Strona główna / Literatura faktu, historia / Mój Fellini

Aktualności

22.05.2020

Premiera online nowej książki Piotra Borlika

We wtorek 2 czerwca o godz. 19.30 zapraszamy na premierę online najnowszej książki Piotra Borlika "Zapłacz dla mnie".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Mój Fellini

Bernardino Zapponi

Tytuł „Mój Fellini” to nie próbaspoufalenia się; oznacza po prostu: Fellini, jakiego znałem.
     Ten człowiek miał tysiąc twarzy,które zmieniał z szybkością błyskawicy zależnie od potrzeb i sytuacji(z dobrze zbudowanego, silnego mężczyzny potrafił przeobrazić sięw mizernego chudzielca, z rozwścieczonego choleryka w osobęniezwykle łagodną i przyjazną, choć był dość wysoki, czasem potrafił w jakiś niewytłumaczalny sposóbzmaleć albo z dojrzałego reżysera zmienić się w infantylnegochłopca). Z każdym obchodził się inaczej. Miał bardzo złożoną osobowość,której nie da się określić w kilku ogólnikowych słowach (zresztą, niepowiodłoby się to nawet w wypadku przeciętnego człowieka). Każdy, ktopoznał go osobiście, miał „swojego” własnego Felliniego. Ja opowiem wamo moim”.
     W książce tej opisałem okresnaszej współpracy (1967-1980)  przyjaźni (od 1967 do samego końca). Razemzrealizowaliśmy scenariusze do filmów: „Toby Dammit”, „Notatnik reżysera”,„Satyricon”, „Klowni”, „Rzym”, „Casanova” oraz „Miasto kobiet”.
     Starałem się jak najrzadziejodwoływać do środowiska filmowego. Wspomniałem tylko o kilku przyjaciołachi współpracownikach Federica (niektórzy zresztą byli także i moimiprzyjaciółmi), nie chciałem bowiem, by książka zatraciła swój osobisty charakter.Dlatego właśnie skupiłem się na „ujęciach pierwszoplanowych”, „tło”pozostawiając tylko tam, gdzie było bezwzględnie konieczne.
     Nie sądzę, żebym miał jeszcze coś dododania, poza tym oczywiście, że opowieść tę dedykuję Federicowi.


Kiedy poznałem Felliniego, miałzwyczaj zjadać przed każdym obiadem orzech włoski.
     - Orzech przypomina ludzki mózg; to dobry omen - mawiał.
     Czy rzeczywiście w to wierzył?Za ironicznym uśmiechem Federica krył się spory dystans do wszystkich sprawtego świata (zapytany, potrafił stwierdzić wymijająco: „tak sądzę, ale niejestem do końca przekonany”, lecz równie dobrze można się było po nimspodziewać reakcji całkiem odmiennej i zaskakującej, typu: „źle robisz, żenie traktujesz tego poważnie”).
     Fellini zachowywał się dwuznacznie,zwłaszcza gdy chodziło o sprawy związane z owym wymiaremparanormalnym, magicznym i tajemniczym, który tak uwielbiał.
     Po orzechach nastąpił okressystematycznego spożywania jabłek (zawsze tuż przed posiłkiem), potemupodobanie do małych kuleczek mozzarelli z plasterkami szynki.W odniesieniu do potraw Fellini był o wiele bardziej konserwatywnyniż w stosunku do ludzi; poza kilkoma dziwnymi i kapryśnymi pomysłami(jak wspomniane orzechy) jego jadłospis ograniczał się do paru podstawowychdań. Były to: passatelli w rosole, cieniutkie spaghetti w sosiepomidorowym ze świeżą bazylią, sałata doprawiana cytryną... Ponad wszystkoprzedkładał jedzenie o smaku delikatnym, niewyraźnym i niecoszpitalnym, niczym poezja zmierzchu Marina Morettiego.
     Uwielbiał tak zwaną kuchnię mamusi,a rolę owej „mamusi” przejęła zażywna Cesarina rodem z Bolonii. Znalisię jeszcze z czasów Rimini i kiedy Federico przeniósł się do Rzymu,Cesarina podążyła za nim i otworzyła w stolicy sporą restaurację navia Sicilia. Była to kobieta z jednej strony odpychającai nieprzystępna, z drugiej zaś niezwykle dobroduszna. Straszliwiegderliwa i jednocześnie niesamowicie opiekuńcza. Gdy tylko pojawialiśmysię w jej jasnym, przestronnym i przyjemnym dla oka lokalu, wybiegałanam naprzeciw, przystrojona w szmaragdowe dyndające kolczykii z wielką uwagą przyglądała się ulubionemu klientowi, próbującodgadnąć: w jakim jest dzisiaj humorze? Czy aby nie zmęczony? Zawszesadzała go na tym samym miejscu: przy olbrzymim okrągłym stole. Na ścianie obokkrólował koszmarny portret Cesariny „przyozdobionej” surrealistycznie kawałkamiklusek przyklejonymi do brody. Na początku, jako że zawsze się spieszył,Federico zamawiał zwykle „szybkie” przekąski: zraziki i koreczki.Niecierpliwy z natury, przy jedzeniu zachowywał się szczególnieniespokojnie. Osobiście odnosił do kuchni każdy pusty talerz, wołając:
     - Oczywiście odejmiecie mi to odmojego rachunku! (jego stały dowcip).
     Nawet przy stole rządził się jakreżyser na planie i decydował za wszystkich:
     - Poproszę sałatę przyprawionącytryną!
     - Ale ja bym wolał zamiast cytrynyocet - oponował ktoś nieśmiało.
     Wszelki protest był jednak daremny.Fellini przydzielał dania niczym role w swoich filmach.
     - Proszę mu przynieść jedenz tych pysznych kotletów panierowanych - rozkazywał.
     Albo komenderował:
     - Zamów zabaione, zobaczysz, jakie todobre!
     - A ty nie zamówisz?
     - Nie, niespecjalnie za tymprzepadam.
     Wypijał jeden lub dwa kieliszki wina,i biada temu, kto zapalił w jego obecności, a właściwiew promieniu dziesięciu metrów. Na papierosy reagował gwałtownie, niczymzdradzony kochanek czy eksalkoholik. Gdy nie udawało mu się zabronić paleniaosobom siedzącym obok (na przykład Giulietcie Masinie), ogarniał go niepokój,błagalnie składał dłonie i pytał:
     - Chcesz sobie zdrowie całkiemzrujnować? Nie możesz chociaż trochę poczekać? Zaledwie pół godziny temuwypaliłaś jednego!
     Prawda jest taka, że i on byłkiedyś nałogowym palaczem. Nasz stary przyjaciel Ruggero Maccari niezwyklebarwnie opowiedział mi, jak chodzili z dwudziestoletnim podówczas Fellinimdo baru, zamawiali lody, Federico zapalał papierosa, zjadał zaledwie kilkałyżeczek zimnego deseru, kilkakrotnie szybko się zaciągał, po czym gasiłniedopałek w pucharku z lodami i wychodził.
     Często jeździliśmy sobie do Ostii,całkiem opustoszałej poza sezonem, aby omówić jakieś kwestie związane zescenariuszem. Fellini uważał to miasto za „prawie rodzinne”, stanowiło dlaniego coś w rodzaju nowego, odnalezionego Rimini, które było przepełnionenieistniejącymi, fałszywymi wspomnieniami. Widział je jako „Rimini” serdeczne,czułe i nieszkodliwe, stworzone specjalnie dla niego i w pewnymsensie przez niego samego. W Rimini i Ostii podobały mu się brzydkiedomy z lat czterdziestych, drobnomieszczaństwo, zniszczone, wielkie ulice,pustoszejące wraz z końcem pory letniej. Federico uwielbiał ten rodzajsmutku i ów stan chwilowego opuszczenia.
     Chińskie restauracje również świetniesię nadawały na miejsca naszych twórczych spotkań, zwłaszcza jedna z nich,naprzeciw kina Fiamma, ulokowana na samym poddaszu. Wjeżdżało się do niejmalutką, wąską i niesamowicie powolną windą, która mogła wprawić klientaw stan lekkiego niepokoju, jeśli nie klaustrofobii. Jednak opłacało siępokonać strach, bo taras był bardzo piękny.
     Chętnie i dosyć często tamchodziliśmy. Fellini sprawiał wrażenie znawcy chińszczyzny, sugerował sosy,doradzał dania i połączenia smakowe. Kilka lat później, kiedy gozapytałem:
     - Pamiętasz nasze wypady do chińskichrestauracji?
     Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział:
     - Chyba coś ci się pomyliło. Nigdy nie lubiłem tej niestrawnej chińskiej kuchni.


Pewnego poranka (o wpół dodziewiątej!) zostałem brutalnie wyrwany ze snu. Obudził mnie telefon. Jakiśsłodki i łagodny głos spokojnie stwierdził:
     - Nazywam się Federico Fellini.Przeczytałem pańską książkę i jestem nią wprost oczarowany.
     Był wtedy rok 1967, a ja właśnieopublikowałem zbiór opowiadań zatytułowany „Global” i opatrzony wstępemprzez Goffreda Parise. Wybór obejmował historie dosyć niecodzienne, „niemodne”,jak je zdefiniował Parise, a inny jeszcze krytyk określił moją książkęmianem „dziwnego grzyba”. I oto ni stąd, ni zowąd, dzwoni do mniez gratulacjami sam wielki Fellini. Z entuzjazmem stwierdził, żebardzo mu się podobają moje opowiadania i szczegółowo je skomentował,wykazując znajomość rzeczy i niezwykłą przenikliwość. W pewnymmomencie rozmowy wyznał:
     - Tej nocy zasnę zadowolonyi szczęśliwy, gdyż mój przyjaciel Zapponi opowiada mi piękne historie.
     Bardzo chciał mnie poznać, więcumówiliśmy się na spotkanie. Po tym telefonie oddałem się rozmyślaniom. Przedewszystkim miałem wyrzuty sumienia, że kilka dni wcześniej skrytykowałem jegofilm „Giulietta i duchy”, który zresztą rzeczywiście mnie rozczarował.Jednak muszę przyznać, iż kino Felliniego zawsze mnie fascynowało, czułem, żeistnieje pomiędzy nami jakaś trudna do określenia więź, wiele podobieństw(zresztą czy jest na świecie ktoś, kto nie zauważa swojego „pokrewieństwa”z Fellinim?).
     Mieszkałem wtedy na ulicy FrancescoCrispi i nie byłem jeszcze żonaty. O ustalonej godzinie pojawił sięFederico Fellini. Obserwowałem tego wysokiego, masywnego mężczyznę, gdy wspinałsię po schodach, z każdym krokiem stając się coraz wyższy i bardziejimponujący. A oto i on. Ma na sobie szary garnitur, krawat. Przyjrzałmi się uważnie. W jego inteligentnych oczach krył się smutek - świadomy,intelektualny. Przyglądał się wszystkiemu bardzo dokładnie. Obejrzał pokojei meble, bibeloty, dokonał szczegółowej inspekcji mojej bibliotekii odnalazł tam swoje ulubione lektury; książki Hammetta, Chandlera, Kafki,Gaddy, kolorowe komiksy. Zwiedził całe mieszkanie, jakby był nowymwspółlokatorem (zresztą częściowo, wraz z upływem czasu, nim został).Wiedziałem już o tej jego nieskrępowanej ciekawości życia innych ludzi.Flaiano uprzedził mnie bowiem:
     - Wyobraź sobie, że wchodził nawet dołazienki, kiedy się goliłem!
     Poczęstowałem go kawą. Wypił jąw ten swój dziwaczny sposób, trzymając otwartą dłoń pod spodem filiżanki,co miało go niby uchronić od poplamienia ubrania. Powiedziałem, że miałem jużprzyjemność być mu przedstawiony; zapoznał nas Deseta w barze Canova.
     - A! Deseta reżyser?!
     - Ależ nie, Enrico Deseta, rysownikz pisma „Marc’ Aurelio”.
     Słysząc ten magiczny tytuł, Fellinicały się rozpromienił i zasypał mnie wspomnieniami związanymi z tymkomiksem, z jego dowcipami obrazkowymi, bohaterami. Z radościąstwierdził, że obaj w dawnych czasach współpracowaliśmy przy ilustrowaniutego pisemka. Od razu poczuliśmy się jak starzy towarzysze bronii weterani z tej samej linii frontu. Wróciliśmy pamięcią do naszychwspólnych znajomych: rysowników, pisarzy, redaktorów, dyrektora - legendarnegoVita De Bellisa, a nawet woźnego.
     Ktoś, kto nigdy tam nie pracował, niejest w stanie w pełni zrozumieć ani ocenić wartości tegoilustrowanego dwutygodnika humorystycznego. Charakteryzowała go swego rodzajumieszanina dowcipu szkolnego, koszarowego i biurowego. De Bellis, człowiekdobry, lecz surowy i niesamowicie wymagający, narzucał wszystkimniezmienną regułę; najpierw należało wykazać się inwencją i umiejętnościąwymyślania oryginalnych i zabawnych historyjek, które później byłyopracowywane przez rysowników, a dopiero potem otrzymywało się pozwoleniena publikację własnych „kawałków” i dostawało się stałą rubrykę. Metoda ta„wykształciła” dwa pokolenia genialnych twórców kina i teatru.
     Federico podpisywał swoje ilustracjewyłącznie imieniem, natomiast bohatera nazwał Fellini. Cykl nosił tytuł„Seconda liceo” (Druga klasa liceum) i opowiadał niezwykle barwnieo życiu tego małego światka; o szkole, klubach, domach publicznych,zbijaniu bąków z braku innych zajęć, marzeniach. Nawet szczegółowe opisyi dialogi miały charakter wybitnie „filmowy” i nosiły piętno styluFelliniego: łączyły ironię z sentymentalizmem. Ruggero Maccari, wspominająckiedyś o ich wspólnych wypadach do kina i precyzyjnych komentarzachFederica wygłaszanych po obejrzeniu filmu stwierdził:
     - Skubany, dostrzegał rzeczy, którenie przyszłyby mi nawet na myśl.
     Fellini opowiadał mu o swoichsnach, pragnieniach i ambicjach. Pewnego pięknego dnia Ruggero, kompletniezbity z tropu i zmieszany, zawołał:
     - Albo jesteś naprawdę wielkimgeniuszem, albo wielką szują!
     Teraz dawny uczeń De Bellisa był jużwybitnym, sławnym reżyserem i  to niewiarygodne! - siedział sobiespokojnie na kanapie w moim saloniku. Ten czterdziestosiedmioletnimężczyzna, który zaczynał już łysieć i tyć, przyglądał mi się z uwagąi mówił o mojej książce. Spodobały mu się tam trzy czy czteryhistorie, chciał zakupić ode mnie prawa autorskie i sfilmować je jakokrótkie epizody. Ale do jakiego filmu?
     Fellini, powoli i z trudem,wracał wówczas do zdrowia po bardzo poważnej chorobie, otrząsał się teżz ciężkiego załamania psychicznego i twórczego, związanegoz totalną klapą projektu „Podróży G. Mastorny”.
     Scenariusz tego nigdy niezrealizowanegofilmu napisali wspólnie: Fellini, Dino Buzzati i Brunello Rondi, natomiastprodukcji podjął się, aczkolwiek niechętnie, Dino De Laurentiis. Tematem filmumiała być podróż post mortem głównego bohatera, a De Laurentiis, jako prawdziwy i szanujący sięneapolitańczyk (czyli: niewyobrażalnie przesądny), starał się unikać wszelkichzagadnień dotyczących śmierci. Mimo bogactwa i rozmaitości scen orazsekwencji w scenariuszu przeważał nastrój raczej posępny i cmentarny.Sam Fellini nie ukrywał niepokoju związanego z realizacją tego pomysłu.
     Wreszcie po wybudowaniu gigantycznychi kosztownych konstrukcji i dekoracji w Dinocittá (między innymigotyckiej katedry!) ogarnęła go panika, a blokada psychiczna uniemożliwiłarozpoczęcie zdjęć. Federico święcie wierzył (ta jego wrodzona naiwność!), żeuda mu się jakoś bezboleśnie wybrnąć z sytuacji i przekonać DeLaurentiisa, by unieważnił kontrakt. Ten z kolei nawet nie chciało tym słyszeć i rozpętał istne piekło: kłótnie, procesy sądowe, karypieniężne etc. Wszystko to złożyło się w pewnym stopniu na chorobęFelliniego. Kiedy wreszcie wyszedł z kliniki i pozbył się kłopotówprawnych, pełen entuzjazmu postanowił stawić czoło nowym wyzwaniom.
     Powiedział mi, iż pewien zespółproducentów włosko‑francuskich zaproponował mu zrealizowanie jednegoz epizodów do filmu dedykowanego twórczości Edgara Allana Poego,w którym miał współpracować z Bergmanem, Viscontim, Buńuelem,Kubrickiem i innymi wielkimi reżyserami. Nie była to prawda,w rzeczywistości bowiem nawet nie nawiązano z nimi kontaktu,a zaangażowany Visconti w ostatniej chwili wycofał się z tegoprojektu. Tak więc na polu bitwy pozostali wyłącznie Louis Malle i RogerVadim, którymi Fellini gardził. Trzeba tu koniecznie zaznaczyć, iż Federiconigdy nie przyjmował do wiadomości przykrych zdarzeń czy okoliczności,i stanowiło to podstawę jego słynnej manii kłamania dla dobra ogółu.Oszukiwał sam siebie i innych przez wrodzoną delikatnośći uprzejmość, w pewnym sensie wręcz „reżyserował” środowisko, w którymsię obracał, nadając mu pozory gościnności i łagodności. Kto tego niepotrafił zrozumieć, zazwyczaj źle go osądzał. To prawda, Fellini cieszył sięsławą dwulicowca, ale słowa: kłamca i dwulicowiec, mają różne znaczenia.Kłamstwo zakłada swego rodzaju pospolitość, która do niego w najmniejszymstopniu się nie odnosiła.
     Federico oświadczył, że myślio wykorzystaniu mojego opowiadania pt. „C’¯ una voce nella mia vita”(Istnieje pewien głos w moim życiu) w scenariuszu wspomnianego filmu.Pomysł ten oczywiście bardzo mnie podniecił i uradował, ale wydał mi sięnieco dziwaczny. Zadałem sobie bowiem logiczne pytanie: jak to możliwe, żemając robić film oparty na opowieściach Edgara Allana Poego, Fellini chcewpleść do scenariusza moje opowiadanie? Postanowiłem jednak nie hamować jegoentuzjazmu, a zresztą w świecie kina wszystko się może zdarzyć!I tak zaczęliśmy się coraz częściej widywać i rozmawiać, praktycznierzecz biorąc codziennie, o każdej porze dnia i nocy. Gdy do twojegożycia znienacka wdziera się taka osoba jak Fellini, wprowadza w nieniesamowity chaos, zmienia każde z twoich dotychczasowych przyzwyczajeń.Nie ma już miejsca na rutynowe zajęcia, na przyjaciół czy przyjaciółki, trzebaprzerwać wszystkie rozpoczęte wcześniej prace. Federico nie dawał chwiliwytchnienia i nie pozostawało nic innego jak tylko poddać się temuokropnemu, ale jednocześnie fascynującemu zawirowaniu, niczym na diabelskimmłynie w wesołym miasteczku.
     „Współpraca z autoramiscenariuszy do moich filmów zawsze wspaniale mi się układała, począwszy odPinellego, Flaiana, a na Zapponim skończywszy. Wytworzył się pomiędzy namiszczególny związek, coś w rodzaju licealnego zrzeszenia. Staliśmy sięwielkimi, nierozłącznymi, gotowymi na różne szaleństwa i wariactwaprzyjaciółmi, i to przyjaciółmi na śmierć i życie...” - napisałFellini w książce „Fare un film” (Nakręcić film).
     W ramach owej współpracyszwendaliśmy się to tu, to tam, odbywając długie wycieczki jego mercedesem,który Federico prowadził w specyficzny i indywidualny” sposób.Zdawało się, że auto bierze czynny udział w jego częstych zmianachnastroju i samopoczucia. Potrafiło ruszyć z kopyta, a po chwilizachłysnąć się i z nagłego wyczerpania zwolnić. Czasami zdarzało się,że gasł motor. W takich sytuacjach szukaliśmy najbliższej stacji benzynowej,żeby zatankować do pełna (w baku mieściło się mało paliwa, które samochódpożerał łapczywie i w zastraszającym tempie). Na dodatek Fellini niemiał zwyczaju noszenia przy sobie pieniędzy i obowiązek regulowania tychniewielkich należności spadał zawsze na najbliższych przyjaciół. On samwypisywał wyłącznie czeki.
     I tak jeździliśmy sobie doOstii, do Grottaferrata i wielu restauracji otwartych przede wszystkimz myślą o zysku z niedzielnych wycieczek, gdzie w dnipowszednie nie było żywego ducha. Odosobnienie wpływało zadziwiająco twórczo naFelliniego, na mnie również. A zatem, kiedy tylko przyszła mu na toochota, podjeżdżał swoim gigantycznym autem pod mój dom, tradycyjny uściski całus w policzek i... ruszaliśmy w trasę, gadając bez przerwyo scenariuszu.
     Producenci, jak z góryprzewidziałem, solidarnie przeciwstawili się pomysłowi zastąpienia opowiadaniaPoego innym, nikomu nieznanym, Zapponiego. Film w wersji francuskiej miałnosić tytuł „Histoires extraordinaires” (Opowieści niesamowite), natomiast wewłoskiej „Tre passi nel delirio” (Trzy kroki do obłędu). Tak więc nieodwołalniezostaliśmy zmuszeni do znalezienia opowiadania Poego, które spełniłoby naszewymagania. Wcale nie było to takie proste, jak by się wydawało, cały sensbowiem i urok jego utworów polega na tym, że koszmar tkwi w wymiarzeumysłowym, w niewidzialnej dla oka sferze rozumu. Kształty są odmienione,postacie nie mają ciała, istnieją tylko wrażenia, brakuje powietrza,a czas stanął w miejscu. Z teoretycznego punktu widzenia -elementy nie do odtworzenia na ekranie kinowym.
     Fellini wytrzasnął skądś zdjęciePoego i odtąd nosił je zawsze w portfelu. Nagle odkrył w sobiewielką miłość do tego pisarza, i bezczelnie twierdził, że jużw szkole tłumaczył fragmenty jego opowiadań w wypracowaniachz angielskiego. W każdym razie niewiele nam to pomogło.
     Podczas naszych roboczych spacerków‑zebrańdo tematu „Poe” zbliżaliśmy się okrężną drogą wspomnień. Zaczynaliśmy odrozmowy o Marc’ Aurelio”, co stanowiło wstęp absolutnie nieodzowny:pamiętasz tego? a tamtego?, a jak De Bellis zwykł mówić, że „Marc’Aurelio” przypomina „nakryty stół”? Później omawialiśmy szczegółowowstrząsające wiadomości z gazet lub przyprawiające o dreszczyk grozysceny z obejrzanych ostatnio filmów. Od czasu do czasu rzucaliśmy takżeokiem na pejzaż: obwodnicę, rzymskie ruiny, dym z kominów, ulicznice.Fellini notował sobie w pamięci niektóre obrazy i kadry. Nasuwały sięnam skojarzenia z malarzami, komiksami, pojawiały się dziwnei posępne wizje. I tak, krok po kroku, wyłaniał się problem wyborujednego z opowiadań Edgara Allana Poego. Kwestia ta nie dawała namspokoju.
     Może „Przykra historia”, ta historiao starszej pani, której głowę odrąbały wskazówki olbrzymiego zegaraz kościelnej dzwonnicy? Albo „Przedwczesny pogrzeb” z Albertem Sordimw głównej roli? Wreszcie zdecydowaliśmy się jednak na krótkie i możejedno ze słabszych, gdyż nieprzetłumaczone przez Baudelaire’a opowiadaniept. „Nie zakładaj się nigdy z diabłem o swą głowę”. Pewien mężczyzna,Toby Dammit (po angielsku dammit oznacza nieszczęście, przekleństwo), wyjątkowo odrażający i nieprzyjemnyfacet, rozpustnik i namiętny gracz, któregoś pięknego dnia zakłada się, żeprzeskoczy nad niewielką bramą zamontowaną u wylotu mostu. Tuż przedskokiem wypowiada sławne zdanie: „zakładam się z diabłem o własnągłowę”. I oto, niespodzianie, pojawia się ów diabeł w postacikulawego człeczyny w czarnym, jedwabnym fartuchu (szczegół, któryniezwykle fascynował Felliniego), z włosami sczesanymi na czoło,i przyjmuje jego zakład. Toby Dammit skacze, ale niewidoczny, cienki prętrozciągnięty nad bramą odcina mu głowę, którą diabeł chowa do swojego fartuchai rozpływa się w powietrzu.
     Federicowi bardzo przypadła do gustuta wizja diabła. Goffredo Parise natychmiast zaoferował się, że zagra tę rolę(diabli wiedzą, kto mu o niej powiedział!). Jednak wspomniany czart był,jak na nasze potrzeby, zbyt literacki, nie pasował do realiów kina, a pozatym Fellini chciał kontrastów; diabeł jest brzydki, nieprzyzwoityi okrutny! No to my go uczynimy pięknym, pociągającym i niewinnym.Niech go zagra mały chłopiec! Albo wręcz dziewczynka! (Według Henry’ego Jamesaobecność dzieci w opowiadaniu grozy symbolizuje „krąg istnień”).W każdym razie oprócz ujęcia z mostem i odrąbaną głową niemieliśmy specjalnie atrakcyjnych wizji.
     Kontynuowaliśmy zatem nasze wycieczkimercedesem Felliniego w daremnym poszukiwaniu inspiracji. Odrzucaliśmykolejno najrozmaitsze pomysły i postacie, a sytuacja z upływemczasu stawała się coraz bardziej dramatyczna. Aż pewnego dnia los postanowiłnam pomóc w syzyfowych zmaganiach twórczych. Zawalił się, mianowicie,stary most w miasteczku Ariccia w regionie Castelli Romani,a my, co łatwo przewidzieć, natychmiast się tam wybraliśmy, żeby gozobaczyć. Na miejscu już zdążył się zgromadzić zbity tłum ciekawskich, którygapił się na ruiny. Był wieczór. Czerwone lampki i liczne koniezablokowały dostęp do mostu, gdzie w otchłani piętrzyły się stosy kamieni.Naprawdę niesamowite wrażenie. Fellini oczywiście bez trudu otrzymał pozwoleniena wejście do strefy zamkniętej dla zwykłych śmiertelników (gdziekolwiek siępojawiał, rozpoznawano go i traktowano w sposób uprzywilejowany,każdy bowiem w głębi duszy miał nadzieję zostać obsadzony w jakimśjego filmie). Przyjrzeliśmy się z uwagą, ale i z odrobinąstrachu tej imponującej przepaści. Powoli zapadał zmierzch, więc ostrożniei bez słowa wycofaliśmy się znad urwiska.
     Całe to otoczenie świetnie pasowałodo naszego opowiadania; miejscowość, pejzaż w kolorze wina i krwi,wzgórza z willami, gospody, ta specyficzna, dionizyjska i posępnaatmosfera doskonale przystająca do stylu opowieści Poego. No i tenwspaniały, zawalony most, po którym miałby „przejechać” samochodem głównybohater. À propos, kto go zagra?
     Z pewnością musi to byćnieudacznik, człowiek przegrany, alkoholik i samobójca. Ktośw rodzaju alter ego samego Edgara Allana Poego. Notowałem skrupulatniewszystko, co tylko nasunęło się nam na myśl. Fellini spokojnie zastanawiał sięnad swoją koncepcją, cichutko pogwizdując, aż nagle wziął głęboki oddech,zmarszczył brwi i zadecydował:
     - No dobra, wyobraźmy sobie, że doRzymu przyjeżdża znany aktor zagraniczny, żeby wystąpić w odcinkowymwesternie i odebrać przyznaną mu nagrodę: samochód marki Ferrari...
     Zaproponowałem, aby w roliproducenta serialu obsadzić księdza. Federico przyklasnął temu pomysłowi:
     - Oryginalnie. Pierwszy „katolickiwestern”!
     I zaczęliśmy wymyślać ceremonięrozdania nagród, na wzór tych dawnych, godnych pożałowania imprez rzymskich.Z Fellinim pracowało się wspaniale, bo nie uznawał żadnych barier czyograniczeń twórczości.
     Spisałem zatem scenę przyjęcia,wyszła doskonale. Teraz pozostawało jedynie znaleźć odtwórcę głównej roli.Federico skontaktował się w tej sprawie z Peterem O’Toole’em, jednakrola angielskiego alkoholika nie bardzo przypadła mu do gustu, bo rzeczywiścienim był. Wszelkie pertraktacje spełzły na niczym, a podczas ostatniejrozmowy telefonicznej doszło wręcz do „drobnych” spięć:
     - Zwymyślał mnie od faszystów!A ja mu na to: fuck you! -relacjonował mi rozbawiony Fellini. - Ubliżaliśmy sobie aż miło! Gdy jedenskończył, spokojnie zaczynał drugi, zupełnie jak Flip i Flap...
     Po wykluczeniu Petera O’Toole’azaprosiliśmy do Rzymu Jamesa Foxa, młodego blondynka eskortowanego przez swegopodejrzanego agenta. Neurotyczny, niespokojny, niechętnie jedząc zamówione mudanie, słuchał wyjaśnień Felliniego z wyraźnym zdenerwowaniem, dręczonytysiącami obaw i wątpliwości. Na próżno agent go zachęcał, żadna siła,ludzka ani boska, nie mogła przekonać go do zaakceptowania tej roli. Wkrótcepotem wyjechał.


(...)