Strona główna / Literatura polska / Agnieszka Osiecka / Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką

Aktualności

14.01.2019

Nominacja do tytułu Osobowość Roku 2018!

Beata Sabała-Zielińska, autorka książki "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć", nominowana do tytułu Osobowość Roku 2018! Zachęcamy do głosowania.

Wywiady

01.12.2018

"Nie mówiłam ani po polsku, ani po niemiecku, po prostu się nie odzywałam"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Emilią Smechowski, autorką książki "My, superimigranci".

Posłuchaj i zobacz

04.12.2018

"Pogoda dla puchaczy. Zima"

Marcin Kozioł i Bartek Jędrzejak o książce "Pogoda dla puchaczy. Zima". Zapraszamy do obejrzenia nagrania!

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem żoną terrorysty Laila Shukri
  2. TOPR. Żeby inni mogli przeżyć Beata Sabała-Zielińska
  3. Dawid Kwiatkowski. Optymistyczny kalendarz 2019 Dawid Kwiatkowski

Fotogaleria

więcej »

Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką

Zofia Turowska

     I. Każde życie


Każde życie, powiadasz,
to materiał na książkę.
Czy aby na pewno?
Czy moje też?
Każda książka, powiadasz,
to materiał na życie.
Moja też?
(A. Osiecka, "Materiał")"

    Zaczynam mój pamiętnik:
Dnia 27 XII 1945 roku
W 1939 roku wróciłam z Zakopanego do Warszawy. Wtedy zaczęła się okupacja niemiecka. Miałam trzy lata, a teraz mam dziewięć. Na początku mieszkałam z rodzicami na Saskiej Kępie na ulicy Jakubowskiej 16. Miałam tam swój pokój, który był mały, ale śliczny. Poznałam, mając pięć lat, bardzo miłą koleżankę, którą bardzo lubię, a nawet kocham. Ta koleżanka nazywa się Iza Szumiel. Miała ona wtedy pięć i pół roku. Potem mieszkałam z Tatuśkiem i z Mamuśką też na ul. Jakubowskiej, ale pod nr. 14 m. 2. Ponieważ była to, jak już wspominałam, okupacja niemiecka, rodzice nie posyłali mnie do szkoły i mieliśmy w domu wychowawczynię i nauczycielkę zarazem w jednej osobie. Rano na 9 godzinę przychodziła do mnie Iza i jeden chłopiec Andrzej. Mieliśmy lekcje do godziny 12.
     Ja i Iza uczyłyśmy się dwóch języków (teraz się uczymy trzech), a mianowicie francuskiego i niemieckiego. Niemieckiego uczyła nas nasza "nauczycielka-wychowawczyni". Francuskiego uczyła nas "za wytworna" według nas starsza pani, którą przezywałyśmy "madamcią". Naszą "wychowawczynię-nauczycielkę" Iza i ja przezywałyśmy "Baba". Właściwie nasza "wychowawczynio-nauczycielka" miała na imię Nina i była bardzo podobna do "Czarnej wrony", jak ją nazywał nasz sąsiad. Skończyłyśmy z Babą" oddział drugi. O godzinie czwartej miałyśmy ja i Iza parę razy w tygodniu lekcję muzyki.
     Pewnego razu byliśmy (to znaczy Mama, Tata i ja) w naszej kawiarni i jedliśmy obiad. Potem tata poszedł do pracy, a ja i mama poszłyśmy do naszych znajomych. O piątej godzinie wieczorem wybuchło Powstanie przeciw Niemcom. (Babcia Brońcia i "Baba" były z nami w Warszawie w śródmieściu, ale kochany Dziadek został na Saskiej Kępie). Pod koniec Powstania Niemcy wysiedlali Polaków do różnych obozów. Nas wywieźli do obozu ? St. Pölten. W obozie było źle. Mamusia, Tatuś i inni Polacy pracowali w fabryce. Potem Tatusia Niemcy wywieźli na okopy, a ja zachorowałam na szkarlatynę. Gdy wróciłam z obozu, znaleźliśmy się dosłownie wszyscy, to znaczy cała rodzina i Iza. Dalej przyjaźnię się bardzo z Izą.
     Gdy wróciliśmy z obozu, okazało się, że nasze mieszkanie jest zburzone. Cztery miesiące mieszkaliśmy w maleńkim pokoiczku u Dziadunia. Teraz mam nawet swój pokój, który jest ślicznie urządzony na niebiesko, na kolor kości słoniowej i na różowo. Teraz będę pisać nieco obrazowiej, bo właśnie dzisiaj zaczęłam pisać mój pamiętnik i musiałam streścić szereg lat. Mam na imię Agnieszka, a na nazwisko Osiecka1.

     Te same wspomnienia z dzieciństwa tak opisała dwadzieścia pięć lat później w pierwszej swojej powieści - "Zabiłam ptaka w locie", wydanej nakładem Czytelnika w roku 1970:
„Ludzie wracają z wojennej włóczęgi do Warszawy. My też: matka, ojciec i ja. Pociąg zatrzymuje się w rdzawym polu. Orientuję się, że to nie pole ani łąka. To ruiny. To całe polany, kotliny, wąwozy i wzgórza różowego gruzu.
     To Warszawa...
     Moja pamięć otwiera się na początku tej sceny.
     Idziemy.
     Zbliżamy się do rzeki. To Wisła...
     Przewoźnicy krzyczą: "Na Pragie, na Pragie!".
     Przewożą ludzi na drugą stronę Wisły.
     Przewóz kosztuje dwa złote...
     Łódź jest pełna ludzi.
     Niektórzy z dziećmi. Dzieci płaczą.
     Ja nie...
     Ojciec spogląda na trupa tego miasta, do którego mnie przywiózł, tak jak kapitan tonącego okrętu patrzy na skałę, o którą za chwilę rozbije swoją załogę.
       Duma i dyscyplina nie pozwalają mu się przyznać, że zrobił błąd...
     - Trzeba było jechać do Wiednia - szepcze matka i jej usta są białe...
     - Nie przejmuj się, damy sobie radę! - woła...
     Wchodzimy do naszego przedwojennego, wielkiego mieszkania. Jest na pół zburzone. Wszystkie rzeczy rozkradzione. Na środku dawnego salonu, wśród gruzu, wyszczerza się odrapany fortepian, Bechstein. Niezła firma... Na ziemi wala się album z rodzinnymi zdjęciami. Bo i komuż była potrzebna ta kolekcja!
     Węgierska babcia z Timoszuary, brodaty warszawski zegarmistrz - ojciec matki, no i ta elegancka pani przemierzająca w dorożce odświętne ulice Wiednia. To tancerka. Na sąsiednim zdjęciu widać afisz i wyraźny na nim napis: "Dziś tańczy Eleonora".
     Ojciec podnosi album z ziemi i kładzie na kamiennej półce.
     Wychodzi i za pół godziny wraca. Prowadzi tęgą kobietę pachnącą fasolą. Sprzedaje jej fortepian. Od tej samej kobiety wynajmuje dwupokojowe mieszkanie na sąsiedniej ulicy”2.

     Rodzina Osieckich to przedziwny konglomerat wyższych i niższych sfer, także narodowo splątanych. Ojciec Agnieszki, Wiktor Osiecki, urodził się w roku 1905 w Belgradzie, jego matka była Serbką, a babka Wołoszką. Wcześnie został osie-rocony: matka mu umarła, gdy nie miał jeszcze roku, ojciec, kiedy miał ledwie pięć lat. Wychowywała go macocha, potem ciotka, z którą mieszkał we Lwowie, tym specyficznym kotle ludzkim, gdzie byli i Żydzi, i Tatarzy, i Węgrzy, i Ukraińcy, i oczywiście Polacy. Z tego właśnie czasu pozostał mu charakterystyczny akcent, dający się określić jako lwowsko-kresowo-łobuzerski.
     W końcówce lat dwudziestych jako pianista lokalowy, "co budzi gamę zbyt niewinną", zarabiał na życie w lwowskiej znamienitej restauracji w luksusowym hotelu "George'a" przy zbiegu ulic Sienkiewicza, Tańskiej i Akademickiej, gdzie spotykał się świat dystyngowa-nej inteligencji. Później zaangażowany przez dyrektora "Adrii" Moszkowicza przeniósł się do Warszawy i grał w kawiarni "Sztuka i Moda" (Sim) na Królewskiej, w miejscu gdzie teraz stoi hotel "Victoria". Kawiarnia pretendowała do elitarnego salonu literacko-muzycznego. Swoje wiersze czytał tu między innymi Światopełk Karpiński, znany wówczas satyryk tygodnika "Szpilki". "Sztuka i Moda" należała do hrabiny Raczyńskiej, secundo voto podporucznikowej Zofii Arciszewskiej, późniejszej ciotko-babki Agnieszki.
     Wiktor Osiecki, wołany przez przyjaciół "Wiktorio", bardzo sympatyczny, dowcipny, bezkonfliktowy gentleman - jak zapamiętali go znajomi artyści - pewnego dnia właśnie w "Sztuce i Modzie" poznał dziewczynę, którą "wykołysał Nowy Świat", Marię z Lipowskich Sztechmanównę, kierowniczkę sali w "Ziemiańskiej".
     W roku 1935 rodzice Agnieszki: "ojciec - postać w pewnym sensie cyganeryjna, matka - panna z dobrego domu", stanęli na ślubnym kobiercu.
     Dziewiątego października 1936 roku przyszła na świat poetessa polskiej piosenki.

     O przeżyciach wojennych, okupacyjnej tułaczce i poniewierce popowstaniowej w rodzinie Osieckich nigdy się nie rozmawiało, bo nie należało przerażać kilkuletniej dziewczynki, ślicznej jak aniołek jasnej blondynki, której ulubionymi zabawkami były wycięte z kartonu namalowane własnoręcznie lalki oraz pudełka od zapałek. Po prostu nie uznawała zabawek kupowanych w sklepie. I ciągle, jak opowiadała jej matka, zamartwiała się, że nie jest chłopcem. Mając 10 czy 12 lat, zaczęła układać wierszyki - sprawiało jej to dużą przyjemność. "Już w pieluszkach darłam się "pisać, pisać" - i darłam się tak, jak wrzeszczy się "ratunku"..."3.

     Z pamiętnika:
Opisuję dzień 28 XII 1945 roku.
Dzisiaj rano wstałam późno, bo dopiero o wpół do dziewiątej. Potem, jak się ubrałam i mama mnie uczesała, odrobiłam lekcje angielskiego i niemieckiego. Obiad był bardzo dobry. Ponieważ dzisiaj jest piątek, nie jadłam mięsa. Po obiedzie przyszła Iza i poszłyśmy na lekcje angielskiego (jutro jest lekcja francuskiego i niemieckiego). Do szkoły teraz nie chodzę, bo są wakacje świąteczne. Na niemiecki było zadane wypracowanie w formie listu pt.: jak spędziłam święta Bożego Narodzenia. Teraz, jak skończę opisywać dzieje dzisiejsze, będę czytała książki, które pożyczyła mi Iza. Kolacja była bardzo dobra. Teraz idę do łóżka czytać, a potem spać.
     Opis dni 1 i 2 stycznia
Bardzo przepraszam, że nie pisałam tyle dni, ale nie miałam czasu. Wczoraj poszłam do mojej babci Kasi na imieniny z mamusią i przyszłam dopiero do domu dzisiaj rano. Nauczyłam się angielskiego i zjadłam obiad. Obiad nie był dobry: był wczorajszy rosół i kluski z cielęciną. Gdy poszłam z Izą na lekcje, dostałyśmy rzymskie piątki. Potem poszłam do Izy i pożyczam od niej książki. Na dzisiaj dosyć. Idę jeść kolację4.

     Nie czuła w domu miłości. Nie siadała nikomu na kolanach, nikt jej nie głaskał, nie tulił do snu, ani matka, ani ojciec.
Innym zazdrościła "wszystko-kochających, wszystko-dotykających i wszyst-ko-obejmujących matek". Takich, z których wieczna tkliwość zdawała się płynąć.
     "Matka nigdy nie mówiła mi nic miłego: że byłam cudna jako dzidziuś, że miałam orzechowe oczka, że mówiłam gu-gu5. Dla mojej mamy wszystko oprócz leżenia na kanapie wydawało się ryzykiem! Żyła jak ptak, który - raz śmiertelnie przerażony - już nigdy nie wyzbędzie się lęku". Tym lękiem zarażała córkę, systematycznie obrzydzając jej "całe najcudowniejsze obszary życia. Chroniła mnie jak umiała. Taiła przykre wiadomości i telefony, podsłuchiwała złe rozmowy i czytała moje listy. Kochałam mamę i nienawidziłam jej z całego serca. Ona wyczuwała to i przeczuwała całą swoją upartą, półinteligencką wyobraźnią".
     W domu Osieckich było "spokojnie jak pod paprocią, ale bez syropu na zmartwienia. Miałam zimnych rodziców. Mama bała się życia, była bardzo praktyczna. Nie było ciepła u nas w domu. Może można urodzić się drugi raz, z jakiejś innej matki, chlebowej i gorącej?"6. Ojciec, posiwiały, spoglądał zimnymi szarymi oczami. Uważała, że po ojcu ma to samo spojrzenie: "Ani za, ani przeciw. Zobaczymy, damy sobie radę..."7.

     W roku 1949 notowała w pamiętniku:
     "Przyjdzie on, wielki, opisywany w gazetach, "grywany" w radio, mający swoją orkiestrę, dumny kompozytor, artysta z talentem i bez chęci, władca, człowiek pieniądza, kochający do szaleństwa ojciec, u którego miłość zamienia się w tyranię i piekielną zazdrość i się zacznie... Za piętnaście minut... Piekło na ziemi..."8.

     Wczoraj było w naszym domu niespokojnie ciut,
     nasza mama z naszym tatą stłukli cały miód...
     a ja robię się okropna, gdy mi szczęścia brak...

     Od dzieciństwa wyrabiała w sobie postawę pół przekorną, pół akceptującą. Nie umiała się śmiać od ucha do ucha, wesołość zawsze się jej mieszała ze smutkiem: "raz słodkie rodzynki, raz gorzkie migdały". Ciągle wypatrywała małej chmurki, "co tylko dla mnie, dla mnie gna"...
     Prosiła:

     Boża krówko, leć do nieba,
     przynieś mi kawałek chleba,
     a do chleba - trochę szczęścia,
     a do szczęścia - trochę wiary,
     a na deser -
     jakieś czary, jakieś mary...

     Już we wczesnym dzieciństwie zetknęła się z kabaretem, a właściwie rewią. "W domu moim wiele mówiono o kabaretach typu Qui pro quo, o piosenkach Tuwima i Szlechtera, o melodiach Warsa i o kawiarniach śpiewających w rodzaju "Simu" należącego do samej wojny do mojej ciotki pułkownikowej Arciszewskiej"9.

     Pierwszy raz program rozrywkowy, w którym śpiewała słynna wtedy Wiera Gran, zobaczyła w "Kameralnej" przy ulicy Foksal, bodaj najbardziej ekskluzywnej restauracji w powojennej Warszawie, gdzie ojciec był pianistą. Była jedenastoletnią dziewczynką i z tego wieczoru zapamiętała "gwiazdki na suficie i Węgra akrobatę, który po kontuzji wojennej miał wszczepione sztuczne żebro dokuczające mu podczas występów"*. Wielkie wrażenie robiły też na niej popisy pary czarowników - Nemo i Ramiganiego.
     Wiktorowi Osieckiemu imponowali ludzie solidnie wykształceni i w ogóle tak zwani intelektualiści. "O, ten i ten, to mądry człowiek, skończył dwa fakultety" - mawiał. Swoją muzykę traktował jak artystyczne rzemiosło, którym można zarobkować, lecz także upiększać sobie życie. Córkę zaraził wieloma pasjami: nauką języków obcych, fotografiką. "On też wpajał mi pogląd na istotę sztuki. Zawładnął moją duszą i w pewnym sensie ciałem, bo kazał mi pływać, grać w tenisa i ping-ponga. Zaczął mnie wymyślać, kleić i fabrykować, czynić i opisywać. Jestem tworem jego fantazji i pracy"10.

     Twardo egzekwował staranne wychowanie i edukację Agnieszki. Do do-mu Osieckich wróciły polskie i niemieckie książki o niezrozumiałych dla dziecka tytułach: "Jednostka wybitna a szkoła", "Pedagog nowoczesny" itp. Nie pozwalał czytać gazet, starał się ją chronić przed życiem. Kiedy przyniosła ze szkoły "Trybunę Ludu", poszedł nazajutrz do nauczycielki i urządził awanturę, że dzieci czytają gazety.
     Uczył Agnieszkę dyscypliny i pracowitości. Powtarzał często, że człowiek w życiu nie powinien kierować się emocjami, tylko chłodno i wytrwale dążyć do postawionego sobie celu, aby stać się "kimś", odnieść sukces. Stworzył córce dokładny plan zajęć na każdy dzień. Wypisywał punkt po punkcie, co powinna robić o danej porze, aż sama wyrobiła w sobie nawyk sporządzania takich planów. Opowiadał jej także, jak jego ojciec czy dziadek starał się mu pomóc w zostaniu dobrym pianistą. Wypalali mu, za pomocą świeczki, skórę między palcami, by jego dłonie obejmowały jak najwięcej klawiszy, a palce nabrały swobodnej elastyczności w poruszaniu się po klawiaturze11. Był przekonany, że na świecie są dwa typy ludzi: wodzów i niewolników; a jakakolwiek trzecia kategoria w ogóle nie istnieje.
     "Ona nie jest jak inne dzieci" - uważał i z uporem kształtował jej charakter. Zabrał ją kiedyś na Okęcie, aby podziwiała odlatujące samoloty i snuła plany dalekich podróży. "Dlaczego nie? Możesz lecieć, gdzie chcesz..." - zapewniał, jakby całkiem zapominając, że w tych stalinowskich latach zwykły śmiertelnik nawet nie miał co marzyć o zagranicznych podróżach. Wtedy "Stalin fotografował się jeszcze z fajką, a ja nosiłam żółty sweterek w paski i czarne pantofle wiązane w kostce. I myślałam, że picie peppermintu przez słomkę jest najelegantszym zajęciem na świecie"12.

     To były lata, kiedy szkolnymi lekturami obowiązkowymi były książki w rodzaju "Numer szesnasty produkuje" i broszury Michaiła Kalinina, które miały przekonać, że młodzież radziecka jest szczęśliwa i radosna, a Olgę Lepieszyńską, dopiero później zdemaskowaną jako hochsztaplerkę, otaczał kult należny uczonej, która rzekomo rozwiązała "zagadkę życia na ziemi".
     Agnieszka chciała zostać biologiem, bo wielkie wrażenie zrobiła na niej wylęgarnia kurcząt w Puławach. Szalenie ją pasjonowało powstawanie nowego życia. Chciała wyhodować kurczę, podgrzewając jajko lampą w piwnicy. Miała nawet napisać dzieło naukowe pt. "Tajemnica powstawania życia na ziemi". Od dzieciństwa zresztą przychodziły jej do głowy "coraz to inne kontrpropozycje do Agnieszki Osieckiej".

     Aniołem być
     sokołem być,
     gardzić błotem i złotem...
     Unieść się,
     wywyższyć się,
     w niebie kołysać się,
     spotkać Go,
     ominąć Go,
     nie pokłonić się w locie i nie opaść na dno,
     ziemię podrzucić jak wielki kapelusz i gnać, i gnać, i gnać!

     W roku 1948 rozpoczęła naukę w żeńskim Gimnazjum im. Marii Skłodowskiej-Curie na Saskiej Kępie. Szkoła "była jak Tajemniczy Ogród. Baśka Rzewuska z mojej klasy mieszkała w pokoikach zatłoczonych meblami z rozparcelowanego dworku. Jeden chłopak, chyba Sumiński mały, jeździł na koniu po Wale. Na rogu Obrońców chodziłam na prywatki do willi w zamurowanym ogrodzie, gdzie pokoje miały nazwy: niebieski, perski, itd. Marcin miał terrarium w pokoju. Staszek Gebethner - stare płyty. Jaś sterczał pod kościołem, a dużo wujków - po kryminałach"13.

     Po drugiej stronie Wisły bywała bardzo rzadko. Najczęściej wszędzie chodziła z ojcem. Spacerowali Wałem Miedzeszyńskim do dawnej YMCA na pierwsze "potańcówki w podskakującym nastroju, tańczenia "dżajfą" i amerykanką"", wspólnie z ojcem oglądali filmy z Ritą Hayworth i oboje słuchali nagrań starych musicali oraz Braci Łopatowskich na płytach "Muzy" i "Odeonu". W roku 1952 Wiktor Osiecki, który wtedy grał w orkiestrze Karola Bovery'ego, sprowadził cały zespół - a to była niebywała sensacja! - na zabawę w "Skłodowskiej-Curie".
     Osieccy żyli skromnie, lecz wciąż posyłali Agnieszkę na prywatne lekcje języków. Uczyła się średnio. W czasach gimnazjalnych powtarzała patetyczne: "łajdakiem jest, kto w młodości nie pragnął być Szekspirem".

     Z pamiętnika:
8 X 1949. Co robić z sobą? Zagrzebać się w książkach? Na to się nie zdobędę nigdy i zresztą nie dopuszczono by mnie w ogóle do tego, żeby nauka w moim wieku doszła do stanu jakiejś manii czy kontemplacji. A w szkole, czy wygłupiać się szaleńczo, czy być poważną i jechać na piątkach? Czy może pozostać taką, jaką jestem i byłam dotąd? A jeśli tak, to jaką ja jestem, jaką ja byłam, przecież ja nie wiem właściwie... A jeśli myślę o wybraniu zawodu, to biję się w myślach z ustaloną medycyną na korzyść literatury. Przeżywam teraz okres pewnej depresji, a może nawet i to jest za mocnym powiedzeniem, raczej pewnej przemiany wewnętrznej. Wyczuwam w sobie brak charakteru, nie wiem, jaka ja właściwie jestem. Nie mam ideału14.

     Nie bardzo przejmowała się nauką. Przez długi czas pasjonowała się siatkówką. Notowała: "Matma - dwója. Fiza - dwója. Na wuefie oblałam kozioł. Co tam, najważniejsze, że się wypogodziło i na siatkówce będzie Bogdan. Jerzy jest już dla mnie nikim".
     Była bardzo kochliwa. W jej pamiętniku niemal na każdej stronie występuje inny chłopiec: "Pędzę na siatkówkę, bo spotkam Jacka", "Jacek już nic dla mnie nie znaczy. Czekam na Jerzego. Coś mi mówi, że dzisiaj nie przyjdzie", "Jeśli się zakocham, to w pięciu chłopcach naraz...". Skarżyła się: "Cóż z tego, że rodzice pozwoliliby mi pójść z nimi" na zabawę, ale ja żalę się, że nie mam z kim. Czyż jestem brzydka, nie mam powodzenia? Nie, po prostu mam 13 lat. Te właśnie 13 lat ukończę jutro, o 3-ej rano"15

.
     Wreszcie odważyła się i na szkolnej zabawie sama poprosiła do tańca chłopca, który jej się podobał. On jej odmówił! "Zawsze wykazywałam ambicję zdobywania chłopców. Na takich, którzy usiłowali mnie podrywać, nie zwracałam uwagi"16.

     "Droga wszystkich moich szczenięcych flirtów wiodła od kokieterii i dużego zaangażowania z mojej strony (coś w rodzaju gry) do "sukcesu" i gwałtownej chęci wycofania się. Chęć ta była zawsze rozpaczliwa, tłamszona przez wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności wobec człowieka, którego sobie wzięłam właściwie nie wiadomo po co. Wszystkie moje powodzenia były moimi klęskami"17.
     Agnieszka prowadziła jednocześnie dwa, a czasem nawet trzy pamiętniki. W jednym zapisywała tylko suche relacje, zwykle podpisane - Alicja Belińska: tam poszłam, to zrobiłam, było tak a tak. W drugim notowała swoje przemyślenia, i te podpisywała: Bożena Ostoja18, pełne wybujałej wyobraźni, pragnień i marzeń pensjonarki o szalonej, płomiennej miłości.
     Któregoś dnia matka znalazła właśnie ten drugi pamiętnik i wyrwanych z niego kilka kartek pokazała ojcu. W domu wybuchła straszna awantura. Agnieszka, zraniona, że tak brutalnie ujawniono jej tajemnice, napisała dramatyczny list do ojca.

     18 XI 50:
Z mego pamiętnika zginęły kartki, kartki, których ukrycie ważne byłoby dla utrzymania pozy naszych stosunków domowych.
     Przyznam się, że o takie... chamstwo Ciebie nie podejrzewałam. Od tej chwili widzę w Tobie ojca i jako takiego Cię kocham, ale nie widzę w Tobie gentlemana, którego mogłabym szanować i jako który mi zawsze imponowałeś.
     Jestem do tego stopnia zdemoralizowana, że na moją osobowość - świadomość Twego postępowania absolutnie nie wpłynęła; nie martw się o to. Ja mam w domu to wszystko, co potrzebuję i czego wymagam. Wychowywać mnie już nie potrzebujecie. Nie mam jeszcze swoich poglądów, ale mogę dać w życiu w mordę każdemu, kto mi w nim przeszkodzi.
     Wybacz formę tej wypowiedzi, ale jestem silnie zdenerwowana. Myślałam, że ludzie dorośli mają ciekawsze metody badania psychologii swych tzw. trudnych dzieci i bardziej na "poziomie" zainteresowania.
     Nie ma nic gorszego, jak ośmieszyć się lub nie stanąć na wysokości zagadnienia. W życiu trzeba być bezczelnym, a nawet chamem, ale trzeba to także umieć stosować. To jest obowiązkiem i prawem człowieka.
     Nie opisałam tu tego, co wiem i czuję w całej pełni. Ty to zrozumiesz i zechciej uważać kwestię za wyczerpaną.

Aga

PS. Rozumiem, że sytuacja jest bezsprzecznie trudna, ale jeszcze nie najgorsza i stosunki mogą się ułożyć jak najlepiej. Najważniejszym jest - nie denerwować się. Przepraszam za cynizm. Jest on tylko objawem braku inteligencji.

Twoja córka19

     "Tata Lew" - tak nazywali ojca Agnieszki jej koledzy w latach szkolnych. Był dla nich postacią tajemniczą i niedostępną, bo nawet jeśli był w domu, to unikał kontaktu, tylko czasami, przez ścianę, słyszeli jego obecność. Budził respekt, a nawet pewien rodzaj bojaźni. Odnosili wrażenie, że był osobą najważniejszą, z którą najbardziej wszyscy muszą się liczyć.
     Agnieszka bardzo boleśnie zawiodła się na swoim ojcu. Któregoś dnia przez przypadek, a może z ciekawości właściwej młodemu wiekowi, podniosła słuchawkę telefonu i usłyszała, że jej ojciec z drugiego aparatu rozmawia z jakąś kobietą. Był bardzo zdenerwowany, błagał, aby go nie opuszczała. Głos jego był dziwnie odmieniony, takiego zachowania ojca Agnieszka nigdy nie znała! Przeżyła potworny szok. Nie tylko dlatego, że tak nieoczekiwanie ujawniła się głęboka skaza na nieskalanym dotychczas wyobrażeniu o rodzicach. Przede wszystkim zaskoczył ją ton głosu i sposób, w jaki poniżał się przed jakąś całkiem obcą kobietą jej ojciec, Wiktor Osiecki! Kobietą, z którą rozmawiał przez telefon Wik-tor Osiecki, była Józefina Pellegrini20. Agnieszka bardzo długo nie potrafiła o niej myśleć inaczej niż z niechęcią, a nawet z nienawiścią. Może w poczuciu nieszczęścia, jakie spadło na matkę, do której była przywiązana w sposób wręcz metafizyczny21.
     W "Zabiłam ptaka w locie" napisała:
"- Ojcze. Ratuj mnie! Patrz, dokąd doszliśmy. Czy to ja, ja sama zepsułam wszystko? Czy to ty, ojcze, zapomniałeś mi czegoś powiedzieć, czegoś bardzo ważnego?... Jak to było, tato? Wszystkie twoje słowa wypadają mi z rąk. Czy był jakiś błąd w twojej metodzie?...
- Ojcze - mówię, co już mówiłam. - Szłam twoją drogą i doszłam na pole pełne kurzu i ostu... Czy popełniłeś omyłkę na samym początku, kiedy wytyczałeś kierunek mego szlaku? Ojcze, czy był w tym jakiś błąd? Czy wiesz o nim?
- Dobra byłam, ojcze. Ufna, zdolna. Szłam po twojej drodze. Na ślepo szłam. A ty zapomniałeś paru rzeczy. Paru ważnych rzeczy nie wzięliśmy w tę podróż, tato"22.

     ...tak, że ja w końcu wiersze piszę,
     Wiem, że nie chciałeś tego, tato...
     ...to samo przyszło.
     Z niekochania. Czy z kabaretu.
     Jak w serce igłą.

     Agnieszka otrzymała świadectwo dojrzałości w roku 1952. Obawiała się dorosłego życia: "Nie daj moim oczom widzieć zwierząt ani kwiatów, które nie są po to, aby je oglądano, nie daj dotykać rzeczy, które nie są po to, aby je dotykać, nie daj mi płynąć po takiej wodzie, która nie zna pieszczoty wioseł ani ciężaru łodzi, ani niczego prócz dotyku słońca i księżyca - amen"23.
     Cyganka przepowiedziała, że czeka ją niełatwy wybór: "Dwa życia tobie sądzone, paniusiu, jakby dwa pokoje - w jednym pokoju jasno jest, a w drugim ciemno... Ty się w sobotę urodziłaś w białe południe. Kwiaty tobie dali i cukier do kolebki. Ale łzy są na miejscu twojego przeznaczenia..."24.

(...)


  1 Agnieszka Osiecka, pamiętnik z 1945 r., Muzeum Literatury
  
2 Agnieszka Osiecka, "Zabiłam ptaka w locie", Czytelnik, 1970
  
3 Agnieszka Osiecka "Weteraństwo", Muzeum Literatury
  
4 Agnieszka Osiecka, pamiętnik z 1945 r., Muzeum Literatury
  
5 Agnieszka Osiecka, "Salon gier", Iskry
  
6 Agnieszka Osiecka, "Rozmowy w tańcu", TENTEN, "Salon gier", Iskry, 1990
  
7 Agnieszka Osiecka, "Zabiłam ptaka w locie", Czytelnik, 1970
  
8 Agnieszka Osiecka, pamiętnik z 1949 r., Muzeum Literatury
  
9 Agnieszka Osiecka, "Refren sam śpiewa", referat na sesję podczas Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu
10 Agnieszka Osiecka, "Zabiłam ptaka w locie", Czytelnik 1970
11 Ze wspomnień Janusza Gazdy
12 Agnieszka Osiecka, maszynopis, Muzeum Literatury
13 Agnieszka Osiecka, maszynopis, Muzeum Literatury
14 Agnieszka Osiecka, pamiętnik z 1949 roku, Muzeum Literatury
15 tamże
16 Krystyna Pytlakowska, Anna Popek "Szaszłyk po polsku", BGW, 1992
17 Agnieszka Osiecka, "Testament", maszynopis, Muzeum Literatury
18 Wiktor Osiecki, publikując utwory muzyczne i przekłady z niemieckiego, używał pseudonimu "Ostoja"
16 Agnieszka Osiecka, "Bożena Ostoja", pamiętnik, Muzeum Literatury
20 Osieccy się rozwiedli, Wiktor Osiecki ożenił się z Józefiną Pellegrini
21 Ze wspomnień Janusza Gazdy
22 Agnieszka Osiecka, "Zabiłam ptaka w locie", Czytelnik, 1970
23 tamże
24 tamże