Strona główna / Literatura światowa / Wyznania upiornej mamuśki

Aktualności

17.10.2017

Stephen King w autokarach PolskiBus.com

Nie lada gratka dla wielbicieli mistrza grozy! Od 16 października wszyscy podróżujący autokarami PolskiBus.com będą mogli przedpremierowo przeczytać fragmenty najnowszej książki Stephena i Owena Kingów pt. „Śpiące królewny”.

Wywiady

19.07.2017

Katarzyna Puzyńska: Kryminały pokochałam w dzieciństwie. Moja babcia była prokuratorem

Moja babcia była prokuratorem, zajmowała się sprawami kryminalnymi i opowiadała mi różne, przerażające nieraz historie. A potem się dziwiła, że wymyślam bajki o kościach - wspomina Katarzyna Puzyńska, autorka sagi kryminalnej o Lipowie.

Posłuchaj i zobacz

13.10.2017

Pan Poeta dla najmłodszych!

Jeśli nie znacie jeszcze książek Pana Poety, zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu o tej wyjatkowej serii dla najmłodszych!

Bestsellery

TOP 20

  1. Cukiernia Pod Amorem. Ciastko z wróżbą Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  2. Byłam kochanką arabskich szejków Laila Shukri
  3. 1000 słów Jerzy Bralczyk

Wyznania upiornej mamuśki

Jill Smokler

Rozdział 5. Płacimy za dziewięć miesięcy obżarstwa

Wyznania matek

* W zeszłym tygodniu fryzjerka spytała mnie, kiedy rodzę. Nie jestem w ciąży, ale odpowiedziałam, że to czwarty miesiąc. Więcej tam nie pójdę.
* Dlaczego ważę dziewięćdziesiąt pięć kilogramów? Bo w ciąży miałam wilczy apetyt. Utyłam trzydzieści sześć kilo.
* Ciągle jeszcze zrzucam nadwagę po bliźniakach. Właśnie poszły do gimnazjum.
* Modlę się, żeby syn ważył przy porodzie pięć kilo. Wiem, że trudno będzie go urodzić, ale każdy kilogram jego wagi to dla mnie jeden mniej do zrzucenia.
* Powiedziałam mężowi, że robimy przerwę w seksie, póki nie pozbędę się tego, co przybrałam w ciąży. To było dwa lata temu.
* Tak tęsknię za płaskim brzuchem sprzed ciąży, że aż chce mi się płakać.
* Brakuje mi zwariowanych eksperymentów kulinarnych, w jakich gustowałam, będąc w ciąży. Na przykład w Subwayu komponowałam zawsze tę samą ukochaną kanapkę: z tuńczykiem i wołowiną, cebulą i papryczką jalapeño, z ostrym sosem chipotle, octem i marchewką. Obsługa miała mnie za wariatkę.
* Poważnie myślę o adopcji. Nie chcę utyć.
* Urodziłam dziecko miesiąc temu. Właśnie zmierzyłam dżinsy, które nosiłam przed ciążą. Sądziłam, że będą ciasnawe, a okazało się, że nie mogę ich podciągnąć powyżej kolan. Jasnażeż cholera!
* Nie rozumiem, dlaczego kobiety tak strasznie narzekają na tycie przy dzieciach. Ja nareszcie mam piersi! I uwielbiam je bezdyskusyjnie.
* Jestem w ósmym miesiącu, ale nadwagę miałam już wcześniej. Mąż mówi, że jestem chorobliwie otyła, a ja mam ochotę wpełznąć w jakiś ciemny kąt i umrzeć. Jeśli znajdę odpowiednio duży...
* W przeciwieństwie do panującego w mojej rodzinie przekonania nie mam depresji poporodowej. Szlag mnie trafia, że jestem gruba.
* Chodzę w dżinsach ciążowych, chociaż od sześciu lat nie jestem w ciąży.


Nie lubiłam ciąży pod wieloma względami, ale jedną rzeczą się rozkoszowałam. Jedno pozwalało mi przetrwać wszelkie kłopoty, opuchliznę, przykrości i ból. Jedno mogłoby ewentualnie przekonać mnie do przejścia przez cały ten proces po raz czwarty i ostatni. Oczywiście poza sprowadzeniem dziecka na świat.
Mówię o jedzeniu. O cudownym, wspaniałym, usprawiedliwionym obżarstwie.
Tylko jedzenie od rana do wieczora chroniło mnie przed mdłościami, wyłącznie jedząc, czułam się dobrze. Bardzo dobrze. Właśnie w ciąży po raz pierwszy w życiu przestałam doznawać ciągłego ssania w żołądku i było to niesamowite. Wiem, oczywiście wiem, że medycznie nie ma żadnego uzasadnienia, by jeść za dwoje, skoro dziec­ko przez pierwszy trymestr jest co najwyżej wielkości kijanki, ale i tak jadłam za dwoje. A w zasadzie raczej za pięcioro. Tym, co pochłonęłam w czasie ciąży, mogłabym uchronić od głodu jakąś afrykańską wioskę. Zapewne przez rok.
Nie miałam szczególnych zachcianek, najzwyczajniej w świecie wchłaniałam wszystko. Jajka na bekonie, kanapki z tuńczykiem posypane suszonym pomidorem, pizzę z dodatkowym serem, klopsiki wieprzowe i koktajl czekoladowy. Tyle na śniadanie. Wchodziłam do strefy gastronomicznej w galerii handlowej i zjadałam po kolei potrawy z całego świata. Następnego dnia zaczynałam od początku. Ale, szczerze powiedziawszy, moim zdaniem cały ten wilczy apetyt w stanie błogosławionym to jedna wielka ściema. Śmiem twierdzić, że kobiety przez całe życie łakną konkretnych pokarmów, niezależnie od stanu, a tylko w ciąży mogą sobie pofolgować, zamiast bez przerwy wszystkiego sobie odmawiać. Nareszcie. Oczywiście nie jest to najzdrowsza metoda przeżycia dziewięciu miesięcy we dwoje, ale dla mnie było to jedyne pocieszenie w tym żałosnym odmiennym stanie. Pocieszenie na przykład w postaci czekoladek Hershey’s Kiss.
Można by się spodziewać, że skoro ciągle wymiotowałam, to pewnie przybrałam jakieś marne dziesięć kilo, prawda? No bo w końcu niezamierzenie zostałam bulimiczką. Niestety, rzeczywistość okazała się nieubłagana. Utyłam solidne trzydzieści kilogramów. Któregoś razu, gdy kupowałam ubranka dla dziec­ka, mniej więcej w siódmym miesiącu, jakaś Koreanka przy pralni chemicznej pokłóciła się ze mną na temat terminu porodu. „Niemożliwe, że jeszcze dwa miesiące” – oznajmiła, machając mi przed twarzą sztywnym palcem wskazującym. „Pani rodzi zaraz!”. A pracownica za ladą miała czelność spytać, czy noszę słonia. Szczerze powiedziawszy, sama miałam takie podejrzenia.
Czekając na urodzenie Lily, optymistycznie przyszykowałam na powrót ze szpitala obcisłe rurki, przekonana, że gdy nie będę już miała dziec­ka w brzuchu, on się natychmiast skurczy. Licząc samej Lily trzy kilogramy z kawałkiem i wagę tego wszystkiego, co tam się ze mnie musi wylać, na pewno stracę co najmniej piętnaście kilogramów. Pozostałe piętnaście spadnie w mgnieniu oka i zanim się obejrzę, odzyskam figurę sprzed dziec­ka.
Ha! Niestety, nadwaga powstała w czasie ciąży jest taka sama jak każda inna i równie trudno się jej pozbyć. Nie zliczę, ile razy słyszałam różne celebrytki opowiadające o tym, jak to zaraz po narodzinach dziecka ich dodatkowe kilogramy rozpłynęły się w powietrzu niczym mgła. Miały znowu płaski brzuch i smukłe uda bez żadnej skórki pomarańczowej. A jedynym wspomnieniem, jakie zostało im po ciąży, były cycki godne gwiazdy porno, rozpychające dekolt sukni zaprojektowanej na paradę po czerwonym dywanie. A co najgorsze, one wszystkie twierdzą, że są strasznie zalatane, w związku z tym po prostu zapominają o jedzeniu i, proszę bardzo, teraz wyglądają lepiej niż kiedykolwiek. Dobre.
Po pierwsze przy noworodku nie ma żadnego biegania. Można ewentualnie zerwać się gwałtownie na dźwięk głuchego łoskotu, ale z pewnością nie ma mowy o bieganiu. Możesz mieć dom wielki jak pałac, a i tak normalne życie z noworodkiem wyklucza aerobik. Nawet w Hollywood. A na jak długo można zapomnieć o jedzeniu? Na zawsze? Raz tylko znalazłam się w sytuacji, gdy nie mogłam jeść trzech posiłków dziennie plus przekąski: pracowałam wtedy w biurze po dziesięć godzin na dobę i siedziałam w boksie całkiem sama. Tymczasem dzieci jadają regularnie. Dwu-, trzylatkom bez przerwy podtyka się przekąski, planowe posiłki i desery. Nie mówiąc o tym, że ciągle się po nich „sprząta” z talerza. Każda matka jest oblężona przez jedzenie. Jak, na litość boską, można w tych warunkach o nim zapomnieć?! Niestety, chudnięcie to czysta matematyka. Musisz wchłaniać mniej kalorii, niż spalasz. Wobec tego, kochane celebrytki, albo całymi dniami jedziecie na marchewce przeznaczonej dla dziec­ka, bez przerwy ćwicząc, albo zmieniacie się w maszynę do produkcji mleka i nie jecie w ogóle. Kropka.
Jeżeli nie jesteś wybrykiem natury, z którego nadprogramowe kilogramy odparowują w cudowny sposób, nadejdzie taki moment, już po urodzeniu dziec­ka, że zerkniesz w lustro i nie poznasz swojego odbicia. Pamiętam, gapiłam się na siebie prawie przez godzinę z mieszaniną odrazy, fascynacji i podziwu. A potem odwróciłam się bokiem i zawyłam. Brzuch jeszcze można było zrozumieć, w końcu mieszkało w nim dziecko, jasne, musi wyglądać jak opona, z której zeszła część powietrza. Ale taka dupa??? Na to nie było wytłumaczenia.
Zmiana podejścia do żywienia po dziewięciu miesiącach obżarstwa okazała się koszmarem. Nic więc dziwnego, że zwykle byłam w złym humorze, poirytowana i zgorzkniała. W zasadzie głównie brakowało mi śniadań po siedemset kalorii oraz kanapek, od których się uzależniłam. A właściciele pobliskiej ciastkarni z pewnością zauważyli wyraźny spadek zysków. Mimo wszystko twardo chodziłam na fitness, udawałam, że ciecierzyca i kalafior to absolutna rozkosz kulinarna, i w końcu zmieściłam się w ciasne rurki.
Żyłam tak do następnej wiosny, gdy pozwoliłam sobie na jajko z bekonem i świeżym croissantem. W czasie jedzenia płakałam z radości. Uświadomiłam sobie nagle, że stoję na rozdrożu. Z praktycznego punktu widzenia akurat przyszedł najlepszy czas, by starać się o drugie dziec­ko, a na dodatek byłam naprawdę głodna. Co więcej, moja współlokatorka z college’u wychodziła jesienią za mąż. W tej sytuacji mogłam: albo nadal się głodzić, żeby jakoś wyglądać w obcisłej sukience razem z jej przyjaciółkami z gimnazjum, albo podążać nawą kościelną kaczym chodem w specjalnie dla mnie przerobionej sukience druhny. Dwa tygodnie później byłam w ciąży i znów miałam najbliższą pizzerię pod jednym z przycisków szybkiego wybierania.
I chociaż wiedziałam z doświadczenia, jak trudno będzie się pozbyć nadwagi, przez całe dziewięć miesięcy jadłam, co chciałam. Utyłam trzydzieści kilogramów, a jakże. Ale nie żałuję. Ben okazał się wart każdej wchłoniętej kalorii, podobnie jak jego młodszy o dwa lata brat. Chociaż nadal noszę w biodrach tamte croissanty.

Rozdział 6. Wybór imienia

Wyznania matek

* Nie przewidziałam, że wyjdę za człowieka, który skreśli wszystkie cudne imiona dla moich dzieci, jakie obmyślałam, dorastając.
* Nie chciałam chodzić z chłopakiem o imieniu Norman. Często się zastanawiałam, czy to nie ten właściwy, ale zrezygnowałam z niego właśnie z tego idiotycznego powodu.
* W ostatniej chwili zmieniłam córce imię i nie mogę tego odżałować.
* Nie chcę, żeby syn był juniorem. Ostatnie, czego mi trzeba, to miniaturowa wersja jego ojca.
* Mąż koniecznie chce dać naszej córeczce imię po swojej matce, czyli Ruth. Niech mnie ktoś zastrzeli.
* Dałam synkowi imię chłopaka, w którym się bujałam w gimnazjum. Mąż niczego nie podejrzewa.
* Irytują mnie ludzie, którzy starannie wybierają imię dla dziec­ka już w czasie ciąży, ale trzymają je w tajemnicy przed rodziną i przyjaciółmi aż do dnia narodzin. Potem nagle wielkie odsłonięcie... które za cholerę nikogo nie obchodzi.
* Moja najlepsza przyjaciółka dała synkowi na imię Frederick. Boję się, że mały wyrośnie na takiego samego frajera jak ona, oby przynajmniej był równie miły.
* Pozwoliłam mężowi wybrać imię dla córki i nigdy tego sobie nie wybaczę. Able Luna. To ma być imię?
* Nie afiszuję się z tym, ale uwielbiam, gdy ludzie nadają dzieciom zabawne imiona. Jest się z czego pośmiać.
* Nie mogę się doczekać, kiedy powiem siostrze, że imię, które wybrała dla dziec­ka, jest paskudne!
* Chcę koniecznie urodzić drugie dziecko, dziewczynkę, żeby jej nadać imię, które kocham od siódmego roku życia.
* Wyszukanie imienia dla dziecka jest potwornie stresujące. Mam ochotę urządzić głosowanie online i w ten sposób rozwiązać problem.
* Moja serdeczna przyjaciółka nazwała synka Szturm. W ogóle jest takie imię?
* Jeśli jeszcze raz spotkam rodzica, który dał swojemu dziecku imię, jakiego dziewięćdziesiąt procent rodaków nie potrafi wymówić, chyba go kopnę w tyłek. Nie może być zwyczajnie Sarah albo Jane?


Gdy jesteś z kimś w związku przez dłuższy czas, bezwzględnie pojawiają się wokół was nieuniknione pytania. A to daleki krewny przypadkiem spotkany na imprezie rodzinnej, a to dawna nauczycielka angielskiego, na którą wpadniesz w sklepie spożywczym, ewentualnie koleżanka z korporacji studenckiej – każdy chce koniecznie wiedzieć, kiedy się połączycie węzłem małżeńskim. Nie ich sprawa, ale muszą spytać. Następnie, gdy już jesteście po ślubie, zaczynają się pytania na temat powiększenia rodziny. Czy już to zaplanowaliście? Ile dzieci chcecie mieć? Nigdy nie wiadomo, jak długo potrwają starania, więc najlepiej zacząć już, teraz, natychmiast! Niezawodny afrodyzjak taka rozmowa. Potem zachodzisz w ciążę. Gratulacje! Zastanawiasz się nad tym, jak i kiedy podzielić się ekscytującą informacją z rodziną i przyjaciółmi, a także z obcymi ludźmi. Specjalne T­shirty? Wakacyjny newsletter? Przebranie na Halloween za test ciążowy? Albo za piekarnik z ciastem w środku? Niezależnie od formy przekazu oczekujesz, że całe wścibskie towarzystwo nareszcie będzie usatysfakcjonowane i w końcu się zamknie, a ty siądziesz w spokoju i skupisz się na rosnącym brzuchu. Aha. Tyle że pozostanie im jeszcze jedno palące pytanie: Jakie imię otrzyma dziec­ko? Odpowiedź będą chcieli poznać koniecznie.
Zanim urodziłam, zawsze irytowali mnie ludzie, którzy na to pytanie odpowiadali tajemniczo: „Tak, wybraliśmy, ale go nie zdradzimy. Musicie zaczekać”. Wydawało mi się to pretensjonalne, taka dorosła wersja grania na nosie. Umiesz odpowiedzieć na pytanie, lecz nie odpowiesz. Jak to? Przecież to niegrzeczne!
Po zajściu w ciążę zrozumiałam. O, tak. Gdy kobieta oczekuje dziec­ka, nieproszone rady na temat jego imienia mogą uwolnić potężny, głęboko skrywany gniew. Kobietą targają hormony, więc uwagi obcych ludzi, że źle wybrała imię, działają jak zapalnik. Módl się, żeby sędzią była kobieta, bo tylko ona uzna, że było to zabójstwo usprawiedliwione. Błagam, ludzie kochani, jeżeli już pytacie przyszłych rodziców, jak zamierzają nazwać dziec­ko, miejcie w zanadrzu właściwą odpowiedź, na przykład: „Och, fantastycznie!”– niezależnie od tego, jak ohydne imię usłyszycie.
W dniu, w którym się dowiedziałam, że urodzę dziewczynkę, zrobiłam najważniejszy zakup w czasie całej ciąży: nabyłam „Wielką księgę imion”. W życiu mnie tak nie wciągnęła żadna lektura, może poza kilkoma stronami „Forever” (Na zawsze) Judy Blume, które czytałam w ósmej klasie. W księdze imion działo się więcej niż w jakiejkolwiek innej książce, a pewnie nawet więcej niż we wszystkich innych razem wziętych. Zabieraliśmy ją z Jeffem na wspólne kolacje na mieście, przerzucaliśmy, oglądając telewizję. Pożerałam ją w czasie przerwy na lunch, towarzyszyła nam na wakacjach, w czasie weekendowych wyjazdów i w drodze do łazienki. Spędziliśmy na jej studiowaniu niezliczone godziny. Można powiedzieć, że mieliśmy na jej punkcie obsesję.
Jak większość znajomych kobiet, na długo przed założeniem rodziny wiedziałam doskonale, jakie imiona chcę nadać swoim dzieciom. Oczywiście byłam młoda i naiwna i sądziłam, że będą one zależały wyłącznie od mojego gustu. Kretynka.
Gdy faktycznie nadszedł ten czas, okazało się, że w grę wchodzi bardzo wiele elementów: żydowska tradycja nadawania dzieciom imion zmarłych członków rodziny, kwestia brzmienia w połączeniu z nazwiskiem męża, znaczenie inicjałów, upodobania krewnych... Nie mówiąc już o zdaniu Jeffa, chociaż ono nie było takie znowu ważne.
Uważam, że imię dziewczynki powinno być piękne, a przy tym niepospolite. Wyjątkowe, oryginalne, ale nie nazbyt wymyślne. Zaznaczaliśmy w księdze imiona, które nam się podobały, a lista ich była nieskończona: Juliet, Ella, Isla, Mia, Amelia... Zgadzaliśmy się przy wielu. Moglibyśmy bez trudu nazwać trojaczki! A nawet ośmioraczki. Odrzucanie więc kolejnych możliwości okazało się prawdziwą udręką, lecz gdy zobaczyliśmy „Lily”, decyzja zapadła. Pasowało idealnie do drugiego imienia, które wybraliśmy ze względu na moją babcię. Było słodkie, śliczne i ponadczasowe. Jeśli więc nasza córka nie wyrośnie na lesbijkę rozkochaną w ciężkich motorach, z pewnością nie będzie miała nam za złe takiego wyboru. Bo i co mogłoby być niestosownego w Lily? Gdy przyszła na świat, imię zdawało się pasować do niej idealnie, nie żałowaliśmy ani przez moment. Tak właśnie powinien wyglądać cały ten proces.
Ale z nazywaniem chłopców było zupełnie inaczej. Czytałam „Wielką księgę imion” i bez przerwy miałam istotne, aczkolwiek niekoniecznie racjonalne, zastrzeżenia do każdego, dokładnie każdego imienia. Któregoś popołudnia, w siódmym miesiącu ciąży, wypłakałam się sąsiadce z powodu braku nieskażonych imion męskich. „W życiu nie znajdziemy odpowiedniego” – łkałam. „Może Benjamin?” – podsunęła. Benjamin. W sumie nie takie złe, pomyślałam.
Inicjały nie składały się w żaden śmieszny ani obraźliwy skrót, istniało też kilka całkiem przyzwoitych zdrobnień. Imię klasyczne, godne szacunku... Nie potrafiłam znaleźć w nim żadnego minusa. I tak dwa miesiące później mój syn otrzymał imię Benjamin. Bardzo ładne.
Szafa grała do dnia, w którym poszedł do przedszkola. Wtedy spojrzałam na listę dzieci przyjętych do grupy i wszystko mi opadło. Zobaczyłam nie jednego, nie dwóch, ale trzech chłopców o tym samym imieniu. Plus jeden Ben. A to tylko w jego grupie! Tyle w kwestii oryginalności. Tamtego dnia mój synek zyskał miano Ben S., a ja weszłam do grona matek, które dla swojego syna wybrały dwudzieste piąte z listy najczęściej nadawanych imion, ...wa mać.
Ale wyciągnęłam wnioski z tej lekcji. Przy następnym dziec­ku trzymałam się z daleka od listy najpopularniejszych dwudziestu pięciu imion, która akurat wtedy ku memu przerażeniu zawierała także imię mojej córki. Zanim Evan przyszedł na świat, mieliśmy przygotowaną garstkę propozycji: Julian, Nathaniel, Caleb, Adrian. Niestety, po porodzie się okazało, że najzwyczajniej w świecie żadne z nich do niego nie pasuje. Rzuciłam w Jeffa księgą imion.
– Szukaj! – warknęłam, a on posłuchał.
– Jack?
– Nie. Pamiętasz „Jack i Jill”? Co on ma być, dziec­ko z wyliczanki?
– William?
– Rany boskie, Jeff! Jill i Will? Bez żartów.
– Zachary? Noah? Aiden?
– Nie. Nie, nie, nie.
– To może Evan? – sapnął Jeff rozdrażniony.
– Evan?
Bo ja wiem? Nie czułam do tego imienia nienawiści.
– Dobra. Niech będzie Evan. Jakoś przeżyję. Chyba.
I tak Evan stał się Evanem, i tak Evanem pozostał. Lily, Ben i Evan. Bardzo miłe, porządne imiona, prawda? Zaraz, chwileczkę. Umówmy się, że o nic nie pytałam.
(…)