Strona główna / / Wywiady / Czas utracony

Nowości

Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny wiek. Tom I

Paweł Jasienica
Cena detaliczna: 45,00 zł

Kosmiczna pajęczyna. Tajemnicza struktura Wszechświata

J. Richard Gott
Cena detaliczna: 45,00 zł

Kompendium i Atlas Świata Dysku

Terry Pratchett
Cena detaliczna: 49,90 zł

Zapowiedzi

Właściwy wybór

P.Z. Reizin
Cena detaliczna: 43,00 zł

Hanka Ordonówna. Miłość jej wszystko wybaczy

Anna Mieszkowska
Cena detaliczna: 39,90 zł

F**k plastik. 101 sposobów jak uwolnić się od plastiku i uratować świat

Praca zbiorowa
Cena detaliczna: 29,90 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Dawid Kwiatkowski. Optymistyczny kalendarz 2019 Dawid Kwiatkowski
  2. Jestem żoną terrorysty Laila Shukri
  3. TOPR. Żeby inni mogli przeżyć Beata Sabała-Zielińska

Fotogaleria

więcej »
29.02.2008

Czas utracony

Rozmowa z Magdą Skubisz, autorką „LO Story”.

Skończyłaś studia marzenie wielu dziewczyn – jesteś magistrem sztuki, absolwentką Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej katowickiej Akademii Muzycznej. I zamiast doprowadzać do spazmów rzesze fanów na koncertach, zaszywasz się w domu i piszesz powieści. Dlaczego?

Powiedzmy, że marzyłam o tym, żeby uczyć na prowincji zdolną młodzież... No i uczę. Poza tym jednak śpiewam. I jak najbardziej doprowadzam do spazmów – całkiem niedawno jeden gość wydarł się na całą salę, żebym przestała, bo on nie może swobodnie rozmawiać przy stoliku...
Tak naprawdę dyplom nie jest potrzebny, żeby śpiewać. Właściwie nic nie znaczy. Może służyć co najwyżej jako gadżet do pokazania ewentualnemu pracodawcy.
Ale pytanie właściwe, jak rozumiem, brzmi: dlaczego piszę? Bo lubię. Może dlatego, że to praca w ciszy, całkowite przeciwieństwo zajęć z emisji głosu?

„Bo lubię”... Dobry powód. Szkołę też lubisz? Twój debiut to opowieść o szkole.

Moje uczucia do szkoły średniej bardzo dobrze odzwierciedla cytat z Urbana, którym zaczyna się „LO Story”.* Na pewno nie był to najprzyjemniejszy okres w moim życiu. Ale ponoć prawdziwa sztuka rodzi się z cierpienia.

Było aż tak źle?

No nie, to tylko taka figura stylistyczna.
Jeżeli cierpiałam, to raczej z powodu tego, że w szkole marnuje się mnóstwo czasu na kompletnie niepotrzebne rzeczy, wkuwanie czegoś, co się człowiekowi potem do niczego nie przydaje – jak mnie na przykład korepetycje z matematyki. I sama matematyka oczywiście. Tak naprawdę instytucja szkoły nie jest zła, tylko kompletnie ignoruje fakt, że uczniowie jednak się różnią, nie tylko zdolnościami, ale i zainteresowaniami. Zupełnie nie umie sobie z tym poradzić. Jeżeli ktoś jest humanistą, dręczenie go całkami to oczywista strata czasu, ale zawsze znajdzie się nauczyciel, który weźmie sobie za cel udowodnienie, że taki niedorobiony egzemplarz też się całek nauczy. I udowadnia przez parę lat! A biedny humanista, zamiast czytać, pisać, przygotowywać się do swoich wymarzonych studiów, biega na korepetycje z matematyki, bo inaczej nie skończy szkoły w ogóle i będzie musiał zapomnieć o jakichkolwiek studiach.

Czyli lata stracone?

Pod kątem towarzyskim – absolutnie nie.

Gdyby przyjąć, że twoja szkoła i ta z powieści to ta sama, to faktycznie – kąt towarzyski prezentuje się imponująco. Ale napisałaś: „Podobieństwa są zupełnie przypadkowe”...

... a i tak z mojej byłej szkoły dochodzą wieści, że niektórzy nauczyciele widzą siebie w roli pierwowzorów postaci z książki. Niestety, nie odpowiadam za czyjeś skojarzenia. Przykro mi niezmiernie, ale „LO Story” to naprawdę powieść bez klucza, fikcja, i dopasowywanie się na siłę rzeczywistych osób do bohaterów literackich muszę uznać za, delikatnie mówiąc, przejaw megalomanii.

Ale też nie jest ani tajemnicą, ani rzadkością, że postacie literackie miewają pierwowzory w rzeczywistości. Twoi bohaterowie są stuprocentową fikcją?

No, nie do końca, przyznaję. Ryba na przykład to zlepek cech i zachowań kilku autentycznych osób, które miałam szczęście spotkać. Jedna była porażająco inteligentną modelką o rudych włosach, druga miała duszę hipiski, była dziewczyną tak odjechaną, że do dziś nie udało mi się spotkać nikogo choćby trochę do niej podobnego... Trzecia piła tak, że właściciel jednej z knajp w ogóle jej nie wpuszczał do środka po tym, jak zdarzyło się jej rozwalić kufel na czyjejś głowie. Ale ona akurat jest też pozytywnym jak najbardziej – mówię o tym, bo już słyszę utyskiwania, jakie to się wzorce podsuwa młodzieży - przykładem resocjalizacji: wyjechała do Włoch, zrobiła tam doktorat. Widziałyśmy się niedawno – miała wygłosić odczyt na jakiejś konferencji - urocza, szanowana pani doktor. Wszystkie trzy uwielbiam i przy okazji gorąco pozdrawiam, im powieść zawdzięcza naprawdę dużo, bez Ryby nie byłoby „LO...”
A nauczyciele? Cóż... Tylu ich się przewija w życiu ucznia, że po prostu nie sposób uwiecznić wszystkich. Miałam sposobność poznać wielu nietypowych pedagogów, część z nich nie do końca przypadła mi do gustu, ale pewnie to samo oni mogą powiedzieć o mnie. Niektórzy oczywiście nie omieszkali tego zrobić, czasem nie przebierając w słowach. Całe szczęście – na słowach poprzestali.

Wiem, o czym mówisz. Wszyscy wiemy. Tylko że to akurat nie jest za poprawne politycznie. Media chętnie zajmują się przemocą w szkole, ale przemocą uczniów wobec nauczycieli – to zresztą jeden z ważniejszych wątków także twojej powieści – zdecydowanie mniej natomiast tą skierowaną w drugą stronę.

Nie ma już przemocy nauczycieli wobec uczniów w sferze fizycznej – nawet walenie linijką po łapach to przeszłość. Dręczenie psychiczne natomiast, swego rodzaju mobbing, jest, wydaje mi się, dość częste, właściwie na porządku dziennym. Nauczyciel w klasie ma władzę prawie nieograniczoną, która, jak każda władza, prowadzi do nadużyć. Co najistotniejsze - pedagodzy w dalszym ciągu są fatalnie opłacani, praca często nie daje im żadnej satysfakcji. Po kilku latach w tym zawodzie pojawia się syndrom wypalenia, to, co było powołaniem, staje się przykrym obowiązkiem. Może to prowadzić do patologii, chociażby takiej jak opisana przeze mnie: nauczycielka, żeby dorobić do pensji, wysyła uczniów na korepetycje do swoich koleżanek, a one z czasem rewanżują się jej tym samym.

Uczniowie, co nam telewizja z upodobaniem pokazuje, nie pozostają im dłużni...

Owszem. Tak rodzi się błędne koło agresji, manifestowanej często w brutalny sposób. Uczniowie zakładają nauczycielom reklamówki na głowy, nauczyciele niszczą uczniów psychicznie. Nie wszyscy oczywiście, ale bywa tak, że wszyscy widzą, wiedzą i... tolerują. Przymykają oczy. Dlatego nic się właściwie nie zmienia. Jedni i drudzy – nauczyciele i uczniowie - przebywają ze sobą pod przymusem i daje się to odczuć.

Ja też chodziłem do szkoły - różnie bywało, ale to naprawdę nie było piekło!

Oczywiście - szkoła to również jedyne w swoim rodzaju wspomnienia - zawiązują się przyjaźnie (gdzieś czytałam, że te zawarte w okresie szkoły średniej utrzymują się najdłużej; wiadomo - człowiek młody i naiwny...), miłości, nałogi, całe mnóstwo tzw. dorosłych rzeczy robi się po raz pierwszy, w związku z czym zostają one w głowie na długo. Wraz z tłem, czyli miejscem, gdzie spędza się trzy czwarte dnia w ławce. Obok kogoś. Ktoś inny siedzi przed, ktoś za. Czasem to miało ogromne znaczenie, kto. Pojawiają się marzenia, plany na przyszłość – później tak bezlitośnie weryfikowane przez życie. Jednak mimo niewątpliwych zalet wieku młodzieńczego nie chciałabym wrócić do czasów liceum – źle znoszę przymus (nawet dla własnego dobra) i rutynę. W szkole straszne jest to, że człowiek przez kilka lat nie ma żadnej alternatywy – musi ją skończyć, żeby móc robić coś naprawdę ciekawego.

A twoje szkolne przyjaźnie - przetrwały próbę czasu?

Jasne. Jest tylko mały problem z utrzymaniem bezpośrednich kontaktów towarzyskich – prawie wszyscy wyjechali do Irlandii... Zaliczyłam dwie szkoły licealne i z jednej z nich naprawdę zostały same niedobitki (jak autorka), więc komunikujemy się głównie przez Internet. Skoro już mówimy o przyjaźniach - szkolnych, albo i nie - to jak wiadomo, przyjaźnie należy pielęgnować, i staram się to robić. Większość moich przyjaźni przetrwała. I nie tylko przyjaźni – ostatnio na przykład spotykają mnie sympatyczne incydenty: natrafiam na ludzi z klasy, z którymi nie utrzymywałam bliższych relacji i, jak się okazuje, był to poważny błąd. Oni są naprawdę ekstra! Pracują na przykład w różnych poważnych urzędach, więc wypełniają za mnie jakieś ważne druczki i przyjmują bez kolejki. Jestem tym zachwycona.

Wiem, że piszesz już następną powieść, z tymi samymi bohaterami. I co, wyjdą na ludzi czy ostatecznie popadną w alkoholizm?

Jeszcze nie wiem, bo w następnej części (jeżeli ta pierwsza się sprzeda na tyle dobrze, żebym zarobiła na nową baterię do laptopa) będzie dominował wątek mafijno-bazarowy i właśnie dokładam wszelkich starań, żeby żaden z moich bohaterów nie zginął. Postacie z „LO Story” mają dość ekstremalne skłonności, więc będą pasowały do takich klimatów jak ulał. Nie chciałabym zamykać ich tylko w obrębie szkoły, domu i pijackich imprez, bo to i oklepany motyw, i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zwykle w cyklach powieściowych bohaterowie zmieniają się, a przynajmniej zmienia się narrator. Ja swoją czwórkę zostawiam praktycznie bez zmian, więc muszę kombinować. Problem jest taki, że ponieważ wyżej wspomniani popadli już w alkoholizm, nie pozostaje im nic innego, jak tylko wyjść na ludzi. Ale żeby nie zalatywało dydaktycznym smrodkiem, moi bohaterowie jeszcze przez jakiś czas będą się malowniczo staczać.

* „Nie przypominam sobie okresu życia, w którym byłbym nieszczęśliwy... No, może poza okresem, kiedy chodziłem do szkoły”.

Rozmawiał Jan Koźbiel
Fot. Adam Jaremko

Polecamy także

Śpiewająca Magda Skubisz

wersja do druku