Strona główna / Literatura faktu, historia / Zespół „TOR”

Aktualności

22.05.2020

Premiera online nowej książki Piotra Borlika

We wtorek 2 czerwca o godz. 19.30 zapraszamy na premierę online najnowszej książki Piotra Borlika "Zapłacz dla mnie".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Zespół „TOR”

Barbara Hollender, Zofia Turowska

Stanisław Różewicz

Ile to już lat... Czym innym było kino, kiedyzakładaliśmy zespół „Tor”, czym innym jest dziś. „A obłoki jak obłoki”...Wracają twarze reżyserów i współpracowników zespołu - przed pierwsząwspólną projekcją filmu - twarze pełne nadziei, czasem niepewności, dzielącesię radością, kiedy film był udany... Niezależnie od chwilowych zawirowańi różnicy zdań łączyła nas w „Torze” wzajemna życzliwośći szczerość. Staraliśmy się być wierni swojemu widzeniu filmui sztuki, pojmowaniu świata.
Nie składaliśmyw „Torze” programowych deklaracji - przecież staraliśmy się patrzeć na świat uważnie. Program? Temat... uczciwość w stosunku do tematu... Robięfilm, więc angażuję się w coś, będę w sercu mojego filmu... Film mamówić prawdę o życiu i świecie... Nie jesteśmy na planie dlaprzyjemności... Nie chcemy kopiować schematów, każdy z nas ma swój świat.Chcemy pokazywać życie wewnętrzne człowieka, nie tylko akcję... Niepisane„przykazania” staraliśmy się zachować w naszych filmach.
Nad materiałempowinien panować styl. Takie jest prawo sztuki. Inna jest prawda sztuki, innarzeczywistości - choć obie się łączą i wzajemnie przenikają. Samz biegiem lat przecież zrozumiałem, że najpiękniejsze, czyste obrazyzostają w naszym wnętrzu...
Na naszychoczach szybko zmienia się świat - zmienia się również świat filmu i widzkinowy. Na ekranach zbyt wiele filmów-„pustostanów”... Film ma swoichfałszywych proroków i szarlatanów, sezonowe wielkości i mody. Tymbardziej cieszy obraz wartościowy artystycznie - może czyni człowieka trochęlepszym i trochę mądrzejszym...

W latach sześćdziesiątych dwukrotnieproponowano mi objęcie zespołu. Konsekwentnie odmawiałem. Uważałem, że to jestogromna odpowiedzialność, którą trudno pogodzić z własną pracą. A jachciałem robić filmy. Nie bardzo wierzyłem, że umiałbym animować cudze pomysły.To była praca organizatorska, administracyjna, miałbym nad głową organywładzy... Ale naciski zaczęły się powtarzać. To ze strony Rady Zespołów, toz ministerstwa, w którym uważano, że trzeba odmłodzić kadrękierowniczą kinematografii. Wiosną 1967 roku, po premierze filmu„Westerplatte”, znowu rozmawiał ze mną minister Zaorski. Mówiłem:
- Panie ministrze, mnie to niepotrzebne.
- Potrzebne, potrzebne... Koledzy mają do pana zaufanie...
No i zgodziłem się. Zaorski natychmiast poszedł za ciosem i zapytał:
- To jak się będzie ten zespół nazywał?
- „Tor” - odpowiedziałem.

Stanisław Różewicz

Wspomnienia z młodości zawsze mają pewnąjednostronność. Zapomina się o cieniach, wszystko się idealizuje.A potem przychodzi następne pokolenie i ono też ma swoją młodość,i swoją legendę, i swoje mity, które będzie wspominać i zachowywaćw pamięci jako to, co było i już nie wróci. Jest jednak jakaś prawdaobiektywna.

Janusz Majewski

Oni byli w "Torze" pierwsi:
Stanisław Różewicz
i Włodzimierz Śliwiński

Stanisław Różewicz: Dostałemnominację wiosną 1967 roku. Szukałem kierownika literackiego. Znałem WitoldaZalewskiego, ceniłem jego twórczość. Zaproponowałem mu współpracę.
Witold Zalewski: Zgodziłem się, bozawsze byłem zainteresowany filmem. Jestem człowiekiem kina. Miałem pełnezaufanie do Stanisława, od lat przyjaźniłem się z jego bratem - Tadeuszem.Podobnie pojmowaliśmy sztukę, chcieliśmy tego samego. Uznałem, że mogę wnieśćdo tego zespołu sporo propozycji literackich i pomysłów.
Stanisław Różewicz: Moim zastępcąod spraw produkcji został Włodek Śliwiński. Robiłem z nim wiele filmów, toczłowiek uczciwy, zorganizowany. Wiedziałem, że można na nim polegać, że możeon uwolnić mnie od ciężaru spraw organizacyjno-administracyjnych.
Włodzimierz Śliwiński: Byłemświeżo po „Popiołach”. W czasie realizacji filmu przeżyłem dramat.Kręciliśmy ogromną scenę wymarszu wojsk napoleońskich, którą grupa 120 osóbprzygotowywała przez 3 miesiące. Na łasze wiślanej pod Wyszogrodemzgromadziliśmy 2 tysiące statystów, około 150 wierzchowców, były kostiumy,rekwizyty, broń i rzędy. Przyjechali aktorzy na ten czas zwolnieniz zajęć w macierzystych teatrach.
Wstał piękny, słoneczny dzień.Z Warszawy przyjechali wizytujący goście - minister Tadeusz Zaorski orazdyrektor ekonomiczny NZK Janusz Sikorski. Tego dnia prace przygotowawczerozpoczęto o godzinie pierwszej w nocy. Piętnaście po dziewiątej ranoplan był gotowy. Wojska piesze i jazda ustawione w przewidzianymordynku wzruszały swym wyglądem. Piękne kostiumy różnych formacji. Lśniłyczaka, szable, karabiny, rżały ogiery. Kamery ustawione, plan oświetlony,ujęcia omówione. Andrzej Wajda rozpoczął próbę generalną. Pamiętam dokładnie,około godziny dziewiątej czterdzieści pięć i w niespotykanie krótkimczasie niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami. Rozpętała się potworna burza.Wichura, błyskawice, grzmoty i pioruny. Oberwanie chmury. Strumienie wodyzalały plan zdjęciowy. Nie było dokąd uciec ani pod czym się schronić. Oszalałez przerażenia ogiery. Zaskoczeni, szukający schronienia ludzie. Moknącysprzęt zdjęciowy, kostiumy, rekwizyty. Dla mnie, kierownika produkcji, była toapokalipsa. Stojąc na skarpie, obserwowałem, jak ślepy los niweczy naszwysiłek. O wpół do jedenastej znowu zaświeciło słońce. Nie wiedziałem, jakpowtórzyć tę scenę. Powróciły wszystkie problemy organizacyjne. Znalezieniewolnych terminów dla aktorów, wojska, odtworzenie środków inscenizacyjnych.Obserwując to piekło, poczułem spływające po policzkach łzy. Nie chciałem już,by w przyszłości efekty mojej pracy uzależnione były od kaprysów aury.Bezpośrednio po zakończeniu zdjęć do filmu otrzymałem propozycję szefostwanowego zespołu filmowego. Przyjąłem ją.
Witold Zalewski: Nasze pierwszespotkanie odbyło się w „Domu Chłopa”.
Włodzimierz Śliwiński: Przesiedzieliśmyprzy kawiarnianym stoliku wiele godzin. Zalewski i Różewicz od razu bardzowysoko ustawili poprzeczkę. Chcieli promować kino artystyczne i ambitne.Żadnej sieczki.
Stanisław Różewicz: Przyznam, żenie mieliśmy wyraźnej koncepcji zespołu, nie tworzyliśmy żadnych specjalnychram programowych. Chcieliśmy robić wartościowe filmy. Filmy mówiące uczciwieo ludziach, o życiu. Interesowała nas produkcja nie rozrywkowa, leczartystyczna.
Witold Zalewski: Powiedzieliśmysobie, że nie nastawiamy się na zarabianie pieniędzy, co było sporą pokusą,lecz będziemy produkować obrazy, na których nam trzem zależy. W gruncierzeczy wtedy łatwiej było robić kino artystyczne niż dzisiaj.
Włodzimierz Śliwiński: Dostaliśmypomieszczenie w „Kordegardzie”, potem przenieśli nas do opuszczonego przez„Syrenę” biura przy Puławskiej. To biuro było zupełnie zrujnowane,w strasznym stanie. Wszystko urządzaliśmy od nowa, jeździliśmy posklepach, kupowaliśmy meble i zasłony. No i zaczęliśmy pracować.
Antoni Krauze: Z działalnościązespołów, które powstały po 1956 roku, nierozerwalnie związane były tyraniai autokratyzm. Los polskiej kinematografii spoczywał w rękach kilkuosób. Potem, gdy narodziły się nowe zespoły - już jako rodzaj spółdzielniartystycznej - to też charakteryzowały się feudalną strukturą i feudalnymizależnościami. Różewicz, zakładając „Tor”, złamał te zasady.
Krzysztof Zanussi: Reżyseromtowarzyszyła wówczas ogromna chęć wyzwolenia się spod kurateli narzuconychprzez władze kierowników zespołów, marzyliśmy o tym, żeby wyswobodzić sięspod ich „opieki”.
Stanisław Różewicz: Mówiono wtedy,że przy zespołach powinny powstawać rady złożone z trzech, czterech osóbmających pomagać w podejmowaniu decyzji w sprawach scenariuszowych.Taka rada powstała także w „Torze”. Zaprosiłem do niej mojego brata -Tadeusza, Stefana Treugutta i Jurka Piórkowskiego, redaktora miesięcznika„Polska”. No i oczywiście był w radzie Zalewski.
Antoni Krauze: „Tor” - założonywiosną 67 roku - kształtował się w okresie dramatycznych przemian 1968roku, które zatrzęsły posadami polskiej kinematografii. Jednak niezwykłaosobowość Różewicza sprawiła, że ten zespół był inny, nie żerował na marcowejideologii.
Stanisław Różewicz: Przyjmowałemdo zespołu młodych reżyserów, współpracowników, którzy sensownie myśleli, doktórych mogłem mieć zaufanie osobiste i zawodowe. Głównie wybierałem wśródtych, których znałem. To tak jak z aktorami w moich filmach. Kiedypewna dziennikarka spytała mnie, jak dobieram obsadę - odpowiedziałem półżartem, pół serio, że pracuję z ludźmi, którzy dobrze mi robią na„przemianę materii”, z którymi chce mi się rozmawiać, spotykać, wymieniać myśli.
Tadeusz Drewno: Wielu ludzi,którzy „osiedlili” się najpierw w „Rytmie”, współpracowało potemz „Torem”. U Jana Rybkowskiego w „Rytmie” Stanisław Różewiczzrobił „Piekło i niebo”, Janusz Majewski „Czarną suknię”, Andrzej Trzos-Rastawieckiswój fabularny debiut „Najlepszy kolega” (autorem zdjęć był Witold Sobociński).Kierownicy produkcji praktycznie byli pracownikami Zjednoczonych ZespołówRealizatorów Filmowych. To one delegowały ich do pracy w zespołach i dokonkretnych filmów. Obowiązywała nas dyscyplina terminów i budżetów.
Edward Żebrowski: Prawdą jest, żew „Torze” nie było bardzo szeroko otwartych drzwi. Panowała nawet takaopinia, że Różewicz jest bardzo wymagający, czasem nawet nieprzystępny.
Wojciech Marczewski:W „Torze” ważna była uczciwość. „Świnia, ale zdolny” - myślę, że takapostać długo by się tam nie utrzymała. Obowiązywały też pewne maniery, sposóbzachowania.
Edward Kłosiński: „Tor” byłzespołem bardzo elitarnym.
Tadeusz Drewno: Tam hołubilitalent.
Stanisław Różewicz: Razi drugi odmówiłem przyjęcia reżysera do zespołu. Nie chciałem zresztą mieću siebie zbyt wielu. Wiedziałem, że jeśli zatrudnię nie więcej niż pięciutwórców, to mogę zapanować nad scenariuszami, montażem, oglądaniem materiałów,kolaudacjami. Poza tym mieliśmy określone możliwości produkcyjne. Nie mogłemprzyjmować ludzi, nie dając im gwarancji, że będą pracować. Traktowaliśmy naszeobowiązki odpowiedzialnie.
Antoni Krauze: Jest pewien kluczdo osobowości Stanisława Różewicza, jego przyjaźni, jego zainteresowań. KinoRóżewicza jest powściągliwe, ściszone, „nie rzuca się w oczy”. On sam jestpodobny. Nie interesują go ludzie krzykliwi i silni. W czym innymszuka wartości. Ale jednocześnie Różewicz zawsze był człowiekiem o mocnymcharakterze. Mocnego charakteru wymagał też od swoich pracowników. Przecieżwiększość filmów, które powstały w tym pierwszym okresie „Toru”, miałaswoje bardzo skomplikowane losy, to były obrazy kręcone wbrew NaczelnemuZarządowi Kinematografii. Więc do „Toru” trzeba było wnieść pewien hart.
Witold Zalewski: Na początkuzespół był bardzo nieliczny. Przychodzili do nas głównie kandydaci nadebiutantów.
Stanisław Różewicz: Brałemmłodych, bo sam byłem młody. Oni kryli w sobie coś nowego, ciekawego.
Włodzimierz Śliwiński: Różewiczopierał się wtedy głównie na ludziach, których uczył w łódzkiej szkolefilmowej.
Stanisław Różewicz: Zanim zostałemszefem zespołu, prowadziłem przez dziesięć lat w łódzkiej szkole filmowejzajęcia z reżyserii. Moi pierwsi absolwenci to był rocznik z RomkiemPolańskim, Jasiem Rutkiewiczem, Romkiem Załuskim, Jurkiem Orawcem. Poznałemwielu młodych filmowców. Kiedy uruchamiałem zespół, znaleźli się w nimmiędzy innymi Krzysztof Zanussi, Antek Krauze, Janusz Majewski, IrenaKamieńska, Wojtek Marczewski. Znałem ich ze szkoły, nierzadko prowadziłem ichszkolne etiudy. To byli interesujący, zdolni ludzie.
Włodzimierz Śliwiński: Różewiczcieszył się wielkim autorytetem w środowisku. Był wybitnym twórcą,a jednocześnie wielkim humanistą i wspaniałym człowiekiem. Poza tymznał się na ludziach.
Stanisław Różewicz: KrzysztofZanussi sam zgłosił się do zespołu. Widocznie uznał, że dobrze mu się ze mną współpracuje.
Krzysztof Zanussi: Rzeczywiściezostałem pierwszym etatowym reżyserem „Toru”. Znaliśmy się ze Stanisławemjeszcze ze szkoły filmowej. Miałem tam poważne kłopoty. Antoni Bohdziewiczzgodził się, aby wyrzucono mnie ze studiów. W końcu uratowałem się, aleani ja nie miałem już serca do Bohdziewicza, ani on do mnie. Wtedy pojawił sięRóżewicz, który zaopiekował się moim dyplomem. Nigdy się specjalnie niezbliżyliśmy. On miał w sobie pewną dozę dystansu, ja też. Ale mimosztywności naszych relacji wspominam go jako znakomitego opiekuna dyplomu.

Sławomir Idziak i Krzysztof Zanussi -
- „Bilans kwartalny”
Stanisław Różewicz: Do dzisiajbardzo wysoko cenię fabularną etiudę Zanussiego „Śmierć prowincjała”. Jestw tym filmie ogromna dyscyplina formalna i klarowny sposóbprzekazywania myśli. To bardzo czysty głos. Krzysztof dotknął spraw ważnychi zasadniczych. W fali debiutów tamtych lat było to niezwykłe. Poprostu Zanussi już wówczas wypowiadał się w sposób dojrzały.
Krzysztof Zanussi: Różewicz małowtrącał się do „Śmierci prowincjała”, myślałem nawet, że trochę mnie ignoruje.Potem zrozumiałem, że na tym polega jego styl, jego szacunek dla cudzej myśli.
Stanisław Różewicz:W Krzysztofie było coś, co mnie ciekawiło. Wiedziałem, że mam do czynieniaz osobowością. To człowiek inteligentny, wszechstronny, zainteresowanyproblemami moralnymi.
Krzysztof Zanussi: Czułem sięzaskoczony, że po wcześniejszych, nieco zdawkowych kontaktach - jakie mieliśmyprzy „Śmierci prowincjała” - wziął mnie do „Toru” jako pierwszego etatowegoreżysera. I niemal od razu dał mi możliwość pracy.
Stanisław Różewicz: Pamiętam,szliśmy ulicą niedaleko Pałacu Kultury. Pytałem go, jakie kino chce robić. „Wiepan, panie Stanisławie, «Westerplatte» to nie jest moja parafia” - odpowiedziałszczerze. No i to rzeczywiście nie była jego parafia. Doskonale torozumiałem.