Strona główna / / Wywiady / Czas tęsknoty, czas radości

Nowości

Uroda życia

Stefan Żeromski
Cena detaliczna: 38,00 zł

Pokrzyk (audiobook CD)

Katarzyna Puzyńska
Cena detaliczna: 39,90 zł

Jest krew...

Stephen King
Cena detaliczna: 43,00 zł

Zapowiedzi

100 rzeczy, których nie wiesz o swoim ciele

Andrzej Fedorowicz
Cena detaliczna: 39,99 zł

Syn siodlarza

Kelly Irvin
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zapowiada się piękny dzień

Seweryna Szmaglewska
Cena detaliczna: 42,00 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »
24.11.2010

Czas tęsknoty, czas radości

O „Listach miłosnych Franciszka Starowieyskiego” z żoną artysty, Teresą Starowieyską, rozmawia Izabela Górnicka-Zdziech.

Izabela Górnicka-Zdziech: Moja współpraca z pani mężem, Franciszkiem Starowieyskim, trwała blisko siedem lat. Napisaliśmy razem trzy książki: „Przewodnik inteligentnego snoba według Franciszka Starowieyskiego”, „Przewodnik zacnego kolekcjonera według Franciszka Starowieyskiego” oraz „Przewodnik po kobietach według Franciszka Starowieyskiego”. Nie przypuszczałam, że kiedyś zajmę się także opracowywaniem listów miłosnych Franciszka Starowieyskiego. Pamiętam jedno z naszych spotkań po odejściu pana Franciszka, kiedy pokazała mi pani tę korespondencję i zasugerowała, że warto by ją wydać... I tak powstała książka, którą teraz prezentujemy naszym czytelnikom: listy opatrzone pani komentarzem. Czy Franciszek Starowieyski kiedykolwiek pokazywał swoje listy publicznie?

Teresa Starowieyska: W Polsce kilka listów Franka pokazała telewizja podczas benefisu, poświęconego jego twórczości. Pamiętam, że prowadziła go Krystyna Kofta, która występowała w stroju toreadorki i wymachiwała czerwoną płachtą. Ostatecznie rozmawiała przecież z Janem Bykiem, bo takim pseudonimem, jeszcze z okresu wczesnej młodości, posługiwał się wtedy Franek. Było to w latach osiemdziesiątych, a benefis Franka pojawił się w cyklu benefisów znanych artystów. W bliskim kadrze pokazano między innymi list-obrazek, przedstawiający mnie i Franka wiszących na krzyżu, ale szczęśliwych, oraz naszych poprzednich partnerów: byłą żonę Franka, Ewę, i Zygmunta Kałużyńskiego, mojego partnera, którzy stoją pod nim i cierpią. Czytelnicy znajdą ten list w naszej książce. Niektóre listy doczekały się wystawy. Franek zaprezentował je kilkadziesiąt lat temu w szwajcarskim antykwariacie, którego właścicielem był jego znajomy, Pablo Schtelli. Mój mąż przez jakiś czas mieszkał u niego w Szwajcarii. Kiedy Pablo zobaczył listy, jakie Franek regularnie do mnie pisywał, koniecznie chciał je wystawić w swoim antykwariacie i ostatecznie, za zgodą Franka, tak uczynił. Kilka sama mu pożyczyłam. Obiecał solennie, że je zwróci, co też potem zrobił. Bardzo mu się podobały. Zwracały w nich uwagę rysunki, piękna kaligrafia, monogramy. Dzięki temu już za życia Franka jego listy stały się sztuką.

Izabela Górnicka-Zdziech: Dzisiaj sztukę tę mają okazję poznać wszyscy wielbiciele twórczości Franciszka Starowieyskiego. Listy wybrane do publikacji można nazwać epistolarnymi antykami. Niektóre mają przecież już prawie pół wieku. Jaki okres obejmują?

Teresa Starowieyska: Pierwsze pochodzą z lat siedemdziesiątych, kiedy się poznaliśmy, ostatnie z późnych lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Większość z nich Franek przesyłał z zagranicy: ze Szwajcarii, z Austrii, Niemiec, Ameryki itd. Niektóre wysyłał... z pracowni do kuchni mieszczącej się piętro niżej. Mam też sporo bardzo krótkich listów, które pisał, przychodząc do mnie do szpitala, najpierw po urodzeniu Antka, potem – Mikołaja, który miał być dziewczynką. W kolejnych listach pocieszał mnie, że dwóm chłopcom łatwiej będzie się porozumieć. Cieszył się z narodzin Mikołaja.

Izabela Górnicka-Zdziech: „Zbieranie kompletnych wiadomości wokół jakiegoś pojęcia jest błędem popełnianym przez ludzi, którzy chcą udowodnić i poprzeć określoną tezę. My zostańmy przy tych wielkich momentach budujących wzniosłość atmosfery” – pisaliśmy we wstępie „Przewodnika po kobietach według Franciszka Starowieyskiego” i według takiego kryterium zostały dobrane listy w tej książce. Nie ma też wyraźnego końca, ostatniego listu, ponieważ myślę, że sztuka Franciszka Starowieyskiego się nie kończy dopóty, dopóki są nowi odbiorcy, nowe interpretacje jego dzieł. Ciekawi mnie, czy pani zachowywała listy od początku waszej znajomości?

Teresa Starowieyska: Tak, mam całość naszej korespondencji. Zachowałam wszystkie listy od Franka. Głównie z sentymentu, ale też dlatego, że były i są tak piękne... Także te, które nie zawierają rysunków. Franek miał swój niepowtarzalny i niespotykany styl. Nawet kiedy zamiast kaligrafii bazgrał. Dostawałam korespondencję od różnych ludzi. W młodości wiele listów przysyłali mi różni adoratorzy, ale jego były wyjątkowe.

Izabela Górnicka-Zdziech: Przez lata pieczołowicie zbierała pani te listy, a jak często pani do nich zaglądała od momentu, kiedy Franciszek Starowieyski przestał już podróżować po świecie?

Teresa Starowieyska: Czasem pokazywałam je koleżankom, ale nie wczytywałam się w kolejne, ponieważ ich autora miałam na co dzień obok siebie. Dopiero po śmierci Franka zaczęłam przeglądać nie tylko jego listy, lecz także swoje. W ten sposób zyskałam okazję, by wiele spraw sobie przypomnieć.

Izabela Górnicka-Zdziech: Czy mąż także zachowywał na pamiątkę listy od pani, tak jak pani robiła to z listami otrzymanymi od niego?

Teresa Starowieyska: Tak, zatrzymywał wszystkie moje listy. Zresztą nie tylko moje, ale i od dzieci. Zachowywał nawet najmniejsze karteczki, jakie od nich otrzymywał. Odkładał ich kolejne rysunki. Dbał o to bardziej niż ja. Niedawno znalazłam w jego pracowni stos prac naszych dzieci oraz listy synów do niego. Franek zaczął pisać do Mikołaja i Antka, gdy tylko nauczyli się czytać, a chłopcy regularnie mu odpisywali. Zarówno jego listy, jak i synów są bardzo zabawne. Dzieci czekały z utęsknieniem na korespondencję taty, szczególnie starszy, Antek. Pisał do ojca: „Tatusiu, tęsknię za tobą, kiedy przyjedziesz? Liczę dni do twojego powrotu”. Z drugiej strony zarówno on, jak i jego brat Mikołaj byli przyzwyczajeni do ciągłych wyjazdów Franka, przyjmowali je ze spokojem. Tylko nie mogli się pod koniec doczekać powrotów. Zawsze liczyli na niespodzianki, Franek przywoził im różne prezenty.

Izabela Górnicka-Zdziech: Listy do Antka stanowią znakomity epilog książki. A jak po latach odbiera pani listy męża?

Teresa Starowieyska: Dzisiaj odczytuję je inaczej niż wtedy i mają dla mnie jeszcze większą wartość. Dzięki nim jakby na nowo poznaję Franka... Czytam je z ciekawością. Odkrywam, że listy pokazują go bardzo czułego, choć na co dzień nie okazywał czułości. Zdarzało się jednak, że potrafił publicznie wyrazić troskę i zainteresowanie moją osobą, zwracając się do mnie zdrobniale czy mówiąc na mój temat miłe rzeczy. Bywało, że demonstrował swój ciepły stosunek do mnie, ale publicznie rzadko miał taką okazję, gdyż raczej nie udzielałam się medialnie. Podczas wspomnianego wcześniej benefisu siedziałam na widowni i nagle poproszono mnie, abym zinterpretowała telewidzom obrazek zawarty w liście. Dałam się namówić i nawet nieźle to wypadło, ale i tak, jeśli już miałam wybierać, zdecydowanie preferowałam wywiady prasowe.

Izabela Górnicka-Zdziech: Co Pani czuje, przeglądając je: smutek, radość czy może raczej nostalgię?

Teresa Starowieyska: Przede wszystkim wzruszenie. Dla mnie to przypomnienie nie tylko naszej relacji, ale także tamtych czasów. Powracają w pamięci trudne chwile: zmaganie się z codziennością, stanie w kolejkach, kartki. Franek w ogóle nie rozumiał ówczesnej rzeczywistości, bardzo powoli do niego docierała. Nieraz po powrocie z zagranicy szedł do sklepu obok naszego domu, który do dzisiaj istnieje, choć wcześniej był państwowy, a teraz jest w rękach prywatnych, aby mi pomóc w zakupach. Wracał szybko bez niczego, ale dumny. Pytałam, czy dostał mleko, a on mi odpowiadał, że nie, bo w sklepie było tylko kilka butelek octu, ale za to wpisał się do „Księgi zażaleń”. Tłumaczyłam mu, że każdy sklep w Polsce tak wygląda, zupełnie jednak nie mógł tego pojąć. Puste półki nieodmiennie go dziwiły. Przyjeżdżał z innego świata. Kiedyś zaciągnęłam go do kolejki. Staliśmy w ogonku razem z Antkiem. Kiedy nadeszła nasza kolej, Franek poprosił o ser i orange juice. Było mi nawet wstyd. Musiałam mu wyjaśnić, że takie zakupy można zrobić wyłącznie w Peweksie. Ostatecznie zdobyliśmy po dwadzieścia deka żółtego sera.

Izabela Górnicka-Zdziech: Czy często pisywała pani do męża, a mąż do pani?

Teresa Starowieyska: Tak często, jak tylko mogliśmy. Listy stanowiły dla nas w tamtych czasach zwykle jedyną drogę komunikacji, dlatego były tak ważne. Telefon mieliśmy na podsłuchu, jak wszyscy inni, toteż rzadko do siebie dzwoniliśmy. Zresztą, gdybym chciała zadzwonić do Franka, musiałabym czekać dwa dni, tak długo trwało łączenie. Franek przesyłał listy nie tylko pocztą, ale, szczególnie ze Stanów, przez kogoś, kto wracał do Polski albo przyjeżdżał tutaj z wizytą. Także ze względu na cenzurę. Ja również nieraz wysyłałam swoje listy, korzystając z różnych okazji. Czasem dawałam list do przekazania, a za chwilę znowu jechał ktoś inny i wysyłałam przez kolejną osobę następny. Niekiedy Franek w tym samym czasie dostawał po kilka listów. Czasami listy wysłane przeze mnie pocztą wcale do Franka nie dochodziły albo odwrotnie – do mnie nie docierały te, które wysyłał Franek.

Izabela Górnicka-Zdziech: Analizując korespondencję Franciszka Starowieyskiego, zwróciłam uwagę na to, że pan Franciszek rzadko opisywał ludzi, za to wiele uwagi poświęcał miejscom i przedmiotom. Czy jest pani tego samego zdania?

Teresa Starowieyska: To prawda. Franek częściej niż ludzi opisywał związane z nimi sytuacje, miejsca, gdzie ich poznał, kraje, miasta, domy i antykwariaty, przedmioty kolekcjonerskie.

Izabela Górnicka-Zdziech: Myślę, że dochodzimy tu do sedna. Wydaje mi się bowiem, że są to nie tylko listy zakochanego mężczyzny, ale też niewątpliwie listy kolekcjonera. Czy zgodzi się pani ze mną?

Teresa Starowieyska: Tak, kolekcjonera, który marzył o przedmiotach, oglądał je, niektóre z nich zdobywał, a o niektórych wiedział, że nie może sobie na nie pozwolić, bo musi myśleć o mnie i dzieciach.

Izabela Górnicka-Zdziech: Z listów wynika, że pan Franciszek miał od początku bardzo poważne podejście do swojej pracy. Z czego to wynikało?

Teresa Starowieyska: Franek bardzo lubił swój zawód, ale praca była dla niego ogromnym wysiłkiem. Wiele znajomych osób mówiło: „Słuchaj, ja bym kupił twój rysunek, tylko od ręki. Co to dla ciebie? Machniesz i już!”. Franka strasznie to złościło. Odmawiał, twierdząc, że to dla niego za mało czasu. Każdy plakat czy nawet rysunek był dziełem, które musiało przejść przez różne etapy tworzenia.


Fragment wydanej nakładem Prószyński i S-ka książki „Listy miłosne Franciszka Starowieyskiego” w opracowaniu Izabeli Górnickiej-Zdziech z komentarzami Teresy Starowieyskiej.

wersja do druku