Strona główna / / Wywiady / Joanna Miszczuk: „Emocje nie powszednieją”

Nowości

Bransoletka pełna wspomnień

Viola Shipman
Cena detaliczna: 35,00 zł

Comanche. Tom 3. Wilki w Wyoming

Greg , Hermann Huppen
Cena detaliczna: 39,90 zł

W imię zasad (audiobook CD)

Marek Harny
Cena detaliczna: 29,90 zł

Zapowiedzi

Comanche. Tom 5. Mroczna pustynia

Greg , Hermann Huppen
Cena detaliczna: 39,90 zł

Dlaczego? Najciekawsze pytania i odpowiedzi na temat tajemnic nauki, przyrody i świata

Catherine Ripley
Cena detaliczna: 35,00 zł

Pieśń królowej

Elizabeth Chadwick
Cena detaliczna: 39,90 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Masa o żołnierzach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski "Masa" w rozmowie z Arturem Górskim Artur Górski
  2. Dom czwarty Katarzyna Puzyńska
  3. Zostaw mnie Gayle Forman

Fotogaleria

więcej »
15.12.2016

Joanna Miszczuk: „Emocje nie powszednieją”

11 października ukazała się najnowsza powieść autorki bestsellerowych „Matek, żon, czarownic”„Nefrytowa szpilka”. Tym razem Joanna Miszczuk zaprasza swoich czytelników w sentymentalną podróż do… dalekich Chin. O znaczeniu symboli, wyprawie do Państwa Środka, zbieraniu materiałów do powieści oraz trudnej miłości Polki i Chińczyka rozmawia z autorką Magdalena Majcher.

Pani Joanno, rozmawiamy z okazji premiery najnowszej powieści pani autorstwa, „Nefrytowej szpilki”. Zacznijmy może od tytułowego przedmiotu, który bohaterka odnajduje, wraz z zagadkowymi manuskryptami, w dość tajemniczych okolicznościach, podczas pobytu w  Pekinie. Zastanawia mnie, czy istnieje pierwowzór tej konkretnej nefrytowej szpilki?

Nie istnieje. Nefrytowa szpilka była dla mnie jedynie rekwizytem, symbolem określonej sytuacji, wspomnienia, emocji. Często w moich powieściach posługuję się takimi przedmiotami. Saga „Matki, żony, czarownice” miała swój magiczny pierścień miłości i przebaczenia, w „Wyspie”  występowały medaliony rodu Corte Real. Symbole są dla wielu ludzi ważne. W moim życiu też był taki przedmiot - symbol. Nie była to jednak szpilka ani pierścionek, tylko wisiorek.

Czy podzieli się Pani tą historią z czytelnikami? Co to był za symbol?

Już się podzieliłam, na spotkaniu autorskim w Galerii Dominikańskej we Wrocławiu. W mojej rodzinie od pokoleń był taki wisiorek, który przechodził z matki na córkę. Był wyjątkowy i niepowtarzalny. Zrobiła go dla siebie pewna złotniczka i chociaż w tej prostokątnej złotej blaszce ukryła jedynie swoje inicjały, każdy, kto go oglądał, widział w nim symbole Boga. Niezależnie od religii. Na tę właściwość zwrócił mi uwagę pewien starszy mężczyzna, wyznawca islamu. Powiedział, wskazując na wisiorek: „Pani ma silną ochronę, to przecież symbole Boga”. Roześmiałam się i odrzekłam: „To pamiątka rodzinna, a zaręczam Panu, że moja rodzina wierzy w innego Boga”. Na co ten mądry człowiek stwierdził z uśmiechem: „ Wie pani, Bóg jest jeden, wspólny”. Później już specjalnie to sprawdzałam i okazało się, że każdy, kogo pytałam, niezależnie od wyznawanej religii, widział we wzorach wisiorka symbol Boga. Dla mnie i dla kobiet z mojej rodziny był on swoistym talizmanem. Otóż, mimo że każda z nas była właścicielką wisiorka od osiemnastego roku życia, zaczynała go nosić, całkiem nieświadomie, dopiero wówczas, gdy życie ją ciężko doświadczyło. Moja babcia włożyła go po śmierci dziadka, moja mama, kiedy odszedł tato, ja sama, gdy moje życie stanęło na głowie i było mi naprawdę ciężko. Jednak moje mądre poprzedniczki zdejmowały wisiorek, gdy to, co złe, mijało, i chowały go na dno szkatułki. Ja natomiast przywiązałam się do niego i uparcie nosiłam, nawet jak już było dobrze. Pewnie dlatego go straciłam. W przeddzień tego spotkania autorskiego urwało się oczko mocujące wisiorek na łańcuszku i przepadł. Wie pani, z jednej strony bardzo żałuję, bo był przeznaczony dla mojej córki. Z drugiej zaś myślę, że zginął, bo wybrał się pewnie na poszukiwanie osoby, która potrzebuje wsparcia. Czyli jest nadzieja, że moja córka nie będzie go w życiu potrzebowała. A najbardziej sobie życzę tego,  żeby moje dziecko zawsze było szczęśliwe. Czyli nie ma tego złego…

„Nefrytowa szpilka” to historia trudnej miłości Polki i Chińczyka. Pochodzą z zupełnie różnych światów, a kiedy mija pierwsze zauroczenie, okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo stworzyć związek, kiedy wyznaje się inne wartości, a każdy z partnerów ma inny światopogląd. Czy zna Pani osobiście takie pary?

Znam i to sporo. Sama żyję w takim związku i mam wielu przyjaciół, którzy związali się z partnerami z innych kręgów kulturowych. Zresztą to nie musi być duża różnica, jak w przypadku moich powieściowych bohaterów Melanii i Tana, gdzie rzeczywiście wydawałoby się, że dzieli ich wszystko. Czasami drobne rzeczy, jak niuanse językowe, inne tradycje i przyzwyczajenia stwarzają problemy. Jeśli jednak dwoje ludzi decyduje się żyć razem, to są w stanie pokonać wszelkie przeciwności. A jeżeli podstawą takiego związku jest prawdziwa głęboka miłość i wzajemny szacunek,  jest to z reguły gwarancja sukcesu. Powtarzam to stwierdzenie w każdej mojej powieści, bo w nie wierzę. Miłość jest najważniejsza.

Przyznam, że nieco zaskoczył mnie egzotyczny kierunek, jaki obrała sobie Pani w nowej powieści. Dotychczas opisywała Pani Wrocław, Berlin, Paryż. Teraz przyszedł czas na Chiny i Pekin. Dlaczego właśnie ten odległy azjatycki kraj?

Azja fascynowała mnie całe życie. W dzieciństwie mówiłam ze śmiechem: „Jak będę duża, to zobaczę Chiny”. Pewnie już jestem wystarczająco duża , bo zobaczyłam. Udało mi się zrealizować kolejne życiowe marzenie. Jednak to nie moja podróż do Chin była inspiracją do napisania tej powieści. Różne życiowe sytuacje, zarówno prywatne jak publiczne, sprawiły, że zaczęłam się poważnie zastanawiać nad kwestią tolerancji. Jak nasze wychowanie, tradycje i otoczenie wpływają na jej poziom? Dlaczego monogamię, tak powszechną w wielu kulturach, uznajemy za nienaturalną? Dlaczego upieramy się, że naturalne  i dobre jest tylko to, czego nas nauczono w naszym domu, naszym kraju i naszej kulturze? Stąd już niedaleko było do Chin. Dają one duże pole do popisu, kontrast kultur pozwala na wyeksponowanie w prosty sposób przesłania, które stanowi motto tej powieści.

Materiały do powieści zbierała Pani przez rok. Większość autorów poświęca jednemu projektowi najwyżej kilka miesięcy. Z czego wynika Pani pracowitość? Czy to wrodzony perfekcjonizm?

Perfekcjonizm pewnie trochę też, ale przede wszystkim powodem, dla którego zajmuje mi to tyle czasu, jest moja potrzeba wiarygodności. Nie prawdy, bo wszyscy moi bohaterzy są wymyśleni, ale właśnie wiarygodności. Żeby postaci, która żyła setki lat temu, przypisać inny życiorys niż ten, podawany przez źródła historyczne, trzeba dokładnie prześledzić nie tylko jej życie, ale również realia jej czasów i miejsca. To trwa. Bardzo dużo czytam, rozmawiam z ludźmi i staram się zobaczyć miejsca akcji moich powieści. Jedynym wyjątkiem była tu oczywiście wyspa Lumia, którą stworzyłam na potrzeby mojej poprzedniej powieści, „Wyspy”. Tam mnie nie było.

Co Pani konkretnie robiła przez ten rok? Wiem, że wyjechała Pani do Chin, zaraz zresztą do tego przejdziemy, ale jak wygląda research pisarza na miejscu? Przekopała Pani tomy opracowań? Jakie publikacje okazały się szczególnie pomocne?

To nie był dosłownie rok. Pracuję zawodowo na pełnym etacie, mam córkę, mamę, z którą jestem bardzo związana, partnera i jakieś tam życie towarzyskie. Przede wszystkim dużo czytam. Nie tylko dokumenty i biografie, co jest niekiedy nużące, ale również mnóstwo literatury pięknej z danego kraju, okresu itd. W przypadku „Nefrytowej szpilki” najbardziej pomocna okazała się biografia Cixi autorstwa Jung Chang, oraz oczywiście cała proza noblistki Pearl S. Buck.

Porozmawiajmy teraz o Pani podróży do Chin. Jakie wrażenia zrobiło na Pani Państwo Środka? A może to nie była pierwsza wyprawa?

To była moja pierwsza wyprawa do Azji, nie licząc oczywiście postawienia stopy po drugiej stronie Bosforu w Istambule. Wrażenia wspaniałe. Mogłabym godzinami opowiadać o cudownych zabytkach i niesamowitych widokach. Zaskoczyły mnie przestrzenie, tam wszystko jest monumentalne. Jednak najbardziej byłam zachwycona odmiennością tej kultury. I ten wewnętrzny spokój i integracja Chińczyków! Chyba czułam się tam bardziej u siebie niż w Europie.
We wstępie do „Nefrytowej szpilki” pisze Pani: „Zrozumieć Chiny – to nie jest łatwe i nie sądzę, aby mi się to udało”. Dlaczego?
Żeby choć odrobinę zrozumieć zachowania, które są inne niż nasze, trzeba je poznać. Nie tylko czytać na ten temat, bo wszystko, co przeczytamy, jest jedynie cudzą interpretacją. Trzeba poznać ludzi, przyrodę, zwyczaje, zachowania, historię i tradycję. Ja byłam w Chinach dwa tygodnie. Nie znając języka, nie miałam szans na rozmowę ze zwyczajnym, szarym człowiekiem. Dowiedziałam się wiele o tym kraju, lecz aby go naprawdę zrozumieć, musiałabym jak Pearl S. Bucks mieszkać tam przynajmniej parę lat.

W najnowszej powieści opisuje Pani nie tylko miejsca, ale także Chińczyków jako społeczeństwo. Czy to Pani własne odczucia, czy może zakorzenione w naszym kręgu kulturowym opinie?

Hmm, opinie. Staram się nie oceniać nikogo i niczego, dopóki sama tego nie poznam, nie zobaczę, nie powącham, nie przeżyję. Dlatego zakorzenione opinie nie miały dla mnie znaczenia. Patrzyłam uważnie i to, co zobaczyłam, opisałam w powieści. To moje własne odczucia, ale nie twierdzę, że znam czy rozumiem Chiny i Chińczyków. Byłam tam tylko czternaście dni. To mało. W Europie żyję już ponad pięćdziesiąt lat, i to też za mało, żeby wyrobić sobie jednoznaczną opinię na temat Europejczyków. Jesteśmy różni. Na szczęście. Dlatego staram się nie wyrażać drastycznych opinii na temat innych ludzi. Za mało danych.

A jak Chińczycy postrzegają nas, Europejczyków?

Nie mam pojęcia. Mogę opowiedzieć o zewnętrznych objawach, ale co sobie o nas myślą, nie wiem. Interesujące było, że dla Chińczyków ideałem urody jest bardzo jasna cera, jasne oczy i włosy. Moja córka Zuzanna była absolutną atrakcją dla obywateli Państwa Środka. Jest bardzo blada, ma jasnozielone oczy i długie, gęste włosy w odcieniu jasnoblond z domieszką rudawego. Każdy chciał mieć z nią zdjęcie, wciskano jej niemowlęta w ramiona. Kiedy w końcu trafiłyśmy na anglojęzyczną Chinkę, wytłumaczyła nam ów fenomen. Według nich Zuzanna przynosi szczęście i jest piękna. Co z dumą matki w pełni potwierdzam.

Zdążyłam się już dowiedzieć, że inspiracją wątku historycznego były powieści autorstwa Pearl S. Buck. Proszę więc opowiedzieć, kiedy i w jakich okolicznościach zrodził się pomysł z ukrytym pamiętnikiem z czasów znienawidzonej cesarzowej Chin, Cixi, oraz jak ewoluował.

No właśnie. Znienawidzonej to bardzo złe słowo. Pearl S. Buck przeżyła wiele lat w Chinach i w swoich powieściach oraz wywiadach podkreślała, że społeczeństwo chińskie kochało swoją cesarzową. Cixi była wytrawnym politykiem i z tego powodu miała wielu wrogów. To, że Chińska Republika Ludowa za nią nie przepada, jest oczywiste. ZSRR też tępił pamięć caratu, zapominając o ogromnych politycznych, terytorialnych i dyplomatycznych osiągnięciach swoich monarchów. Dla mnie Cixi była silną, mądrą i fascynującą kobietą, która potrafiła przetrwać w świecie mężczyzn. To sztuka. Z pewnością było wielu, którzy jej nienawidzili. Każda władza ma swych zwolenników i opozycję.
Rolą pamiętnika było między innymi pokazać Cixi właśnie z różnej perspektywy. Jako wyjątkową kobietę, jednocześnie kochaną, uwielbianą i nienawidzoną. Poza tym nie mogłam sobie odmówić stworzenia kolejnej „kopciuszkowej” intrygi. Wszyscy uwielbiamy historie, w których biedna sierotka przemienia się w księżniczkę. „Nefrytowa szpilka” jest w wielu wątkach właśnie kolejną odmianą takiej opowieści.

A czemu zainteresowała się Pani samą postacią cesarzowej Cixi?


Kobieta w męskim świecie, silna, władczyni… Jak miałam się nie zainteresować? Katarzynę Wielką zabrała mi pani Ewa Stachniak – świetnie się to czytało. Gwarantuję Pani, że w moich powieściach będzie jeszcze wiele takich kobiet. Tak jak charakterystyczne dla moich książek są wielowątkowość i historia, tak samo równie ważna jest silna postać kobieca. Takie kobiety mnie inspirują.

Rozumiem, że postać Nije Ke Xin, autorki pamiętnika, jest fikcyjna?

Absolutnie fikcyjna, lecz absolutnie wiarygodna. Jak i wiarygodne było jej życie. Trudne, ale nie niemożliwe.

Melania, główna bohaterka „Nefrytowej szpilki”, musi walczyć o swoje szczęście zupełnie sama, gdyż nie ma na świecie absolutnie nikogo życzliwego. Udaje jej się zajść na samym szczyt, jest znanym historykiem sztuki, specjalizującym się w chińskiej sztuce meblarskiej. Czy udało się Pani przeniknąć do tego środowiska? Jak układała się współpraca z domami aukcyjnymi? Czy okazała się pomocna w pracy nad powieścią?


Przeniknąć to za dużo powiedziane. Ogromną pomocą służyli mi pracownicy berlińskiego domu aukcyjnego Lempertz, szczególne pani Melania Jaworska, oraz kilku znajomych berlińskich artystów. Wiele konkretnych informacji uzyskałam od pana Jerzego Tomaszewskiego z Wrocławia. Jednak już w fazie zbierania materiałów zorientowałam się, że przeceniłam swoje możliwości. Historia sztuki to dziedzina na całe życie. Tej wiedzy nie da się opanować w ciągu paru tygodni. Polizałam jedynie wierzchołek góry lodowej. Na szczęście to, czego się dowiedziałam, wystarczyło na potrzeby mojej powieści.

Zachwyciła mnie okładka „Nefrytowej szpilki”. Jest cudowna! Czy miała Pani wpływ na jej wygląd?

Okładka to zasługa wydawnictwa. Jak wszystkie dotychczasowe propozycje, i ta jest przepiękna. Ale dobrze, że pani poruszyła ten temat, bo od razu nasuwa mi się dygresja. Duża grupa czytelników to osoby niewidzące. Ostatnio jedna z nich zwróciła mi uwagę, że niewidomi są poszkodowani, bo wprawdzie poczytać sobie mogą, ale jak wygląda okładka, nie mają pojęcia. Dlatego nagrywam opisy okładek i dzięki współpracy wydawnictwa są one zamieszczane przy notach dotyczących moich książek. Byłoby wspaniale, gdyby inni autorzy podchwycili ten pomysł.

Jak czytamy w Pani notce biograficznej, Joanna Miszczuk mieszkała w Niemczech, Francji i w Polsce. Gdzie jest zatem Pani dom?

To oczywiste. Mój dom jest tam, gdzie są ludzie, których kocham.

„Nefrytowa szpilka” to już Pani szósta powieść. Zastanawiam się, czy radość po wydaniu którejś z kolei książki jest taka sama, jak po wypuszczeniu w świat tamtej pierwszej, debiutanckiej? A może te emocje z czasem powszednieją?


Emocje nie powszednieją. Zawsze są, przy każdej książce. Jednak to prawda, że do niektórych powieści jestem bardziej przywiązana niż do pozostałych. Nie zdradzę tytułu swojej faworytki. Proszę nie pytać.

Rozumiem, że możemy spodziewać się kolejnej książki? Nad czym obecnie Pani pracuje?

Przede mną kolejna podróż do Azji. Zobaczymy, co mnie zafascynuje tym razem. Zapewne miejsca z tej podróży znajdą się w kolejnej powieści, ale to nie Azja będzie jej tematem. Temat już jest, na razie w ramach zbierania materiałów dużo czytam. Nie opowiem o nowym pomyśle na powieść, ale mogę powiedzieć, co czytam. Biblię, Koran i historię religii.

Dziękuję za rozmowę!


To ja dziękuję. Pani, za interesujące pytania, a moim czytelnikom, za to, że wiernie czytają.

Rozmawiała Magdalena Majcher

Joanna Miszczuk (ur. 1964) – wrocławianka duchem, choć rzadko ciałem. Obecnie mieszka i pracuje w Berlinie. Matka nastoletniej córki. Z wykształcenia pedagog, absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego. Zawodów ma wiele. Mieszkała w Niemczech, Francji i Polsce. Mówi czterema językami. Ulubione miejsca: Wrocław, Montmartre w Paryżu, Berlin i Sopot. Lubi musical, literaturę fantastycznonaukową i nowe wyzwania. Nie cierpi polityki, gotowania i kłamstwa.

wersja do druku