Strona główna / Literatura światowa / Akta rozbitka

Aktualności

05.07.2022

Spotkanie z Piotrem Borlikiem w Gdańsku

W poniedziałek 18 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Nadbałtyckiego Centrum Kultury (ul. Korzenna 33/35, Gdańsk) na spotkanie z Piotrem Borlikiem, autorem książki "Labirynt".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

04.07.2022

Rozmowa z Marcinem Margielewskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Wyrwana z piekła talibów".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

Akta rozbitka

Luis Mateo Diez

   Tamtenporanek różnił się od innych. Choć przyznaję, że sześć miesięcy rutyny, sześćmiesięcy spędzonych przeze mnie w Archiwum nie wystarczyło, by zmierzyćgęstość masy, w którą zamieniają się upływające dni, ani tym bardziej, bywyłowić z ich biegu coś wyjątkowego. Posępny rytm tej instytucji niepozwala na zbyt szybką naukę czasu. A jest to nauka płynąca równoz pamięcią zebranych tu zniszczeń, kiedy zaś osiągamy tego świadomość,nieodwołalnie stajemy się niewolnikami niejasnego, potępieńczego odczucia,które rośnie w duszy niczym roślina, pasożyt.


   Różnił się od innych, czegozwiastunem stało się zmienione oblicze Ángela Rodiezma, który - po powrociez Sekretariatu, dokąd został pilnie wezwany - obwieścił nam skomplikowanepolecenie don Eladia: kolejna absurdalna szperanina w zdekompletowanymDziale Wsparcia, gdzie pliki dokumentów walają się bez ładu i składuniczym trupy na pobojowisku. Opierając się na paru wątpliwych danychi niedokładnej dacie, należało znaleźć akta budynku w stanie ruiny,skąd dokonano eksmisji mieszkańców, co stało się przedmiotem apelacjiwniesionej przez kilku lokatorów.


   Celso Llamas rzucił mi sceptycznespojrzenie znawcy zdolnego dokładnie ocenić niedorzeczność polecenia i nieprzestawał piłować paznokci. Nankinowy fartuch Celsa osiągnął bladość płótnasplamionego starością i niedostatkiem, pokrył się brudem i uległzniszczeniu, które stanowić może jedynie efekt pylistego dotknięcia czasuspędzanego w Archiwum.


   - Macie to znaleźć - rozkazał Ángelstanowczo. - bez wymówek. DonEladio chce mieć to na swoim biurku najdalej za pół godziny.


   Celso poskrobał się w uchopilnikiem.


   - Pół godziny, żeby przemierzyćodmęty Oceanu Spokojnego i znaleźć złotą rybkę. O pół godziny zadużo.


   Postrzępiony karton z rozkładempółek Działu Wsparcia wisiał na sznurku, przyczepiony do gwoździaw suficie, tak jakby ktoś postanowił dokonać egzekucji na tym niewinnyminformatorze. Dwie tak samo umocowane żarówki drgały w bolesnych skurczachprzestraszonym blaskiem. Dział zajmował sześć długich regałów, ciągnących sięod podłogi po sufit, z półek wystawały rozbebeszone pliki dokumentów.


   - Zarzuć wędkę w tamte rejony,Fermín  polecił mi Celso obojętnie. - Ja zjem kanapkę. Jak usłyszysz,że idzie Rodiezmo, zagwiżdż.


   Wkroczyłem na bezdroża pośród górzystychpapierowych stosów, ściśniętych na półkach, tak jakby jakaś karząca rękaskazała je na wieczne zgniatanie. Piętrzyły się na regałach, sięgając sufitu,z trudem utrzymując równowagę, niejasno oznakowane numerami, które wcalenie ułatwiały orientacji. Wydzielały woń stęchłego papieru, wysuszonegoatramentu bazgrołów z rubryczek, leciwych stempli, przybijanychbezlitośnie na podaniach i znaczkach skarbowych.


   Przełożyłem dokumentyz najbliższych półek na biurko i kiedy stos już groził upadkiem,zacząłem przeglądać akta. Supły na tasiemkach utrudniały operację, ponieważniektóre partie dokumentów zostały powiązane taką ich liczbą, jakby ktośpostanowił nigdy tych papierów nie rozdzielać. Oznaczenia numerycznei literowe wprowadzały zamieszanie, czyniąc dokumenty nieprzejrzystymi,mieszały ulice i nazwiska. Zwiędła tajemnica biurokracji emanowałacmentarnym pyłem.


   - Złota rybka,Fermín  powiedział Celso, zapalając resztkę cygara, podczas gdy jabuszowałem w trzewiach akt. - Pływa gdzieś w wodach tego morza, alejak ją znaleźć? Archiwum zachowuje pamięć o wszystkim, lecz niewielewspomnień udaje się odzyskać. Morze papierów zatapia to, co posiada.


   Ángel zastał nas, po więcej niżpółgodzinie, w wirze poszukiwań, jakby to była walka o życie. Celsowspiął się na ostatni stopień drabiny i ryzykował bardziej niżlinoskoczek, z plikami dokumentów pod każdym ramieniem. Ja rozsupływałemtasiemki i to za moją przyczyną obok rósł stos przejrzanych akt.


   - Idzie don Eladio - oznajmił Ángel,drżąc ze strachu. - Chyba nam nie ufa.


   - To nie igła w stogu siana -orzekł Celso z wysoka. - To ryba w oceanie. Gwiazda we wszechświecie.


   Poranek zasnuwał się ołowianymcieniem, przypominającym zwiastun burzy pojawiający się na spokojnym niebie.I kiedy Ángel Rodiezmo stanął przy moim biurku, ważąc w dłoni akta,przygnębiony, jakby właśnie dowiedział się, że został ukarany, usłyszeliśmygłos don Eladia, grom rozdzierający nieboskłon, wyzywający od nieudacznikówzastępy wszystkich świętych. Razem z nim przyszli Evaristo i Olmeda,dwaj najbardziej zajadli siepacze Sekretariatu; ja zdążyłem się schronić zabarykadą akt i widziałem drżącego Rodiezma, przerażonego obelgamiwykrzykiwanymi przez don Eladia, którymi ten bombardował akta jakbyw zemście za nieodgadniony sekret, kryjący absolutny chaos.


   Nie wiem, cóż to za nagłei dziwne poruszenie zapanowało na kilka chwil przed tragedią. Schowany zabarykadą, stwarzałem pozory wytężonej pracy, marząc jednocześnie, by wszyscyzapomnieli o moim istnieniu, starając się utrzymać nerwy na wodzy i niepozwolić palcom zmiąć przez nieuwagę jakiegoś dokumentu. Evaristo i Olmedawyszarpywali akta z półek, ponaglani przez don Eladia, który pełnymwściekłości tonem opowiadał o jakimś procesie sprzed lat, mającym podważyćdobre imię i wiarygodność finansową Magistratu. Ángel, całkowiciestruchlały, próbował wymyślić jakąś prawdopodobną przyczynę koszmarnegobałaganu w Dziale Wsparcia, który w wyniku przeróżnych okolicznościstał się czarną owcą Archiwum.


   - Wsparcie, Zabawy Publiczne,Zaopatrzenie! - krzyczał don Eladio. - Same czarne owce w tym stadzie, alemoja cierpliwość się skończyła. Ktoś za to zapłaci.


   Spojrzałem w górę, na Celsa,który zdawał się wisieć w niebezpiecznym zapomnieniu na ostatnim stopniudrabiny. Zauważyłem, że coraz trudniej mu jest utrzymać ją w równowadze;Evaristo i Olmeda tymczasem bezmyślnie wyrzucali kolejne tomy akt przywtórze grzmiącej perory don Eladia, jakby najsroższą karą dla nieporządku byłodokończyć dzieła chaosu. Wydawało mi się, że dostrzegam grymas przerażenia natwarzy Celsa, który z dwoma tomami akt w rękach wyglądał jakzłoczyńca przyłapany z dowodem przestępstwa.


   I właśnie te dwa zakurzonetomiszcza, trzymane dość niepewnie, spadły na podobieństwo ołowianego deszczuna głowy don Eladia i Ángela. Usłyszałem okrzyki zaskoczenia i bólui ledwo zdążyłem się wyprostować, gdy przeraźliwy wrzask Llamasa rozdarłchmury Archiwum i zobaczyłem, jak Celso spada niczym gwiazdaw otchłań półek, z nankinowym sztandarem fartucha wionącym na kształtcienia śmierci.


   Celso spadł na don Eladiai w powstałym zamieszaniu trudno było rozstrzygnąć, kto ucierpiałbardziej. Spoczywali wśród dokumentów z wyrazem sponiewieraniai zdumienia na twarzach, jeszcze nie zdając sobie sprawy z rozmiarówklęski. Ángel podtrzymywał obolałą głowę, a Evaristo i Olmedaogłupiali patrzyli na ciała spowite kurzem. W chwilę później, kiedybyliśmy już w stanie zareagować i udzielić pierwszej pomocy,wiedzieliśmy, że szczęście, szczęście w nieszczęściu, bardzo siępodzieliło. Don Eladio i Celso zostali szybko odtransportowani,a diagnoza lekarska stwierdzała u każdego z nich złamanieobojczyka i inne obrażenia, które oznaczały dla obu długi i bolesnypowrót do zdrowia.


   Nie wyszedłem zza mojej barykady.Stałem się cichym i nieulękłym obserwatorem tragedii. Obserwatorem, którytrwając na posterunku w krytycznej chwili poranka przeciętego na pół, miałopłakiwać pole bitwy. Czułem się jak jeden z rekrutów, którym udało sięprzeżyć bitwę, zapomnianym wśród łoskotu i zniszczenia.


   - Posprzątaj - polecił mi Ángel,z twarzą bladą i wyrażającą coraz silniejszy ból,z unieruchomioną głową.


   Wziąłem z biurka ostatnidokument, żeby włożyć go do odpowiedniego pliku i zobaczyłem, jak żarówkahuśta się nad regałem, gdzie półki zdawały się najbardziej zapchane,a szacunek dla nieładu wypływał z jego szacownego wieku. Nie znamdziwnej przyczyny, dla której miałem pewność, że na tym wierzchołku skałysterczącej wśród wzburzonego morza znajduje się złota rybka, pływającaw spokoju swoich in folio.Ustawiłem drabinę, po jej stopniach wspiąłem się na sam szczyt regałui z niemałym trudem wyciągnąłem najdalej wsunięty tom dokumentów.Wróciłem do biurka, rozplątałem podwójne węzły tasiemki. Trzeci dokumentz tego pliku był tym, którego szukaliśmy. Na teczce gotyckimi literaminapisano, że znajduje się w niej wniosek o ogłoszenie upadłości,podano też nazwę ulicy i numer budynku. Rybka rozrzuciła po stole pyłz łusek w kolorze sepii.


   Nigdy więcej, w czasie jużujarzmionym przez lata spędzone w Archiwum, nic podobnego mi się niezdarzyło. Tamta dziwna intuicja pozostaje nadal przypadkowym odkryciem pewnegoporanka, który różnił się od innych i w wyniku zagmatwanychokoliczności odcisnął się w mojej pamięci swym szczególnym blaskiem.


   Tymczasem żałosne wydarzeniezaowocowało decyzjami administracyjnymi: przeniesieniem Rodiezma i Celsa.A ja musiałem przyjąć, nie czekając nań długo, dość podły awans, tak jaktchórzliwy rekrut, który - nienarażony na niebezpieczeństwa walki - zostajenagrodzony medalem.


   Nic nie przykuło mojej uwagiw pliku akt, gdzie znalazłem ów nieszczęsny dokument. Przeleżał dwa alboi trzy dni na biurku, podczas gdy ja powoli porządkowałem bałagan, któryostatecznie ukoronował chaos w nieszczęsnych kolejach losu DziałuWsparcia. Zanim zawiązałem tasiemki przed odłożeniem akt na miejsce,rozdzieliłem dokumenty tego tomu i trzepnąłem nimi w biurko, próbującpozbyć się kurzu, który toczył ich wnętrzności.


   Właśnie wtedy spomiędzy papierówwyleciała koperta i upadła na podłogę. Schyliłem się, żeby ją podnieść.Była pożółkła i zalakowana. Położyłem ją na biurku, a na odwrocieprzeczytałem coś, co brzmiało jak absurdalny adres: „Do tego, kto to znajdzie”.Nie było żadnej innej informacji, tylko to zdanie, krótkie niczym apel,wystukane na jakiejś rozklekotanej maszynie z niebieską taśmą. Pomyślałem,że włożę kopertę z powrotem do brzucha, który ją chronił, ale potemzwyciężyła ciekawość. Żaden z dokumentów nie zawierał niczego, cowskazywałoby na oczywisty związek z kopertą, która zdawała się powtórkąprzypadkowego odkrycia, może jeszcze bardziej absurdalną i dziwaczną.Zostawiłem kopertę na biurku, a plik dokumentów odniosłem na miejsce.


   Potem wziąłem ją i wsunąłem dokieszeni fartucha. Przed zgaszeniem światła spojrzałem na równo ciągnące siępółki, nieruchome niczym kurhany, i doznałem wrażenia, że wewnątrzspoczywają zwłoki, w niedorzecznym i bezładnym okrucieństwie wspólnejmogiły. Tu, w Dziale Wsparcia, Archiwum osiągało krańcową sprzecznośćpamięci, która ginie w labiryncie.


2

   „Dotego, kto to znajdzie” powtórzono w nagłówku pierwszej z kartekwłożonych do koperty. Znajdowały się w niej trzy kartki, zapisane czcionkątej samej udręczonej maszyny.


   Drżały mi ręce, ponieważ zanimzacząłem czytać, poczułem się niby sekretny odbiorca przesyłki zagubionejw czasie i przestrzeni, wiadomości ukrytej z taką samą szansą najej znalezienie, jak skarby zakopane w tajemnicy przed wszystkimi, odkrytejedynie szczęśliwym trafem. Opanował mnie rodzaj dziwnego wzruszenia, kiedyotwierałem je i rozkładałem na stole w świetle lampki. Kopertarozerwała się, ponieważ lak utrudniał jej otwarcie, a mnie zdawało się, żegwałcę czyjąś sekretną intymność, że nagłówek listu nie pozwala na wtargnięciew te kartki, które wśród spokojnych fal dokumentów spały zapomnianeokrutnie samotnym snem.


   „Piszę z drugiego brzegu - mówiłpierwszy akapit, delikatnie oddzielony od reszty - jako rozbitek,bo tym jestem i byłem przez całe życie,zwracam się do Ciebie, który znalazłeś moje słowa, i sprawia mi radość, żeten mój głos, śmiertelny i tajemniczy, do kogoś dociera. To, co zamierzamnapisać, to nie testament ani spowiedź, niech Bóg pozwoli mi nie sporządzaćostatniej woli ani wyznawać żałosnych sekretów. Jedynie parę uwag, któreniechaj posłużą za ostrzeżenie, a i mnie dodadzą otuchy, albowiemw ten lodowaty styczniowy wieczór 1947 roku, przy zimnym piecyku natrociny i w Archiwum ogarniętym mgłą, która wciska się szczelinamiźle zreperowanego okna, odczuwam potrzebę zwrócenia się do kogośz potomnych, kto będzie w stanie, w przyszłych i odległychlatach, wysłuchać zwierzeń natchnionego poety, co potrafił połączyć, podprzymusem i w pośpiechu, poezję z biurokracją, dowodzącw ten sposób, że obie giną w tym samym fatalnym i ostatnim śnie,a na żadnej z owych dróg nie zakwitłem blaskiem sławy. Jeśli tensyberyjski wieczór, podobny do wielu poprzednich, zastanie mnie pochłoniętegowystukiwaniem mego przesłania, które, niczym prawdziwy rozbitek, zamierzamwrzucić w fale, żeby sprawdzić, czy dotrze na jakąś plażę, to dlatego, żemój los nie pozwolił mi na więcej, i w rozpaczy czasu i odmrożeńpozostaję na uboczu, z dziełem rozproszonym, o czym opowiem,z duszą skostniałą wśród otwartego morza dokumentów, kronik sporówcodziennych, znieruchomiałych w kurzu, i być może Ty, przyjacielu,który odnalazłeś moje słowa, również cierpisz i współczujesz, bowiemArchiwum płynie, grzęznąc w udawanej nieśmiertelności swojej zdeformowanejpamięci, a nas, swoje sługi, czyni jeszcze bardziej eterycznymi, podczas gdyono osiąga skamieniałe przetrwanie, możliwe jedynie w zapomnieniui zaniedbaniu”.


   „Zdradzę me imię i stanowisko -tak zaczynał się drugi akapit - abyś wiedział, nieznany przyjacielu, do kogonależy ten głos, uwolniony przez Ciebie z karafki, jak dżinn przezAladyna, choć nie mogę spełnić Twoich trzech życzeń, a jedynie uczynićprzyrzeczone wyznania. Nazywam się Alejandro Saelices Cordal i w tymmieście, które uważa się za bohaterskie i szlachetne, przyszedłem na światponad sześćdziesiąt lat temu, w robotniczej dzielnicy Vulcano, wśródrobotników i rzemieślników, byłem łobuzem i próżniakiem, alez dzieciństwa pozostała mi jedynie blizna po zbyt gorącym okładzie nalewym sutku. Jako trzeciego stopnia kancelista przejdę na emeryturę w tymoddziale Archiwum, gdzie ubieganie się o stanowisko naczelnika toprzeżuwanie złej myśli, która nigdy nie stanie się prawdziwym grzechem. Minęłojuż czterdzieści lat służby, bez kar i zasług, zmąconych zaledwie kilkomanapomnieniami, i całą tę drogę przeszedłem w większości tu, nafolwarkach Archiwum, po jakże obiecujących młodzieńczych przygodachw Skupie i Dzielnicach Podmiejskich i czasie bezkrólewia przezprawie osiem tygodni w Dobroczynności; tu znalazłem tę, która miała zostaćmoją drugą połową. Nie zasmakowałem w trudach i pragnieniach tegogęstego miejskiego świata, gdzie wypadło mi zarabiać na życie, nie zarobiłemteż zbyt wiele, choć przyznać muszę, że zapomnienie nie przynosi mi zaszczytui ta zawodowa obojętność, której byłem bliski, wypełnia mnie teraz, kiedyrozkosz emerytury zmienić się może w gorycz, biorąc pod uwagę dochody, czyw melancholijne przygnębienie, podobnie jak u kury nioski, którą podkoniec życia poświęcają na smutny rosół. Ale to nie narzekanie na przypadkowylos każe mi pisać, już powiedziałem, że żałosne sekrety nie znajdą tuschronienia. Każdy otrzymuje w życiu to, co spada nań z góry,a morskie katastrofy stają się udziałem tylko tych, którzy żeglują, tych,którzy zagłębiają się w życie jak w morze, to wzburzone, to znówspokojne, gotowi polepszyć swój los, chociaż, tak jak w moim przypadku,ten los znajduje swoje przeznaczenie w otchłani, gdzie istota ludzka szukasiebie i ponosi ryzyko, wśród południowych wiatrów, co zmieniają sięw burze i wichury, strawę dla zamieszania i zatracenia;z nich czasem wynurza się, raz pełen natchnienia, a raz chybiony,poemat niczym głoszący chwałę bólu czy radości sztandar”.


   „Jestem poetą - tak zaczynał siętrzeci akapit, na którego przestrzeni czcionka zdawała się blednąć - natej okoliczności, niepewneji niewinnej, oparłem moje istnienie, z ryzykiem, o którymopowiadam, dalekim od codziennych utarczek, bardziej właściwym konkretnymi sprzecznym uczuciom, wśród których miota się istota ludzka. Jestem poetąstraconym i zapomnianym, jeśli trzymać się będę tego, co zostało z mojegogłosu w tych godzinach zmierzchu, kiedy zeszłoroczne śniegi utraciły swójprzepych i nastała kolejna zima, niszcząca i samotna. Byłemnatchnionym poetą przez długi czas, poetą pełnym zapału i oddanymw równych częściach rozlicznym turniejowym potyczkom, gdzie szukałem takchwały, jak i majątku. Chwały znikomej i ulotnej, w igrzyskachna cześć poezji bowiem zawsze więcej waży próżny i złudny blaskrozbawionego towarzystwa, aniżeli liryczna gładkość i natchnione czułościuhonorowanego wieszcza. Majątku zazwyczaj skromnego, efektu ubogich datków,które konsekwentnie i skutecznie miały wspomagać ów kwiat naturalny,czasem z marnego złota, częściej jedynie nim powleczony, a poczętyw dużo mniej szlachetnym metalu. I obu źródłom moje dziełozawdzięczam, częstokroć sprzeczne aż do skrajności, w których podwojonypoeta z trudem rozpoznaje się z jednej i drugiej strony:w prawdziwym głosie, który śledzi drżenie tego, co najgłębiejw sercu, i w głosie zamaskowanym, przychylnym zręcznościwykwintnej pieśni, która madrygałami wypełnia salony. Życie bowiem, istotnie,kłóci się z uczuciem i pamięcią, odbierając im blask, wszczyna nużącezamieszanie, jakby tym chciało nas ukoić, ukołysać, tak byśmy w fatalnymśnie nic nie potrafili odróżnić i oddawali mu się jak szczęściuniewiedzy”.


   „Mojego prawdziwego dzieła - wyznawałdalej Alejandro Saelices - świat nigdy nie poznał. Głos, który je rodzi,okryłem najgłębszą tajemnicą, to bowiem, co czujemy najgłębiej w sercu,zawsze niesie w sobie burzycielską siłę, a tylko ja chciałem byćpanem moich zniszczeń. Ukrywając go, usiłowałem osiągnąć doskonałośćzapomnienia, doskonałość, która zawsze mnie fascynowała, ponieważ zapomnieniecałkowite, nieodwołalne, posiada, w moim mniemaniu, tę samą trwałośći piękno, co pustka, gdzie nicość wsysa spojrzenia. A zatem, skoroskromna jest moja twórczość liryczna, mierzona potrzebą chwili, to mojeprawdziwe dzieło jest ogromne, do tego stopnia, że przez czterdzieści latsłużby, bo tyle trwają moje biurokratyczne obowiązki, nieliczne były dni, w którychnie powstał jakiś wiersz, jakiś górnolotny poemat, może tylko dni wolnei święta, poświęcone rozrywce innej niż duchowa. Skromna sława mychpublicznych dokonań - sześć żywych kwiatów, trzy dziękczynne proporce,dwadzieścia cztery wyróżnienia konkursowe i sześć wyróżnień specjalnych -nie jest tożsama z moim osobistym dorobkiem, z którego nawet jedenwers nie ujrzał światła dziennego”.


   „Gdzie mam złożyć to przesłanie,które dodaje otuchy ślepocie mych oszalałych i tęsknych natchnień? -zapytywał Saelices, a ja miałem wrażenie, że jego palce odpoczywały przezchwilę na klawiszach, póki znów nie zaczęły w nie stukać, jakby w tymzimowym wyznaniu konieczny był oddech i, niemal bezwiednie, moje oczy zwróciłysię w kierunku okna Archiwum, gdzie wielokrotnie wymieniana dykta ciąglezastępowała rozbitą szybę, a przez szpary swobodnie przenikała mgła. -Gdzie pochować ten liryczny sen niekończących się kartek, opadłych z latjak z drzewa życia, w nieruchomych godzinach, strwonionych na urzędowaniu?W żadnym innym miejscu niż to, w którym mieszkam, w świątyniwzniesionej, by zapomnienie i pamięć mieszały swe sumieniaw bratającym je kurzu. Żadna inna przestrzeń nie jest bardziejodpowiednia, by śledzić tę doskonałość, o której wcześniej wspominałem,której echo rozbrzmiewa w pustce, gdzie czai się nicość, która jestwiecznością, a na jej łonie pragnąłbym zamieszkać. Z troskliwąostrożnością, w samotne wieczory długich niezwykłych godzin, wrzucałemjeden po drugim moje poematy pomiędzy karty niezliczonych dokumentów, śniącychtu swój sen, i w ten sposób teraz, kiedy dobiegam czterdziestu latpracy, śmiało powiedzieć mogę, że zasiałem w Archiwum moje dzieło, cow swej nieokupionej ofierze spełnia ową ostateczną czystość odwlekania, doktórej dążę. I muszę Ci wyznać, nieznany przyjacielu, że z tejperspektywy czasu i odległości czuję się zadowolony, jakby los owegodzieła, znajdujący schronienie w zagubieniu, był losem spokojnymi dobrym, zdolnym upieścić jednym gestem tysiące rozproszonych wierszy,zdolnym wywyższyć je, choć do nikogo nie będą należeć w swym ostatecznymzapomnieniu, które musi nastąpić, kiedy zgaśnie moja pamięć”.


   „Ale strzeż się Archiwum - napominaładresata ostatni akapit - bo choć ja się nim posłużyłem i potrafiłem jewykorzystać, aby dać schronienie memu prawdziwemu dziełu w jegoniezgłębionej samotności, nie mogę zapomnieć, że moje życie, żywot rozbitka,w jego siedzibie rozsypało się, rozkradane w niewidzialnej grabieżytylu zakurzonych lat. Istnieje, kochany mój przyjacielu, pozwól, bym za takiegoCię już uważał, pamięć święta i pamięć bezużyteczna,a o ustanowienie i zachowanie tej drugiej Archiwum wygrałobitwę, tak jakby wygrało ją w życiu, gromadząc balast śladówi znaków, które pozostawia człowiek w znojach, niczym bezwładnyprzekaz, niczym jałowe dziedzictwo sporów, zuchwałości i nieszczęść, którew życiu powoduje przyrodzona mu kondycja. O świętej nic nie powiem,jako że tego wieczoru, gdy Archiwum ogołaca z jakiegokolwiek wyższegouczucia, wśród mgły już otulającej moje serce, nie chcę nawet wspominaćo kielichu, przy którym świętujemy, choćby i nadaremno, rytuałnaszego uwiecznienia, tylko dzięki niemu bowiem możemy trwać wczepieniw to, czym byliśmy i czym byli inni, władcy tego fragmentu życia, cokaże nam trwać, zwyciężając niszczycielską świadomość naszej nietrwałości”.


   „To były właśnie rozważaniai wyznania, które pragnąłem zostawić tu zapieczętowane, jak rozbitekwiadomość w butelce - kończył się list. - Skoro już je znalazłeś, pozwólmi sobie samemu powinszować, że tak się stało i że wśród fal czasu Twojeodkrycie ożywi mój głos, a gdy się już tak stanie, odzyska on swebrzmienie w przyszłości, w której Ty go przyjmiesz. Czy to taki samwieczór jak ten? Czy Ty także należysz do tej posłusznej trzódki sług Archiwum?Nie życzę Ci tego, lecz gdyby tak było, co wydaje mi się prawdopodobne,przyjmij moje braterstwo. Jeśli chcesz wiedzieć o mnie coś więcej, powiemCi na koniec: ręka, która mnie zabiła, pozostaje ukryta w Dziale Akt,w drugim regale, na szesnastej półce, w przegródce dwieścietrzynastej, plik dokumentów numer tysiąc sześćset dwadzieścia cztery. Alea iacta est”.


(...)

Copyright © 1992 by Luis Mateo Díez