mieszkowi ochrzcić Polskę, z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani Henryk Jerzy Chmielewski

Fotogaleria

więcej »

Agencja Złamanych Serc

Irena Matuszkiewicz

PAULINA

     Muzyka powoli cichła.
     - Chciałabym odpocząć - powiedziała Marta, wyplątując się z żelaznegouścisku partnera. Spojrzała niezbyt przychylnie na dwa metry tęgiej, męskiejurody, wilgotne uwodzicielskie oczy i uśmiech superfaceta. - Czy pantrenuje zapasy?
     Zaprzeczył, pochylił głowęi szepnął gdzieś w okolice jej ucha:
     - Uważam, że piękno wtedy ma sens,gdy jest jak najbliżej nas!
     - Powiedział osioł, zjadając różę -mruknęła Marta.
     A może nawet nie mruknęła, tylkopomyślała, bo olbrzym nie zareagował ani na osła, ani na różę. Nie wyglądałprzy tym na człowieka gotowego darować zniewagę nawet najpiękniejszej kobiecie.
     Zeszli z parkietu, nim orkiestrapodchwyciła następną melodię. Marta zręcznie wmieszała się w rozgadanągrupkę znajomych, gubiąc po drodze siłacza.
     Dochodziła druga. Skromne przyjęcieweselne na sto pięćdziesiąt osób zaczęło dogorywać. Co tam dogorywać: zaczęłozdychać. Ciężkie pieniądze, które jeszcze parę godzin temu miały postać pełnychbutelek, półmisków dekorowanych jarmużem i pomidorami, niepostrzeżenieprzemieniły się w brudne talerze, wyplamione obrusy i puste szkło.Widać kelnerzy też poczuli zmęczenie... Tylko orkiestra była w formie.
     - „Za nami miłość, co się zdarzatylko raz, odloty nagłe i spotkania twarzą w twarz...” - łkała refrenistka.
     - ...i kółeczko, wszyscy dokółeczka - darł się Jerzyk, prezentując na parkiecie najwymyślniejsze układytaneczne własnego pomysłu. -  panie wybierają panów...
     Towarzystwo weselne porozłaziło siępo kątach, podzieliło na grupki zainteresowań. Tylko ci najbardziej żwawikręcili się po bokach parkietu, uciekając przed Jerzykiem, który szalałw środku.
     Nad salą, niczym gruba czapa, unosiłosię ogólne paplanie, wymieszane z muzyką.
     Marta poddała się znużeniui tkwiła przy stole, wśród odpoczywającej większości. Była zmęczonai taka jakaś... podobna do balonika, z którego uszło powietrze.Bezmyślnie łowiła szumy i plątaninę padających wokół słów.
     - Sama suknia, proszę panią, tokosztowała trzydzieści dwa miliony.
     - W starych czy w nowych?
     - A nawet nie pamięt...
     - A takie przyjęcie, proszępanią, to w grubych tysiącach się liczy!
     - W starych, czy w nowych?
     - Dobrze się bawisz? - Podniosłagłowę.
     Stał przed nią główny bohateruroczystości i zupełnie, ale to zupełnie nie przypominał eleganckiego na codzień Adama. Koszula rozpięta, włosy na czole zlepione... i radościw nim było tyle, co nic.
     - Świetnie! Nawet nie wiedziałam, żemasz tylu znajomych?
     - Ja też nie! - Pogładził Martę pogołym ramieniu i odszedł zabawiać innych gości.
     - W moich obrazach, człowieku,nie treść jest ważna tylko...
     - I nie truj mi, że lekarzezarabiają kokosy... gówno zarabiają...
     - Nie tańczysz? - spytał Gacek.
     - Wyglądam jakbym tańczyła? -uśmiechnęła się Marta.
     - Wyglądasz jak podcięty kwiat. Mamdla was dwie rzeźby, weźmiecie?
     - Gacek! O interesach na weselu?
     - O interesach można wszędzie.Popatrz tylko na Adama!
     - Trzy komplety srebrnych sztućcówdostali, zastawę stołową na...
     W momencie gdy matka pannymłodej doszła do żmudnego wyliczania bielizny pościelowej, Marta zauważyławbite w siebie oczy tancerza‑siłacza. Złościła się na człowieka, że mruki dusiciel, gdyby jednak chciała być absolutnie szczera, sama wobecsiebie, to kto wie, czy pod warstewką niechęci nie odkryłaby drobnegozauroczenia? Drobniutkie było, ledwie tycie, tycie... ale nikt nie potrafiprzewidzieć, co z takiego maciupeństwa wykiełkuje, gdy kobieta - zakochanawprawdzie w innym, lecz chwilowo samotna - straci kontrolę nad sobą. Nieod dziś wiadomo, że chwilowa samotność to połowa drogi do grzechu. Obiektywniepatrząc, mężczyzna prezentował się znakomicie, ale subiektywnie... cośw nim było odpychającego. Może zbyt dużo pewności siebie? Może nadmiarpowodzenia? Zresztą, obiektywnie czy subiektywnie, Marta była zaręczona,a facet zbyt demonstracyjnie okazywał jej zainteresowanie. Przezornieskorzystała z okazji, że ktoś na moment zasłonił potężną postać supermana,i wróciła na swoje stare miejsce za filar. Czekała na zakończenietanecznego maratonu, żeby zmyć się po angielsku. Jedyna droga prowadziła przezparkiet.
     - Co tak siedzisz, gdzie Jul? -spytał Rafał, rzucając się na krzesło obok.
     - Sama przyszłam, sama siedzę, takiejest życie, kolego!
     - Jul cię rzucił i od razumalkontencisz? - zaśmiał się przyjaciel.
     - Jeszcze nie rzucił. Pojechał doCiechocinka, pracować nad książką. Zwichnął nogę i został.
     Rafał pokiwał głową. Z całąpewnością nie był wielbicielem literackiego talentu Jula ani samego autora.Można by nawet powiedzieć, że obydwaj panowie, ku utrapieniu Marty,z trudem się tolerowali.
     - To mówisz, że on wreszcie kończy tęswoją książkę?
     - Nie wiem, czy kończy, wiem, że nadnią pracuje.
     - O czym pisze tym razem?
     - Od roku o tym samym,o Diego Maradonie.
     - A Maradona przynajmniej wie,że niejaki Juliusz Brzeszczyk, w dalekiej Polsce, szyje mu buty? Bo wiesz,kopnięcie ten facet wciąż ma znakomite, jak się zakałapućka przy „uszbrzeszcz”,z pana redaktora zostanie mokry placek.
     - Wszystkiego się dowiesz, jakprzeczytasz - ucięła Marta.
     Ją również dręczyły wątpliwości - teji innej natury - ale uznała, że dla autora wybór tematu jest sprawą wręczintymną i nikt nie ma prawa mu przeszkadzać.
     - Jasne! Na pewno przeczytam. -Patrzył na nią z jakimś zasępionym zachwytem. - Masz ochotę na wódkę, toposzukam kelnera?
     - Jeśli chodzi o mnie, koniecz piciem. Tak sobie myślę, że rano pojadę do Jula, zrobię muniespodziankę!
     - Dziewczyno - zgorszył się Rafał -nigdy nie rób takich głupich niespodzianek. Chcesz potem żałować?
     - Ludziom trzeba ufać. Zapomniałeś,czego cię mama uczyła?
     Nie zdążył odpowiedzieć. Wiedzionyinstynktem spragnionego człowieka poderwał się na widok kelnera. Osamotnionachwilowo Marta śledziła bez specjalnego zapału konwulsje na parkiecie.Orkiestra z bólem wydobywała ostatnie rytmy, tłumek wił się i szalałw przeczuciu końca melodii, błyskały spocone czoła i nosy... szczerymzłotem jarzyła się kamizelka jednego z tancerzy. Trudno go było niezauważyć z racji owego złota i dziwnego koloru muchy. Dreptałznudzony obok pięknej, szczupłej blondynki, a jego włochata łapa naplecach dziewczyny wyglądała jak pająk na atłasie.
     - Herbata dla pięknej pani! - zawołałradośnie Rafał.
     Muzyka ucichła.
     - „Mój sekret zna biały kwiat...”. -Spocony i purpurowy Jerzyk, z resztką refrenu na ustach, rozdzieliłich i przypiął się do szklanki z herbatą. - Dawno już tak nietańczyłem - wysapał między jednym łykiem a drugim. - Czemu siedzicie jakdwa smutasy? Wreszcie mamy prawdziwe weselisko! Kto wie, kiedy trafi sięnastępne? Marta, wy z Julem też tak... na tyle osób?
     - Szalony jesteś? Nie mamy aż takwielu przyjaciół.
     - Dużego wesela nie robi się dlaprzyjaciół! Interesy, moja droga, interesy! Wiesz, ile tu ludzi, którzynormalnie plują na siebie? Głowa mała!
     - Jerzyk, znasz tę żarówkę nakrzywych nóżkach? Kto to jest? - Wskazała nieznacznie głową na towarzyszapięknej blondynki.
     Jerzyk nawet się nie odwrócił.
     - Za stara jesteś, złotko,o całą dychę! Przykro to mówić pięknej kobiecie, ale pan Kazio Dominik niesięga powyżej dziewiętnastki - stwierdził kategorycznie.
     - Znasz go?
     - Jasne!... To znaczy znam zesłyszenia. Wielka figura!
     - Raczej gruba - uściśliła Marta. -Co ten Kazio, czy tam Dominik, robi?
     - Kazio to jest, rozumiesz, imię,a Dominik to nazwisko. Bogol potężny! Łeb też potężny!
     - Pytam, co robi? Narkotyki, szantaż?Na oko można mu przypisać każde świństwo.
     - Tak konkretnie, to musisz spytaćpana młodego, znaczy Adama. Kręcą coś razem... jakaś apteka, leczenieziołami... masaże... Tak mi się zdaje. Ale dziewczynę ma przebojową, co? Idę popicie, chcecie też? - Zerwał się i pobiegł.
     - Adam i masaże? - Martapopatrzyła ze zdziwieniem na Rafała. - Słyszałeś coś?
     - Adam, proszę ja ciebie, pasuje dointeresów jak cebula do deseru, żeby już zostać przy nomenklaturze teścia,przemysłowca spożywczego! Bug z Narwią... i z nim! Można cięodwiedzić jutro po południu?
     - Byle nie za wcześnie, bo jednakskoczę do Ciechocinka.
     - Nie rób głupstw!
     - Dobra, marudo! Będę pamiętała, żebyłeś przeciw. Nie widziałeś czasem mojej torebki?
     - „To była blondynka, ten kolorwłosów tak zwą...” - ciągnęła refrenistka.
     Marta wstała, żeby poszukać swojejzguby. Przez całą noc kręciła się to tu, to tam i sama nie pamiętała,gdzie była jeszcze z torebką, a gdzie już bez. Szerokim łukiempróbowała ominąć parkiet, kiedy Jerzyk niechcący lub chcący, podszedł za bliskodo blondynki, wtulonej w Kazia Dominika. Może chciał jej zanucić do ucha,kto to wie, dość że pierwszy upadł Jerzyk, na niego zwalił się Dominik,a dziewczyna na obydwóch. Zakotłowało się na parkiecie sumiennie, po czympierwsza zerwała się blondynka, za nią niezgrabnie Dominik, a Jerzykzostał. Leżał bez ruchu. Ktoś zawołał, żeby dzwonić po lekarza... Na szczęściektoś inny przypomniał sobie, że na sali jest kilku lekarzy. Cudze nieszczęściebardzo ludzi mobilizuje i Jerzyk z miejsca został otoczony gęstymkordonem. Obstąpili go nie tylko ci z parkietu, poderwali się też ci odstołów i wspólnymi siłami odcięli leżącemu dostęp powietrza,a lekarzom możliwość przeciśnięcia się do poszkodowanego.
     - Nie żyje! - krzyknął ktośhisterycznie.
     Na szczęście Jerzyk żył, miał tylkosolidnie rozwaloną głowę i to bynajmniej nie z tyłu, choć upadł nawznak, lecz z przodu, od strony zderzenia z Kazimierzem Dominikiem.
     Marta tak była przerażona wypadkiem,że nawet nie zdążyła się ucieszyć z odnalezienia torebki. Podała w szatniżeton i dopiero szatniarka zwróciła jej uwagę na karteczkę dopiętą dometalowego kółka. Z całą pewnością była to elegancka wizytówka,wydrukowana na czerpanym papierze: „Lech Zawieniecki, doktor naukparamedycznych”. Adres gabinetu, telefon... i odręczny liścik na odwrocie:„Nie myśl, Marto Wilani, że mi umkniesz”. Pod spodem widniał jakiś zawijas.Królika doświadczalnego ten paramedyk szuka, czy co? - zastanowiła się,wsuwając kartonik do kieszeni. Nie miała żadnych wątpliwości, czyją wizytówkęchowa.
     - Poczekaj, idę z tobą! - Rafałwyrósł tuż obok i wywracał kieszenie w poszukiwaniu żetonu.
     - Nie musisz!
     - Jerzyk już się pozbierał -powiedział, nie reagując zupełnie na jej obojętne „nie musisz”. Widać uznał, żemusi. - Ładna noc, może się przejdziemy?
     - Pod warunkiem, że oddasz mi własnebuty. - Marta wzruszyła ramionami.
     Miała wysokie szpilki i długą,wąską suknię. Tylko mężczyzna tak praktyczny jak Rafał mógł uznać, że toodpowiedni strój do nocnych spacerów i to z jednego krańca miasta nadrugi.
     Zatrzymali taksówkę.
     - Psiakrew, jak szybko ci ludzieznikają - mruknął Rafał, rozsiadając się w miarę wygodnie. - Dzisiajstraciliśmy Adama... I kto nam porwał prawdziwego artystę? Lekarka? Żebyto jeszcze sama lekarka. Czarno widzę przyszłość naszego geniusza! Za pół rokuteść zatrudni chłopaka przy siekaniu fasoli i utrupi jego talent. Marta,czy ty pamiętasz jego kolaże? Facet miał genialne wyczucie kolorui faktury. Łączył, czego nikt nie złączył przed nim i wychodziłycuda. A teraz utknie między warzywami i co? Za parę lat może narysujedzieciakowi tasiemca w zeszycie, a może i nie?
     - Tasiemca na pewno narysuje -stwierdziła z przekonaniem Marta.
     - Znowu kurczy się nasza paczka. Napoczątku wszyscy obiecują, że z żonami, z mężami będą przychodzić, rozumiesz,a potem myk, gonią za chałturą, rozmnażają się, tracą serce dlaprzyjaciół. Smutne, nie uważasz?
     - Pan to ma rację - wtrąciłnieoczekiwanie taksówkarz. - Ja też mam kumpli, panie, i widuję ich dwa,trzy razy w roku, na imieninach. Ludziom się nie chce z domów ruszać.Kablówka, panie, ta... no... o, magnetowid, panie... Aż żal patrzeć, co tacywilizacja z nami wyprawia?! Na naszych oczach świat się rozlatuje,panie!
     - Właśnie o tym mówię - zgodziłsię Rafał. - o ludziach trzeba pamiętać! Wie pan, żeniliśmy dzisiaj świetnego kumpla. Na weselu, choć to niby we‑se‑le, smutno było. Sto pięćdziesiąt osób, a przyjaciół ledwie garstka!Cała reszta to biznes, interesy, powiązania. Średni biznes, ma się rozumieć,średniutki...
     - Nie szkoda to grosza? - zdziwił siętaksówkarz. - a powiedzcie państwo, kogo to stać na takie wesela?
     - Tych, co mają pieniądze - wyjaśniłasennie Marta.
     - Ale po co tak się wypinać? Ja jakżeniłem córkę, to przyjęcie było tylko na sto ludzi... I dość!
     Marta stłumiła za jednym zamachemchichot i cichutkie ziewnięcie. Rafał, wychylony w stronę kierowcy,perorował o przyjaźni, kierowca nawracał do wesela córki i tak sobiepletli, każdy na swój temat, zadowoleni, że dorwali słuchacza.A i Marta była zadowolona, że mogła sobie pomilczeć. Patrzyła naoświetlone ulice, myśląc o prysznicu i poduszce.
     - Marta! Pamiętasz tę twoją żarówkę?- Rafał tak gwałtownie zmienił temat i rozmówcę, że drgnęła przestraszona.
     - Mojej nie pamiętam!
     - No tego, jak mu tam, Karola, czyjakoś tak? Paskudny, niegustownie ubrany, a dziewczynę miał prima sort.Kiedy tak patrzysz, z kim niektóre dziewczyny się zadają, to dopiero wtedydostrzegasz, jak bardzo muszą kochać pieniądze i luksusy! Wszystko tomagia pieniędzy, rozumiesz? Gdzie myśmy byli, Marta, jak ludzie robilipieniądze? Znowu zostaliśmy za burtą, możemy sobie tylko popatrzeć, jak inniżyją. Grecja, Tunezja, rozumiesz, rowerem po Majorce... Jak to jest, Marta? Coniby nam przeszkadza? Uczciwość?
     - Wysoko mierzysz, facet! Majorka,uczciwość... A kto, kurczę, umawia się ze mną o jedenastejw galerii, a jak dzwonię o dwunastej, to wyręczam budzik? Ktozarywa terminy? Może ja?
     - No widzisz! Wstajesz rano, terminównie zarywasz i też ledwie wiążesz koniec z końcem!
     Taksówka zatrzymała się przed domemMarty.
     - Zaprosisz mnie na herbatę? - spytałRafał.
     - Kotku, kto dzisiaj stłukł główkę:Jerzyk czy ty?
     Wysiadła z ulgą. Była zmęczonai nie miała nastroju ani do mądrych, ani do zwykłych rozmów.

***

     Suchy język i podniebienie,suche zęby i wargi... oto typowe objawy kaca wielogatunkowego. Marta jużparę lat wcześniej poznała prostą zależność, że czym energiczniej człowieknasącza organizm przez noc, tym bardziej go suszy rano. Wyciągnęła więcodpowiednie wnioski i nauczyła się pić z umiarem, a nawet udawaćtylko, że pije, co wbrew pozorom wcale nie jest takie trudne. Na weselu Adamatrzymała formę: kieliszek szampana, parę wódek, dwie lampki koniaku, ale dotego doszło kilka wypalonych papierosów, zarwana noc... i obudziła siękoło jedenastej z paskudnym uczuciem nadmiernego pragnienia. Jedno, cow takich przypadkach niezawodnie pomagało, to gorzka herbata. Nastawiławodę i zniknęła w łazience.
     Spod prysznica wyrwał ją dzwonektelefonu. Głos Jula brzmiał rześko i radośnie. Ponarzekał odrobinę na bólnogi, a potem już tylko wypytywał o weselisko i dziwił się, żeMarta mówi basem.
     - To od papierosówi przyśpiewek. Urządziliśmy pannie młodej takie oczepiny, że te ludowemogą się schować. To były międzyregionalne oczepiny, łooj! Ale muszę cięzmartwić, nie ja złapałam welon! Potem były tańce z jajkiem,z butelką, nowomodny rytuał rodem z zadupia, czyli jak mówi Rafał:zadupny rytuał.
     - Martusiu, na wszelki wypadek niesiadaj dzisiaj za kierownicą - poradził troskliwie.
     Uśmiechnęła się tylko do słuchawkiz miną: „Gadaj sobie, chłopcze, zdrów!” i niewykluczone, że nawetprzytaknęła.
     - Rozmawiałam z Jerzykiem,jeżeli się uda, to w środę przyjedziemy po ciebie. Wrócisz ze mną,a Jerzyk przyprowadzi twój samochód. Dobry pomysł?
     Julowi pomysł się nie spodobał.Zaczął tłumaczyć, że sam nie wie, bo jeszcze prześwietlenie, zdjęcie gipsui coś tam, a jak będzie wiedział, to zadzwoni... i żebywcześniej nie przyjeżdżać. Z Julem zawsze tak było: jak miał zdecydowaćo czymkolwiek, o deserze czy wyjeździe do Rabki, zawsze najpierwmusiał się wygadać, pozastanawiać, spiętrzyć trudności, by w końcu zdaćsię na Martę. Znosiła to ze stoickim spokojem, należała bowiem do kobiet, którelubią matkować mężczyznom.
     Telefon nastroił ją lirycznie.Zatęskniła nagle za Julem tak mocno, że chapnęła w biegu jakąś kanapkę,makijaż ograniczyła do podkładu z odrobiną różu i w samopołudnie, całkiem już rześka, wybiegła z domu. Za niecałe pół godzinypowinna parzyć herbatę w swym ciechocińskim domu. Pięknie to brzmi: „swójdom”, ale tak naprawdę była tylko współwłaścicielką jednej trzeciej. Prawdziwymwłaścicielem był Grześ, kolega po fachu, zwany powszechnie Gackiem. Gacekodziedziczył ów dom po rodzicach i zaproponował Marcie oraz Pusiom, teżprzyjaciołom, żeby współuczestniczyli w kosztach utrzymania,a w zamian korzystali do woli z adresu, dachu nad głowąi uroków Ciechocinka. Jak dotąd godzili się z niepolską zupełnieprzykładnością. Tydzień wcześniej zarezerwowała dom dla Jula, który pojechałpracować nad nową książką. Nową - to nie znaczy, by istniała jakaś stara. Julzapalał się wyłącznie do tematów, mniej do samego pisania. Wymyślił sobie, żestworzy dzieło o Maradonie, podobno znalazł już wydawcę i podpisałumowę...
     Marta, gdy tylko poczuła pod nogąpedał gazu, a pod ręką kierownicę, stawała się nad podziw zrównoważona.Jazda była dla niej przyjemnością i relaksem, a już jazdaw piękne, niedzielne południe była przyjemnością podwójną, a możenawet potrójną.
     Od tego trzeba zacząć, że niedzielew mieście nie są podobne do innych dni. Odświętność wisi w powietrzu,widać ją w sposobie poruszania się ludzi, w ich miłym rozleniwieniu.Nawet drzewa wyglądają inaczej, ba, nawet samochody jeżdżą jakoś dostojniej.Marta bardzo lubiła miejskie niedziele. Spokój nastrajał ją optymistycznie...czuła święto w sobie i pewnie dlatego wszystko wydawało się inne.
     Minęła most na Wiśle, minęła tunelpod torami i skręciła w kierunku Łodzi. Miała teraz przed sobąniecałe pół godziny prostej, spokojnej drogi, mogła więc posadzić obok drugąMartę, którą osobiście powołała do życia w zamierzchłej przeszłości jakolekarstwo na samotność jedynaczki. To nie był wcale zły pomysł. Rodzicew pracy, w domu przyszywana ciocia, która uznawała tylko konkretnetematy, na przykład o wyższości owoców nad lizakami lub korzystnym wpływietwarożku na zdrowie dziecka... natomiast mała Marta łaknęła odrobinyabstrakcji. Siostra, nawet taka wymyślona, gwarantowała długie rozmowy na różnefantastyczne tematy, poza tym można ją było hojnie wyposażyć w dowolnewady. I tak Martusia była grzeczna, ładnie jadła, chętnie myła ręce,a ta druga psociła, grymasiła przy kaszce i zostawiała na lustrzetłuste odciski paluszków. To bardzo wygodnie mieć kogoś, na kogo zawsze możnazłożyć winę. Życie z siostrą, pomyślaną jako własne przeciwieństwo, stałosię szczęśliwsze i o wiele bogatsze. Tak bardzo zżyła się z tądrugą, że pozwoliła jej dorastać obok. Jedna Marta była nastawiona do świataradośnie, tryskała optymizmem i humorem, druga występowała jako poważnapesymistka... realistka i maruda.
     Jadąc prostą drogą do Jula, pierwszaMarta mówiła:
     - Wiesz, czuję się jak dzieckoszczęścia. Do czego się w życiu wezmę, wszystko mi wychodzi. Mammieszkanie, samochód, własną galerię, dom w Ciechocinku i chłopaka.Niezły dorobek jak na trzydziestolatkę, nie uważasz?
     - Phi! - wykrzywiła się ta druga. -Na moje oko tylko Jul należy wyłącznie do ciebie, jeżeli można wierzyćmężczyźnie. Czy znalezienie sobie chłopaka przed trzydziestką jest aż takimwielkim sukcesem?
     Marta uśmiechnęła się na wspomnienieJula. Nie był bez wad... W ciągu trzech lat wspólnego życia przestała sięłudzić, że ten facet zawojuje świat pracowitością czy talentem i obsypieją brylantami, ale ceniła w nim czułość, wrażliwość i to, że potrafiłkochać. Kiedy zachorowała w zimie na grypę, znosił miód i cytryny,pilnował zażywania leków... Wprawdzie przed Bożym Narodzeniem, kiedy onz kolei zaniemógł, czyli zaciął się w palec, to przez tydzień nosiłrękę na temblaku, aż Marta potrzepała dywany i uporała sięz porządkami... Ale takie jest życie, nie można mieć wszystkiegojednocześnie. Jak się trafi na niezaradnego życiowo humanistę, trudno od niegowymagać, żeby założył bank lub kierował stocznią! Wczoraj na weselu miałaprzegląd zamożnych mężczyzn i na żadnego z nich nie zamieniłaby Jula.Nie i już!
     On pewnie zechce wiedzieć, jak siębawiła, z kim tańczyła... Powie mu tak: „Wiesz, Jul, nasze wesele będziecałkiem inne. Przede wszystkim skromne: tylko my, najbliższa rodzinai przyjaciele! Nie można dzielić prywatnego szczęście z kompletnieobcymi ludźmi. Poza tym ten kabriolet, ozdoby z laleczeki wstążeczek, jakież to żałośnie kiczowate! Zalewa nas falawielkoświatowej brzydy, niestety! Adam musiał to czuć i pewnie dlategowyglądał, jakby go zęby bolały... Poza tym tak sobie myślę, że weselny hukwcale nie gwarantuje późniejszego szczęścia... bo chyba nie gwarantuje?”.
     - O paradoktorze Zawienieckimi jego bileciku nie wspomnisz? - spytała złośliwie ta druga Marta.
     Pierwsza pokręciła głową. Byłobynietaktem wspominać choremu człowiekowi, że jego dziewczyna nie zostałauduszona tylko dlatego, że uciekła za filar. Takich rzeczy po prostu się niemówi. Paramedyk o wyglądzie gladiatora burzył dotychczasowe wyobrażeniaMarty o tego typu ludziach. Sądziła, że ziółkami i wahadełkamizajmują się chucherka, takie co to wrzody na dwunastnicy, to wycięte, tamtochore... Prawdę mówiąc niewiele wiedziała o medycynie niekonwencjonalnej,poza tym, że sama nazwa ją śmieszyła. Doktor nauk już mniej ją śmieszył.Grzebał w jej torebce, mógł nawet zrobić odcisk klucza...
     - Kurczę! Skicham się ze szczęścia, jeżeli wlezie nocą i zacznie odprawiać egzorcyzmy. Uniesie nagle łapskai zawyje: „Nie myśl, Marto, że mi umkniesz”! - przeraziła się realistka.
     - Apage, Satana! Jeszcze raz tak zażartujesz i wysadzę cię pod pierwszym drzewem - odpowiedziała ta łagodniejsza, która wierzyła w ludzi. Aleciarki na plecach poczuła.
     - Za torami skręcamy w lewo,uważaj! - przypomniała dla pewności realistka.
     - Zaraz skręcamy, uważaj! - wrzeszczała optymistka dokładnie godzinę później, gdy pesymistka minęła jakszalona stację benzynową, wyprzedziła tych, co jechali przed niąi z prędkością huraganu zbliżała się do zakrętu. Wracałyz Ciechocinka. - Hamuj, wariatko! Deszcz leje, wpadniesz w poślizg!
     W ostatniej chwili, dosłowniew ostatniej, Marta zmieniła pedał i zaczęła cisnąć na hamulec. Niepadał żaden deszcz. To ona płakała. Prowadziła samochód i lała łzy jakciechociński grzyb latem. W mokrych strugach prawie nie widziała drogi.Własna rozpacz podpowiadała jej, że ma pierwszeństwo przejazdu, ponieważ cierpii musi jak najszybciej wrócić do domu. Spróbowała dostać się na drogęprzed żukiem, jadącym również w kierunku Torunia. Potem świadkowieprzyznali, że chciała wymusić pierwszeństwo przejazdu.
     Zgrzyt, huk, trzask i obydwasamochody stanęły.