Nowa powieść Magdy Skubisz
Anna Gorczyca: Wydawca określił „LO Story” jako najbardziej kontrowersyjną książkę Podkarpacia. Dużo osób z Przemyśla obraziło się po pierwszej książce?
Magda Skubisz: Chyba sporo.
A dziwi się pani? Opisała w niej pani liceum, w którym pracuje chora psychicznie matematyczka, polonistka dyktuje uczniom notatki ze skoroszytu i nie słyszała o Orwellu, a uczniowie odreagowują stres, pijąc piwo albo ukraiński bimber, czyli dżus.
I za to m.in. obrazili się na mnie nauczyciele z mojego liceum. Że kalam własne gniazdo. Do wydawnictwa przyszedł nawet list w tej sprawie, że obrażam miasto, szkołę i nauczycieli liceum, podpisany przez nauczycielkę tej szkoły. Argument, który mnie rozbawił był taki, że w Przemyślu nie słuchają disco polo. Przez Naszą Klasę, dostałam także list od dawnej wychowawczyni oburzonej powstaniem takiej książki. Napisała, że ta książka nie zasługuje na miano literatury.
Ma pani złe wspomnienia ze swojego liceum?
To była szkoła jak każda inna. Było fajne towarzystwo, a nauczyciele byli różni. Cechy niektórych z nich mają postacie z książki. Ale przyznaję, były momenty, gdy miałam szkoły dosyć, wtedy przestawałam chodzić.
Ryba, Lusia, Master i Burak czyli bohaterowie obydwu książek używają wulgarnych słów. Z tego też robią pani zarzut, choć tak naprawdę, pani bohaterowie mówią jak żywi, a nie papierowi bohaterowie.
Jestem nauczycielką, słyszę, jakiego języka używa młodzież. Na lekcjach posługują się językiem literackim, ale po lekcjach, na ulicy to nie jest już czysty literacki język.
Pisze pani książki z kluczem. Która z postaci istnieje naprawdę? Czy jest wzorzec Aleksandra Haskala, nauczyciela etyki, jednego z nielicznych mądrych nauczycieli opisanych przez panią w tej książce?
Bardzo prawdziwy jest Bazyl, upiorne dziecko, siostrzeniec Lusi. Tak zachowywał się kiedyś mój syn Tomek, który ma teraz pięć lat i wyrósł już z wielu rzeczy. Dręczył kota, ale nie tak bardzo jak Bazyl. Były jednak momenty, że kot na widok Tomka uciekał przez okno. Teraz Tomek jest jedyną osobą, której kot pozwala na wszystko, pozwala się np. czesać pod włos. A Haskal naprawdę istnieje.
Dołączył do grona obrażonych?
Nie obraził się za to, że go opisałam. Śmiał się. Ale nie wiem, jak zareaguje, gdy przeczyta „Dżus & dżin".
I dowie się, że romans z uczennicą nabierze rumieńców?
Mam nadzieję, że się za to nie obrazi. Bo taki romans nigdy się nie wydarzył.
A wydarzenia opisane w „Dżus & dżin”? Zna pani takie mieszkania jak mieszkanie Ryby, której rodzice przemycają co się da? Mieszkanie wypełnione bimbrem, wódką, paliwem, papierosami ? I kałachami...
Znam. Może nie z kałachami, ale z kanistrami benzyny czy wódki. To jest specyfika nie tylko Przemyśla, ale chyba wszystkich miast i miejscowości przy granicy. Ludzie żyją z tego, co uda im się przemycić i sprzedać. Żyją mniej lub bardziej legalnie. Wystarczy poczytać kronikę policyjną, żeby dowiedzieć się, że przemycanie haszyszu w żółwiach nie jest niczym nadzwyczajnym. I co rusz czytamy o tym, że policjanci odkryli kolejny magazyn z tysiącami paczek papierosów i bronią ukrytą w różnych schowkach. Wątki kryminalne konsultowałam z policjantami i specjalistami z wojska. Przedstawiciele służb mundurowych bardzo mi pomagali. W uchwyceniu klimatu przygranicznego miasta i atmosfery bazaru pomocni byli także tłumacze języka ukraińskiego. Gdy zbierałam materiały do książki bardzo przydatny był doktor Wojciech Pydziński, patomorfolog z naszego szpitala, lekarz, który nie strajkuje. Sporo z jego postaci ma patomorfolog z książki.
Nie obawia się pani, że po tej książce obrażą się kolejni ludzie? Że tym razem obraża pani wizerunek Przemyśla?
Ale to też jest jakaś rzeczywistość Przemyśla.
Z wykształcenia jest pani wokalistką, uczy pani młodzież. A książki pokazują, że jest pani także bardzo dowcipnym i uważnym obserwatorem rzeczywistości. Wydawca reklamuje, że pisała je pani w pociągu...
Mam tyle zajęć, że w pociągu zazwyczaj śpię. Ale kiedyś rzeczywiście pisałam w czasie jazdy pociągami. A zaczęłam pisać, gdy mój syn był mały i bardzo dawał się we znaki. Musiałam odreagować i nocami siadałam do pisania. Pisanie pozwalało mi utrzymać równowagę psychiczną. Długo trzymałam to tajemnicy. Mąż dowiedział się, że coś piszę, gdy kończyłam ostatni rozdział.
Sukces przyszedł od razu?
Nie. Losy "LO Story" ważyły się przez rok. Wysłałam książkę do różnych wydawców. Przyjął ją Prószyński, ale trochę czasu minęło, zanim wyszła drukiem. Pierwsze wydanie ukazało się w 2008 roku. Podobno w Przemyślu ludzie się nią zaczytywali. Teraz ukazało się II wydanie.
Muszę się pani przyznać, że nie pamiętam, kiedy śmiałam się w głos, czytając książkę. I to zdarzyło się podczas czytania obydwu książek. Będzie ciąg dalszy? Sporo wątków się zaczęło, warto byłoby je rozwiązać...
Marzę o zakończeniu roku szkolnego i chwili odpoczynku. Czekam na objawienie trzecie. Może w wakacje uda mi się coś napisać.
Rozmawiała Anna Gorczyca
Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów, 17-06-2009

