Strona główna / / Wywiady / Szukam mamuta! - wywiad z autorką kryminałów Elisabeth Herrmann

Nowości

Natalii 5

Olga Rudnicka
Cena detaliczna: 33,00 zł

Trąf, trąf, misia bela

Dagmara Andryka
Cena detaliczna: 36,00 zł

Ułamki filozofii

Leszek Kołakowski
Cena detaliczna: 32,00 zł

Zapowiedzi

Podstawy matematyki

Ian Stewart , David Tall
Cena detaliczna: 59,90 zł

Matka sułtanów

Reşad Ekrem Koçu
Cena detaliczna: 48,00 zł

Perska namiętność

Laila Shukri
Cena detaliczna: 35,00 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki Violetta Ozminkowski
  2. Maria Skłodowska-Curie Magdalena Niedźwiedzka
  3. Grzesiuk. Król życia Bartosz Janiszewski

Fotogaleria

więcej »
26.09.2016

Szukam mamuta! - wywiad z autorką kryminałów Elisabeth Herrmann

 Elisabeth Herrmann, autorka "Wioski morderców" i "Śnieżnego wędrowcy" opowiada o tym, dlaczego pisze kryminały i gdzie szuka inspiracji.

Jest Pani jedną z najbardziej popularnych autorek kryminałów w Niemczech, Pani książki, czytane przez tysiące zachwyconych czytelników, są ekranizowane. Jedna z serii Pani pióra ukazuje się właśnie w Polsce. Czytelnicy mieli już okazję poznać "Wioskę morderców", na rynek trafiła właśnie kolejna powieść z tego cyklu, "Śnieżny wędrowiec". Dlaczego pisze Pani akurat kryminały? Co Panią fascynuje w tym gatunku? Samo przestępstwo czy może zdolny do wszystkiego człowiek, jego mroczna strona?
Sama chętnie czytam kryminały. Dużo mówią o nas, ludziach, o tym, co w nas złe, ale także o tym, co dobre. Lubię podróż, w którą podczas pisania zabiera mnie moja wyobraźnia: na początku jest jakiś wyzwalacz, na końcu rozwiązanie. Co się dzieje pomiędzy? To fascynujące, ale i zwykle wymagające. No i zagadka: kto to zrobił? Dlaczego? Kładę fałszywe tropy, prowadzę w ślepe uliczki… mam nadzieję zwabić czytelników do labiryntu, do którego wchodzimy razem, ale i razem z niego na końcu wychodzimy.

Pani bohaterka, młoda policjantka Sanela Beara, która przybyła do Niemiec jako dziecko, jest niezwykłą kobietą, szorstką, z bagażem traumatycznej przeszłości, trochę nieprzystosowaną i upartą. Skąd pomysł, by wykreować taką właśnie śledczą? Wzorowała się Pani na jakiejś realnej osobie?
U podstaw pomysłu na tę postać leży taka refleksja, że realia książkowe niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. A jeśli już, to niemal zawsze powielają schematy. Jeśli ktoś ma stragan z warzywami, to jest to Turek. Jeśli sprzątaczka, to Polka, jeśli handlarz narkotykami, to Libańczyk. Tęsknię za czarnoskórą kobietą prokurator, irańskim lekarzem, wietnamską bizneswoman, która zakłada start-up – by podać kilka przykładów. Policja berlińska od jakiegoś czasu zatrudnia wiele osób o korzeniach emigranckich. Przez wiele lat pracowałam jako dziennikarka, pisałam artykuły o bośniackich uchodźcach wojennych, którzy przyjechali do Berlina w latach dziewięćdziesiątych. Kiedy wymyślałam postać Saneli, przypomniałam sobie o tamtych ludziach, ich tęsknotach, marzeniach, ale także piekle, przez jakie przeszli. Tak powstał pomysł na Sanelę. Nie ma realnej osoby, która byłaby jej wzorcem, ale gdyby, to Sanela byłaby daleką krewną Smilli…

Powstaną kolejne powieści z Sanelą Bearą? (Niech Pani powie „tak”, proszę!)
Tak. ;)

Pani powieści charakteryzują się gęstą, mroczną atmosferą, czytelnik "Wioski morderców" dosłownie prażył się w upiornym skwarze w opuszczonej przez ludzi wiosce. "Śnieżny wędrowiec" fascynuje duszną atmosferą mikrokosmosu bogaczy i niesamowitą aurą lasów Brandenburgii. Wszystko to wytwór fantazji czy rzeczywiście poznała Pani te miejsca od tej strony? Albo, odwracając pytanie, jaką rolę w Pani pracy odgrywa research?
Bez researchu nie da się napisać książki. Jest on fundamentem. To na nim buduje się powieść. Aktualnie zajmuję się tematem handlu bronią. W tym celu pojechałam na jedne z największych targów broni na świecie, na odbywające się w Londynie DSEI, gdzie rozmawiałam z przedstawicielami niemieckich koncernów zbrojeniowych, ludźmi, których na pewno nie spotkałabym, siedząc przy biurku. Aby zebrać materiały do powieści "Versunkene Gräber" ["Zapadłe groby", powieść z serii z adwokatem Vernauem – przyp. A.H.], pojechałam do Polski, byłam w Zielonej Górze i Witnicy, przed napisaniem książki "Totengebet" ["Modlitwa za zmarłych", książka z tej samej serii – przyp. A.H.] byłam kilkakrotnie w Izraelu. Czasami chodzi tylko o kilka zdań, ale te muszą być autentyczne, to one nadają scenie właściwy wydźwięk. W Görlitz zagadywałam na ulicy starsze osoby, pytałam, czy pamiętają czasy przedwojenne. Większość brała mnie za wariatkę. Ale w końcu trafiłam na starsze małżeństwo, które zaczęło opowiadać o Pałacu Tańców, starym kasynie, a także o Kruczej Górze po drugiej stronie Nysy. I nagle miałam coś, co mogłam dać starej kobiecie, która u schyłku swego życia leży w szpitalu i snuje wspomnienia. Ta scena została nawet sfilmowana i wzrusza mnie do dziś. Niewykluczone, że można byłoby ją wymyślić. Ale czyż nie jest piękniej, gdy człowiek doświadcza jej na własnej skórze? Czy nie oddziałuje ona zupełnie inaczej?

Cykl powieści z adwokatem Joachimem Vernauem, (jeszcze) nieznany polskim czytelnikom, porusza trudne tematy związane z niemiecką przeszłością. Książka "Versunkene Gräber" traktuje o przeszłości Polski i Niemiec, o pojednaniu i przebaczeniu. Przez jakiś czas przebywała Pani w Polsce i gruntownie zgłębiła tę tematykę. Jak Pani dziś widzi stosunki polsko-niemieckie? Czy pojednanie jest w ogóle możliwe? I czy w ogóle problem ten można zawrzeć to w powieści kryminalnej, czy to już trywializacja zagadnienia?
Zajmuję się opowiadaniem historii, i to wyłącznie takich, które mnie interesują. Polska jest moim sąsiadem. Dla mnie upadek żelaznej kurtyny był darem i za każdym razem, kiedy przejeżdżam przez most między Słubicami a Frankfurtem nad Odrą, widzę na własne oczy, jakim cennym darem jest ta nasza Europa. "Versunkene Gräber" to jedno wielkie wyznanie miłości dla tego kraju. Dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego tak niewielu moich znajomych go odwiedza. Ja natychmiast pojechałam do Gdańska, do Kołobrzegu, nad Bałtyk, jestem tam każdego lata, a często także i zimą… Ale dlaczego robi to tak niewielu? Frapowało mnie to i nagle okazało się, że stworzyła się z tego interesująca historia. Czemu miałoby być trywialne, gdy opowiadam o dziewięcioletnim Polaku i o tym, co przydarzyło się jemu i jego rodzinie w 1945 roku? I czemu nie miałabym opowiedzieć historii osób, które musiały opuścić ten kraj? "Versunkene Gräber" rozgrywa się współcześnie, ale prowadzi też wstecz, ku naszej wspólnej historii okraszonej tak wielkim bólem. Opowiada o tym skrawku ziemi nad Odrą. O uprawianej tam winorośli i o młodych ludziach, którzy podejmują się tego zajęcia. Ogromnie się cieszę, że dzięki tej książce wcale niemała rzesza czytelników z Niemiec odwiedziła Zieloną Górę i Cigacice. I właśnie tego przecież nam potrzeba: spotkań. Tylko ze spotkań może narodzić się przyjaźń. I być może z tej przyjaźni ukształtuje się never ending love story, tak jak między mną a Polską.:)

Pisze Pani również powieści kryminalne dla młodszych czytelników. Czym różnią się kryminały dla dorosłych od tych dla tak zwanych young adults?
Młodzi czytelnicy mają większą wrażliwość. Może i udają wielkich chojraków, ale w rzeczywistości wiele zjawisk odbierają jako przytłaczające i zbijające z tropu. Miejsce w grupie, pierwsze miłości, czy jestem cool, co począć ze swoim życiem… – wielkie pytania, z którymi z czasem jest się coraz łatwiej mierzyć. Ale nie w wieku szesnastu lat! I dlatego właśnie dla nich piszę inne historie. Nie chodzi w nich o samą zbrodnię, tylko o to, jak ona wpływa na bohatera. Dlatego nie ma w nich drastycznych scen, żadnej masakry, żadnych jatek, tylko na przykład wiersz Charlesa Bukowskiego i upiorny okręt, który pojawia się co kilka lat… albo górska wioska pogrążona w śniegu, w której dzieją się dziwne rzeczy… Te książki są bardziej romantyczne, bardziej tajemnicze. Uwielbiam je! W Niemczech właśnie ukazuje się powieść "Die Mühle" ["Młyn"]. Jest nieco mocniejsza od innych, dlatego, zdaje się, zalecana jest dopiero od szesnastego roku życia.

Gdzie szuka Pani inspiracji? Czy nie jest tak, że w tym gatunku już wszystko zostało powiedziane i jedyną nowością jest tylko stopniowanie zła, drastyczności, brutalności?
Tak, też to zaobserwowałam, te dwa bieguny: z jednej strony coraz brutalniej, z drugiej – coraz bardziej „zabawnie”. Mamy w tej chwili wysyp kryminałów z przymrużeniem oka, w których w charakterze śledczych występują rozmaici dziwacy, snujący się po książce od gagu do gagu… I jedno, i drugie to nie moje klimaty. Mnie od dawna nieodmiennie fascynuje malarstwo jaskiniowe. Młodzi mężczyźni, którzy uzbrojeni w dzidy przypuszczają szturm na bizony i mamuty! Pierwsi bohaterowie! Do dziś te opowieści właściwie niewiele się zmieniły, ma Pani rację. Ale myślę, że mimo wszystko chodzi o to, aby opowiedzieć o tej walce o mamuta w taki sposób, by zgromadzeni przy palenisku słuchacze, oczarowani, z otwartymi ustami, w napięciu czekali na – szczęśliwe! – zakończenie. Więc i ja szukam mamuta! Myślę, że do tej pory jakoś udawało mi się go znaleźć. :)

Zdradzi nam Pani swoją receptę na sukces? Co musi mieć w sobie powieść (niekoniecznie kryminał), żeby zachwycać?
Mamuta. :)

Czy jest coś, co chciałaby Pani powiedzieć polskim czytelnikom?
Macie cholernie dobre wina!

Z Elisabeth Herrmann rozmawiała Agnieszka Hofmann
Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann

wersja do druku