Strona główna / Literatura światowa / Jeśli się nie obudzę

Aktualności

15.12.2017

Paszporty Polityki 2017

Z przyjemnością informujemy, że Paweł Maślona (jeden z bohaterów książki Od Munka do Maślony) oraz Norman Leto (współautor książki Detoks. Zdzisław Beksiński, Norman Leto. Korespondencja, rozmowa) zostali nominowani do Paszportów Polityki 2017!

Wywiady

03.11.2017

Do dystansu mam dystans

Rozmowa z językoznawcą profesorem Jerzym Bralczykiem, autorem książki „1000 słów” o słowach niepokojących, obiecujących i tych, którym na nas nie zależy.

Posłuchaj i zobacz

13.10.2017

Pan Poeta dla najmłodszych!

Jeśli nie znacie jeszcze książek Pana Poety, zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu o tej wyjatkowej serii dla najmłodszych!

Bestsellery

TOP 20

  1. Splątane korzenie Virginia C. Andrews
  2. Podwójne życie reporterki. Fallaci. Torańska Remigiusz Grzela
  3. Dwie rodziny Joanna Miszczuk

Jeśli się nie obudzę

Javier Yanes

PROLOG

Mombasa, Kenia

Obudziłem się. Zdołałem czmychnąć z tego straszliwego snu.
Jego ostatnia strużka krążyła jeszcze wciągana wirem ku ujściu zatartych wspomnień, kiedy udało mi się pochwycić z niej jedną kropelkę, mglistą retrospekcję boju o przebudzenie, jaki toczą zwykle pogrążeni we śnie bohaterzy kreskówek szczypiący się w ramię, by ustalić, czy to, co ich dręczy, jest snem czy jawą. Swoją drogą to absurd, gdyż uszczypnięcie, dziejące się również w wyobraźni, wywołuje wyimaginowany ból, który nie może nikogo obudzić. Nie pamiętałem, żebym się szczypał, jedynie to, że darłem się wniebogłosy, błagając bezwładne ciało, żeby wydobyło na powierzchnię to moje drugie ja, postać ze snu, abym mógł oswobodzić się z tego prześcieradlanego więzienia, źródła moich niewymownych cierpień. Ale jakich cierpień? Tego nie potrafiłem sobie przypomnieć, chociaż z całych sił zaciskałem powieki, starając się wywrócić oczy na drugą stronę, do wewnątrz, tak by niczym reflektory oświetliły skulonego w jakimś zakamarku pamięci zielonego potworka z sennej zmory, gotowego w każdej chwili zrejterować, utykając w snopie oślepiającego światła. Nic z tego nie wyszło. Uzyskałem jedynie pewność, że sen przeniósł mnie w inną epokę i w inne miejsce, do czasów mojego dzieciństwa spędzonego w miasteczku pod Madrytem i zafundował mi na nowo doznania udręki i lęku, od których uwolniłem się już wiele lat temu. To prawda, dzień był odpowiedni po temu, żeby wydobyć stare taśmy z zamierzchłej przeszłości i przesunąć je w świetle lampy projektora, ożywiając zachowane na nich obrazy. Ale był to również dzień negocjowania długów, nie ich spłacania. Dzień mojego ślubu.
Na przenikliwą, dzwoniącą w uszach ciszę nakładał się łoskot wody dochodzący spod prysznica. Wstała przede mną. Zawsze wstawała wcześniej. Przed laty często budziły mnie jej skrzypce, z których na początku wydobywały się przeraźliwe dla ucha dźwięki przywodzące na myśl histeryczne miauczenie kota przetrąconego przez czteroosiowego tira hamującego raptownie na rozpalonym w słońcu asfalcie i które pod wpływem ćwiczeń, nie zaś za sprawą siły mojego przyzwyczajenia, przybierały coraz bardziej doskonałą formę jedwabistego śpiewu pudrującego słuch niczym pędzel do makijażu. Wstałem oszołomiony natłokiem wrażeń napływających z realnego świata. W pokoju było chłodnawo z powodu włączonej przez całą noc klimatyzacji. Rozsunąłem story, uchyliłem szklane drzwi i obuch żaru lejącego się z nieba łupnął mnie w klatkę piersiową. Wyszedłem na taras obwarowany żywopłotem hibiskusa i opadłem na jedno z kutych w metalu krzeseł. Przez kilka minut patrzyłem na morze rozciągające się pod zielonymi, pierzastymi gwiazdami palm kokosowych i kilka razy głęboko odetchnąłem, próbując rozróżnić słodki zapach kwiatów, lecz fale parnego powietrza zatkały mi nos i zmuszony byłem łykać je ustami. Nagle mały nektarnik, afrykański kuzyn kolibra, śmignął z szybkością błyskawicy nad hibiskusem niby miniaturowy menedżer w krzykliwym jedwabnym krawacie, z długachnym dziobem, śpiesząc się, by wydoić z nektaru obrzmiałe miodniki, dopiero co rozchylone o poranku rozedrganym radosnym zgiełkiem. Kontrapunktem wobec tej szaleńczej żywiołowości ptaka był właściwy tubylcom ospały krok pracownika hotelowej obsługi, który z drugiej strony kwiecistej rubieży szedł w dół ścieżki, nie wydając przy tym najlżejszego dźwięku. Taszczył stos wyprasowanych ręczników białych jak jego zęby, które zaprezentował w szerokim uśmiechu, pozdrawiając mnie standardowym jambo. Odwzajemniłem mu tę uprzejmość, na co rzucił poufale:
– Have a nice honeymoon, sir!
Chciałem wyprowadzić go z błędu, ale dokładnie w tej samej chwili zrozumiałem powód jego komentarza. Za moimi plecami na tarasie pojawiła się Estela spowita w hotelowy ogromniasty szlafrok. Zawsze była filigranowa i nawet skrzypce wtulone między jej brodę i bark wyglądały jak źle trzymana wiolonczela. Dopiero gdy zaczynała na nich grać, stawało się oczywiste, kto nad kim dominuje.
– Słyszałeś!? Właśnie zostałam pasowana na twoją małżonkę, my darling! – roześmiała się, cmokając mnie w policzek i siadając obok z okutaną w ręcznik głową. – Spójrz, jaki przystojniak podglądał mnie w łazience.
Trzymała w dłoni małego brązowego gekona i głaskała go palcem. Położyła jaszczurkę na stole i kiedy się pochyliła, poranne słońce odbijające się od tafli morza zaiskrzyło dwiema różyczkami sztucznych ogni w jej oczach o kolorze algi, identycznych jak jej matki.
– To gekon – oznajmiłem. – Wiesz, że potrafią przywierać do szyby dzięki siłom atomowym? Niesamowite, co? Uwielbiają łazienki, bo pełno w nich gładkich kafelków, i wiedzą, że roi się tam od komarów czatujących na gołych ludzi. Czy moja pani wyspała się dobrze? Nic dziwnego, że obsługa za nami nie nadąża. A tak się upierałaś, żeby dzielić ze mną pokój w hotelu… Na sto procent masz w Niemczech jakiegoś wariującego na punkcie twojego układu kostnego przyczajonego pianistę albo flecistę, który z pocałowaniem ręki dotrzymałby ci tutaj towarzystwa. Tymczasem przyjeżdżasz sama i pakujesz się do jednego pokoju ze swoim zramolałym bratem.
– Mój zramolały brat nie mógł spędzić samotnie ostatniej nocy przed swoim ślubem. Ktoś musiał cię wesprzeć podczas tego zamieszania i zdzierżyć twoje histerie.
– Ale zdaje się, że od tego jest panna młoda, nie sądzisz? Tylko że panna młoda wykombinowała sobie, że będzie cudnie zafundować nam małą rozłąkę na czas przygotowań, jakbyśmy od lat nie mieszkali razem w Nairobi.
– Panna młoda postępuje bardzo rozsądnie. To, że od niepamiętnych czasów mieszkacie razem, nie ma żadnego znaczenia. Do godziny zero musi przebywać ze swoimi rodzicami.
– W innym hotelu?
– Oczywiście. Nie ma lepszego sposobu, żeby uniknąć ryzyka kontaktów z panną młodą przed ślubem. Wiesz przecież, że to kategorycznie zabronione.
– Chyba nie chcesz mnie karmić tymi bredniami, że to przynosi pecha? Zlituj się!
– Dla panny młodej to naturalnie coś więcej niż pech, to pełnowymiarowa tragedia. Jeśli wziąć pod uwagę krzyż pański, jaki musi mieć teraz bidulka, brakuje jej tylko ciebie na głowie, wtykającego nos we wszystko, z jej intymną bielizną włącznie: „Ty jeszcze nie ubrana? To pasuje ci lepiej, o, tak, w ten sposób. Jak to? Nie włożysz zegarka, który dostałaś ode mnie w prezencie?” – wyrecytowała szyderczym głosem. – Wracając zaś do twojej poprzedniej uwagi. Owszem, znam takiego jednego, który przystałby skwapliwie na sposobność dzielenia ze mną czegoś więcej niż tylko pokoju w tym tropikalnym raju, ale to niestety dyrygent, a nie pianista. Jest starszy od taty i zawsze nosi żałobę za paznokciami. Aż trudno uwierzyć, że jest w stanie wyczarowywać z nich tę magię, bo trzeba przyznać, że jest niesamowicie utalentowany. Natomiast pianista ma palce… Tak, jemu pozwoliłabym zinterpretować toccatę na cztery ręce. Problem jednak polega na tym, że byłaby to toccata i fuga jednocześnie, bo jest żonaty. Ma prześlicznego dzidziusia.
– Ejże, panno! Nie mam zamiaru tego słuchać. Nie zapominaj, że jesteś moją młodszą siostrą! Dzieckiem prawie!
Spojrzała na mnie, marszcząc nos i rozwijając turban, żeby wytrzeć płowe włosy, zrumienione jak sawanna w porze suchej.
– Jak ten czas szybko mija, prawda? – powiedziała cicho. – Wydaje się, że jeszcze wczoraj byliśmy w Torre . Melinowałam się z moimi kumpelami w najciemniejszym kącie, żeby moi bracia nie przyskrzynili mnie na piciu alkoholu. To jest ten minus małej miejscowości. Zawsze kiedy zalecałam się do jakiegoś chłopaka, musiałam kikować jednym okiem w stronę drzwi, na wypadek gdyby nagle jednemu z was za podszeptem cudownej intuicji wpadło do głowy, by wdepnąć znienacka do tej samej knajpy. A że wszyscy gapili mi się w oczy, musieli pewnie myśleć, że mam zeza. Boże, co za stres i co za czasy!
– To było raptem wczoraj. Ale nie narzekaj. Może nie było ci to na rękę, kiedy chciałaś się uwolnić od jakiegoś namolniaka, a my w stosownym momencie zjawialiśmy się nagle jak, nie przymierzając, Chuck Norris? Brakowało nam tylko strzelb. Ale masz rację, czas zasuwa jak opętany i na domiar złego z upływem lat podkręca tempo. Przekonasz się na własnej skórze. Zgroza.
– W porządku, braciszku. W takim razie ocalmy z niego jak najwięcej. Do południa nie zjawi się reszta towarzystwa. Co chcesz robić w ten ostatni kawalerski poranek? Zabarykadować się w pokoju i płakać? Plaża i mojitos czy inne trunki dostępne w tym lokalu? A może kulturalny spacer po mieście? No bo nie przypuszczam, żebyś miał w planie nasz wspólny wypad do burdelu, gdzie miałabym zaczekać na ciebie w poczekalni, co? Mogłabym przecież skorzystać z okazji i zainkasować kilka szylingów. Jestem pewna, że białe cudzoziemki mogą liczyć tutaj na całkiem przyzwoitą stawkę.
– Ależ ty jesteś wulgarna. Kto by pomyślał, że to słodkie dziewczę rzępolące na skrzypcach nie ma za grosz wstydu. Gdyby Fräulein Liebermann wstała z grobu… a tyle ją kosztowało wysiłku, żeby zrobić z ciebie dobrze wychowaną wirtuozkę, skromną i przyzwoitą…
– Kotku, Fräulein Liebermann, niech Bóg ma biedaczkę w swojej opiece, zdołała mi wpoić pasję wykonania Ave Maria Gounoda, ale nie pasję bycia dziewicą. Prawdę mówiąc, niczego nie można przyrównać do utworu skrzypcowego jako muzycznego tła dla…
– Daruj sobie szczegóły – przerwałem jej. – Skoro już wspomniałaś o Torre… – Gwałtowny poryw wiatru targnął koronami palm kokosowych, które natarły na siebie w bratobójczej walce, haratając się wściekle ostrymi jak brzytwa szponami. – Wiesz, miałem okropny sen. To był jakiś koszmar, ale prawie nic z niego nie pamiętam. Tylko że byliśmy mali i…
– I?
– Estela… Chcę pojechać do Gedi.
– Do Gedi? Jes…?
Skinąłem głową.
– Tonio... Jesteś pewny? – powtórzyła z naciskiem.
– Tak.
– Przecież po południu bierzesz ślub. Daleko to?
– Nie. Niecałe dwie godziny drogi. Zresztą zaraz wrócimy. Nie mam zamiaru nic zwiedzać. Chcę tylko zobaczyć to miejsce. Pobyć tam.
– W takim razie prujemy do Gedi. Ale pozwolisz mi przynajmniej zjeść śniadanie, co?
Jeszcze jeden przedstawiciel hotelowego personelu przeciągnął z wolna przed naszym tarasem i Estela odpowiedziała mu na jego jambo, powiewając dłonią w stylu angielskiej królowej.
– Nie rozumiem, co mówi! – stwierdziła. Wstała z krzesła i wchodząc do pokoju, wrzasnęła: – Wciągam majtki i za dziesięć minut jestem gotowa!
Jakiś czas potem zdążaliśmy moim nairobijskim samochodem na północ drogą do Malindi. Po mojej lewej stronie Estela wystawiała głowę za okno i pęd powietrza modelował jej rzęsy. Kontemplowała monumentalne baszty baobabów dowodzących defiladą regimentów palm kokosowych, agaw sizalskich i nerkowców, machała do dzieci podnoszących radosną wrzawę na nasz widok, patrzyła w osłupieniu na dwóch mężczyzn idących przydrożnym rowem na kompletnym odludziu, przebranych za kucharzy w pełnym ekwipunku, zatykała nos, gdy wyprzedzał nas zdezelowany autobus produkujący chmury dymu czy siejący postrach pirat drogowy matatu. Wszystko wprawiało ją w stan najwyższego zdumienia jak małą dziewczynkę, którą w istocie wciąż była. Uczyłem ją słów w suahili: mtoto, nyama, duka, bwana – a ona się śmiała, bo przypominały jej onomatopeje ze starych filmów o Tarzanie.
– „Asante” to znaczy „dziękuję” – mówiłem.
– Och, asante. To brzmi bardzo fashion. Będę używać tego słowa, gdy po koncercie pozdrowi mnie jakaś szycha.
– Dobrze ci jest w tym Akwizgranie?
– Oj, Akwizgran, jakże wiekowo i cesarsko brzmi to słowo. Aachen.
– Niech ci będzie, Aachen.
– Całkiem, całkiem, nie narzekam. Poziom artystyczny orkiestry jest bardzo wysoki i dla mnie to bezcenne doświadczenie. Miasto jest boskie, mnóstwo miejsc, gdzie można wieczorem poszaleć, Belgia i Holandia o dwa kroki… Na dodatek właśnie tam wymyślono sandwicza.
– Serio?
– Nie żartuję. Pamiętasz „El libro Gordo de Petete” ? Hrabiego Sandwicha, który rżnął tak zapamiętale w karty, że za nic nie chciał zrobić przerwy na posiłek, aż zdesperowana służba przygotowała mu pierwszą w historii kanapkę? No więc to było tam, w Aachen.
– „Wielka księga Petete”! Przecież ty nie możesz tego pamiętać, nie było cię jeszcze wtedy na świecie! Sam to sobie przypominam z wielkim trudem.
– Mama puszczała mi odcinki na wideo. Zawsze chciała mieć światłą córeczkę. Myślę, że moje zamiłowanie do muzyki zawdzięczam właśnie temu pingwinkowi. To była taka piękna melodia…
Śmialiśmy się w najlepsze, kiedy moja torba wciśnięta między dwa siedzenia zaczęła rozbrzmiewać dźwiękami muzyki z filmu o Indianie Jonesie.
– A to co? – zdziwiła się Estela.
– Moja komórka. Odbierz, proszę.
Siostra zabrała się z zapałem do rewizji moich rzeczy.
– Co my tu mamy… Skórki od banana, kastet, prezerwatywy… Na co ci one? Przecież teraz ich nie potrzebujesz.
– Ale z ciebie szuja, nic takiego tam nie ma.
– O, jest. – Wydobyła w końcu aparat i przycisnęła do ucha. – Rezydencja doktora Jonesa. Słucham. Cześć, mamo! Już jesteście? O której wyjechaliście z Nairobi? Jasne, że nie jesteśmy w pokoju. Dokładnie w tej chwili wchodzimy na pokład samolotu, który zaraz odleci do Singapuru… Tak, Tonio się rozmyślił…
– Nie zgrywaj się, wariatko! Jeszcze dostanie zawału!
– Chce z tobą rozmawiać. – Podała mi telefon.
– Przytrzymaj mi go przy uchu, z łaski swojej… Cześć, mamo! Prowadzę w tej chwili samochód. Myśleliśmy, że przyjedziecie później, wybraliśmy się na przejażdżkę. Jak wam minęła podróż? Nie przejmuj się, mamo, wszystko jest dopięte na ostatni guzik… Nie, nie ma już nic do roboty, mamo, wszystko jest gotowe. Możesz być spokojna, odpręż się i rozkoszuj tropikami. Twoja córka to aniołek z różkami, jakbyś jej nie znała… Rozgośćcie się i zróbcie sobie drinka. My niedługo wrócimy. Całusy, mamo.
Na poboczu pojawił się drogowskaz informujący o skręcie do Gedi.
– No to jesteśmy. – Odbiłem w bok. – Gedi. Zaginione miasto.
– Jak na zaginione miasto poszło nam dość gładko – rzuciła z przekąsem Estela.
Przejechaliśmy zakosami kilkaset metrów pośród leśnego gąszczu, aż znaleźliśmy się u wrót ruin. Zatrzymałem samochód. Wysiedliśmy. Gdy dotknęliśmy stopami roślinnej wykładziny, Estela otworzyła w niemym podziwie usta. Gedi było ogromną, świeżusieńką surówką warzywną przemieszaną z kubicznymi grzankami z bloków koralowca i przyprawioną deszczem oraz gęstym, parnym powietrzem. Ze skalnego poczerniałego falochronu tryskały w górę nieruchome zielone pływy połyskujące szmaragdem w miejscach dotykanych przez promienie słońca przedzierające się przez baldachim z gałęzi. Drewno i kamień splatały się w blizny i zwalone przyczółki, na których sterczały pnie drzew, zdające się zwisać w powietrzu. Ich korzenie przenikały opadające schodkowo mury, po których ku łożysku wyściełanemu liśćmi i mchem spływały kaskady trawy. Między kamiennymi resztkami wznosiła się samotna, smukła kolumna, przywodząca na myśl strzelisty płomień sygnalizacyjnego ognia przyzywającego pomocy z trwogi przed żarłocznością puszczy. Miejsce to wyglądało niemal jak dekoracja, doskonała reprodukcja rycin, którymi zachwycali się w swoim czasie romantyczni malarze – ludzka dyscyplina zdewastowana przez zbuntowaną naturę.
– Wielki Boże! Cóż to takiego?! – wykrzyknęła Estela. – Kopalnie króla Salomona?
– To nieporównanie bardziej tajemnicze miejsce – powiedziałem. – Zwłaszcza że istnieje naprawdę, choć nie wiadomo o nim prawie nic. Ponad czterysta lat historii, która jest jedną wielką białą plamą. Nie wiadomo, kto je zbudował, kto w nim mieszkał i dlaczego je porzucił. Miasto nadmorskie bez dostępu do morza, bez portu, ukryte w puszczy, w którym znaleziono jednak chińską porcelanę z czasów dynastii Ming, szkło weneckie, a nawet hiszpańskie nożyczki. Przez całe wieki pomijane milczeniem w kronikach suahili, arabskich i portugalskich. Nic. Ani jednej linijki. Jeszcze w końcu dziewiętnastego wieku nikt poza tubylcami nie wiedział o jego istnieniu. Nie ma nawet pewności co do jego prawdziwej nazwy. Dlatego właśnie tak bardzo zafascynowało tatę.
– Co miał zamiar tutaj robić?
– Naszpikować to miejsce kamerami i rejestrować obraz dwadzieścia cztery godziny na dobę przez trzy miesiące. Ekipa archeologów pracowała tu wówczas po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat. Wcześniej te zapomniane i opuszczone ruiny z wolna pożerała puszcza. Tata zdobył wyłączność na sfilmowanie prac. Chciał też sfilmować żyjące tutaj zwierzęta, których nigdy wcześniej nie udało się złowić obiektywem kamery. Miejscowe legendy mówią o mitycznym stworze nazywającym się Duba, będącym czymś w rodzaju suahilskiego kuzyna yeti i ukrywającym się w dzikich ostępach puszczy. Oczywiście tata nie wierzył w te bajki, ale tubylcy darzą to miejsce czcią i lękają się go. Prawdopodobnie od najdawniejszych czasów składano tu ofiary i odprawiano rytuały. Ponoć pierwszy archeolog prowadzący wykopaliska w Gedi, Anglik James Kirkman, wspominał, że stale wyczuwał tu czyjąś inwigilującą obecność. Tata pragnął pokazać światu ostatnie zaginione miasto ludzkości, jedyne, o którym nie nakręcono jeszcze dziesiątków kilometrów taśmy filmowej. Ukuł nawet dla tego przedsięwzięcia specjalną nazwę – Wielki Plan. Miało to być jego najważniejsze dokonanie, katapulta do jego kariery. Ale… jak wiesz…
– Tonio... – zawahała się Estela.
– Tak?
– Właściwie nigdy… nigdy nie opowiedzieliście mi dokładnie o tym, co stało się tamtego lata…
To prawda. Byłem przeświadczony, że wizyta w Gedi niechybnie zrodzi w siostrze coś więcej niźli zwykłą ciekawość, że wyzwoli w niej potrzebę zrozumienia, skąd się wzięła, zajrzenia w głąb swojej tożsamości wobec odkrycia w tych nieznanych jej dotąd ruinach nieoczekiwanego pokrewieństwa ze splątanym, zielonym gąszczem i płytą koralowca. Nieuniknione było również to, iż jej pragnienie poznania ożywi moje wypalone wiele lat temu, ale wciąż widoczne jak szrama po źle usuniętym tatuażu wspomnienia. I tego właśnie pragnąłem – być tu, złożyć hołd dawnym czasom i zamknąć pewne sprawy z przeszłości. Przeszłości sięgającej ćwierć wieku wstecz. „Tamtego lata” – dwa słowa, które ledwie musnęły usta Esteli, nim o afrykańskim poranku pofrunęły wprost do mych uszu, gdzie delikatny brum-brum kosteczek pobudzonych przez drgania błony bębenkowej rozprzestrzenił się w okamgnieniu po układzie nerwowym i wyzwolił w moim mózgu elektryczną burzę wspomnień.
Tamtego lata…
(…)