Strona główna / Literatura polska / Dolina tysiąca brzuchów

Aktualności

21.11.2017

Salon Ciekawej Książki

Wszystkich miłośników czytania serdecznie zapraszamy na VII edycję Salonu Ciekawej Książki, która odbędzie się 24–26 listopada 2017 r. w Hali Expo-Łódź przy al. Politechniki 4 w Łodzi.

Wywiady

03.11.2017

Do dystansu mam dystans

Rozmowa z językoznawcą profesorem Jerzym Bralczykiem, autorem książki „1000 słów” o słowach niepokojących, obiecujących i tych, którym na nas nie zależy.

Posłuchaj i zobacz

13.10.2017

Pan Poeta dla najmłodszych!

Jeśli nie znacie jeszcze książek Pana Poety, zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu o tej wyjatkowej serii dla najmłodszych!

Bestsellery

TOP 20

  1. Śpiące królewny Owen King, Stephen King
  2. Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz Artur Górski
  3. Byłam kochanką arabskich szejków Laila Shukri

Dolina tysiąca brzuchów

Jonasz Kofta

Jonasz Kofta & Stefan Friedmann
DIALOGI NA CZTERY NOGI

II. Wypadki losowe

Nasi przyjaciele stali na przystanku pogrążeni w rozmowie. Tramwaj nie nadjeżdżał od kilku godzin. Nie dziwiło ich to specjalnie, bo przystanek był autobusowy.
– Parę lat temu, co ja mówię: lat, dokładnie wczoraj... Jadę ja sobie tramwajem komunikacyjnym w celu pokonania odległości z pracy do domu. Patrzę przez okno na krajobraz mojego miasta, widzę domy w kolorach (różnych), skwery, skwerki i parki na ulicach zakochane w sobie z wzajemnością. Tramwaj pędzi i dzwoni, gdzie go szyny niosą. Jest przyjemnie. Posiadam ważny bilet miesięczny w estetycznym etui. Jest przyjemnie i społecznie. Nad uśmiechniętą motorniczą zgrabny napis głosi: OBYWATELU! I rzeczywiście. Nie ma się do czego przyczepić. Jadę, jedzie, jedziemy. Nie wiem, czy mówiłem, że jest przyjemnie. Nagle czuję, że ktoś mi wsuwa rękę do kieszeni i portmon wyjąć usiłuje.
– I co?
– I nic. Odwracam ja się do tyłu, patrzę, a to...
– Wal!
– A to złodziej kieszonkowy.
– Skąd wiesz, że kieszonkowy?
– Bo był małego formatu.
Zaśmiali się z udanego żartu. W tym momencie na przystanku zatrzymał się tramwaj i wesołym dzwonieniem zapraszał do wsiadania. Nie wierzyli własnym oczom. I słusznie. Przystanek był przecież autobusowy. I już mieli wsiąść, kiedy nagle coś ich tknęło. Zamiast jedynki, która jedzie na Trzeciego Maja, stała trójka jeżdżąca na Pierwszego Maja. Chytrość i inteligencja uratowały naszych przyjaciół przed jazdą tramwajem, którego nie było. Za to było o czym rozmawiać.
– KŁAMSTWO MA KRÓTKIE NOGI I LEPKIE RĘCE.
– Ale nawet najkrótsze nogi ukażą się oczom badacza, gdy wiosną skurczy się śniegowa kołderka, a spod niej wyłonią się tajemnice lata i jesieni. Przedmioty małych i wielkich dramatów. Nigdy niewyjaśnionych. A to buteleczka po spirytusie denaturowanym, kapsle od piwa, tu znów butelka po spirytusie, tym razem salicylowym, znów kilka kapsli, a ta fantazyjna w kształcie butelka – to po wodzie brzozowej... pół cegły świadczące najprawdopodobniej o niedokończonej budowie.
– A ile tu kapsli od piwa!
– Nie tylko, te większe są od wina; mówię, bo znam ten gatunek.
– Niemi świadkowie głuchej tajemnicy.
– Śnieg taje, woda spływa, nic nie zataisz. Oliwa wypływa!
– Na stoku Rzęchacza rzekoma spółka wyciągaczy naciągów założyła wyciąg narciarski. Po odwilży i częściowym spłynięciu wody wyciąg okazał się naparem. Naparem z szałwii i rumianku.
– Wydaje mi się, na mój rozum, że to ta sama spółka, która sprzedawała kożuchy.
– No i co?
– Nie do noszenia.
– Z powodu?
– To były kożuchy z mleka.
– No to co?
– Ale do mleka dolewali wody!
– A, to co innego! Jakie to niskie i płaskie.
– Zastanawiają mnie pobudki, którymi kierują się naiwnie nabierani.
– Najczęstszą pobudką, znaną już przed wojną, jest prawdopodobnie z pewnością nieświadomość nabieranego.
– Tak też bywa. Dodam tylko kilka innych, jak: dobrotliwość, chciwość, delikatność, chęć wzbogacenia się i pośpiech.
– Cechy oszusta kształtują się na zasadzie odwrotności cech oszukiwanego. Oszuści to przewrotni ludzie. Tylko wewnętrznie, na zewnątrz wyglądają jak każdy normalny człowiek. Ba, jak każdy obywatel. Ich wygląd jakże często niesłusznie budzi szacunek i zaufanie. Ileż to razy i w jakże dużych ilościach kupowano fałszywe kamienie za prawdziwe pieniądze.
– I płacono fałszywymi pieniędzmi za prawdziwe kamienie.
– Znajomy mego kolegi kupił od jednego oszusta kilka kamieni milowych.
– I co?
– I co, oszukał się, fałszywe były, dały się ustawiać tylko co dwieście metrów.
– No, to stracił na każdym po parę dobrych metrów.
– Mój kolega, co ma znajomego, kupił od przygodnego oszusta rubin, który miał być rzekomo dwukrawatowy.
– Karatowy...
– Chyba wiem, co mówię, nie? Miał być dwukrawatowy, a pasował tylko do jednego krawata.
– Znany jest też wysoce nieprzyjemny wyczyn oszusta, który w karnawale sprzedawał, głównie na zabawy szkolne, serpentyny. Jak się okazało, były to serpentyny górskie nienadające się na zabawy, zwłaszcza szkolne.
– Ale zdarza się również, że sami oszuści bywają ofiarami swoich ciemnych manipulacji. Przypomina mi się coś, co zdarzyło się... w noc sylwestrową, na przełomie dwóch sąsiadujących z sobą lat! Obywatel Maruszeczko...
– Ja coś o nim słyszałem.
– To nie o nim, tylko o jego bracie rodzonym tego samego nazwiska. Obywatel Maruszeczko wpadł na pomysł, żeby na bal sylwestrowy przebrać się za strażaka. Na tym balu, na który on poszedł, wybuchł...
– Syfon!
– Nie. Pożar. Syfonu się nie gasi, bo woda się nie pali. Nasz dzielny Maruszeczko, gdy wybuchł pożar, pomny munduru, jaki nosił nielegalnie, ugasił pożar z narażeniem i dostał złoty medal. Ale kiedy wracał do domu, to przekonał się, że medal był ze sztucznej biżuterii. Więc poszedł na skargę do organizatorów balu, a ci mu powiedzieli, że jest on nie zawodowym strażakiem, tylko
przebranym, i nie ma prawa do prawdziwego medalu. Na to on wniósł zażalenie, ale nic nie wskórał, bo pożar był też kostiumowy.
Spacerowali tak, prowadząc dialog na smyczy zdrowego rozsądku. Pozwalali mu jednak zatrzymywać się przy każdym niemal drzewku czy latarni. Dialog zasługiwał na pewne względy, gdyż był wiernym przyjacielem człowieka i miał cztery nogi. Było miło, ale nie za bardzo. Zanucili więc wraz piosenkę, której refren zaczyna się od słów: ty się na baczności miej!

Sprzedali skórę na niedźwiedziu
Pieniądze wzięli, zniknęli zaraz.
A niedźwiedź o tym nic nie wiedział
A zresztą to był farbowany baran.
Opchnęli jedno strusie jajo
To jak wiadomo obiekt duży
Na wagę nawet się zgadzało
Bo to był tuzin jajek kurzych.

Ty się na baczności miej
Ty oszustom ufaj mniej.
Życie to jest groch z kapustą
Przeto dobrze żyć oszustom.
Nie wiadomo jak i gdzie
Oszust oszukuje cię.

Oszukali, oszukali
Babcię w piasku.
Narobiła, narobiła
Babcia wrzasku.
Teraz żałuje biedna staruszka,
A płacz jej rani nam uszka.

Z Belmondem wyswatali dwie panienki
Obie mieszkanki Dolnej Muszyny
A jak dostali forsę do ręki
To zaraz zerwali zaręczyny.
Babcia stała na balkonie
Dołem dziadek defilował
I oszukał ją niebogę
Gdy znienacka zmylił nogę.

Ty się na baczności miej
Ty oszustom ufaj mniej...

A było nie wierzyć
A było się spytać
Bądź na alarm uderzyć
Bądź zażądać kwita.

Kwita? Na co kwita?
Po kwicie do kłębka
Po kwicie do kłębka
Bo ślad – sprawa ważka
Gdy złapiemy oszusta
To już mamy ptaszka.

*

Stanęli przed szyldem, na którym anonimowy malarz wymalował czarno-białą farbą bajecznie kolorowego, egzotycznego ptaka Nitro. Napis głosił: BAR SAMOA DAWNIEJ RYJO OBECNIE SUMATRA. Mocne zapachy ulubionych potraw uderzyły ich w nozdrza. Po zatamowaniu krwi śmiało weszli do środka.
– Panno Jadziu, dwa duże piwka!
– Zara... zara... trzech rąk nie mam... nie rozerwę się... Hela, naczynia... Drzwi zamykać!... Co, obora?... Drobne... a ja skąd wezne?... z rękawa wytrząchne... A co mnie to... mądrala... no, no, no... inteligent w okularach... Nie strasz, nie strasz... Drzwi!... Co brudne... co brudne... idź pan do domu, żona panu umyje... Hołota... dalej, jazda... no, ju... Drzwi!!! Zamykać!... A mnie się podoba? Stań pan za mnie... proszę osiem godzin na nogach... ja też jestem człowiek... jeszcze za koleżankę, co na chorobie... sama jedna... ledwo żyje... będzie mi tu bruździł... Syna mam w pana wieku!... A pisz pan, pisz... Hela, daj mu te książkę, niech pisze... a bo on pierwszy... Narobią nam... dużo... tylko wyraźnie, drukowanymi najlepiej... Drzwi zamykać! I ciszej, bo przestane sprzedawać!... Ja też jestem człowiek... Nie bede, bo mnie się nie chce. Zrozumiano?... Do dyrektora?... Do ministra lećta od razu... zara mnie wyrzucą... dwadzieścia lat tu robię, syna, co na studiach, utrzymuję, męża mi w wojnę tramwaj przejechał... akurat narobią mi.
Rozgościli się ze swobodą starych bywalców. Portfele przełożyli do kieszeni wewnętrznych. Paltoty zwinęli i dla pewności na nich usiedli. Starając się nikomu nie rzucać w oczy, z pustych skrzynek zbudowali w kącie przy toalecie miniaturową barykadkę. Mając zapewniony dostęp do bufetu i bieżącej wody, wiedzieli jedno: żywcem ich nie wezmą!
Zdawało im się, że w tej sytuacji mogą igrać z niebezpieczeństwem. Poprosili o kartę win. Dostali po mordzie. Poprosili drugi raz. Dostali z drugiej strony.
Jeden z przyjaciół wystąpił z propozycją, żeby zrezygnować z wina, bo go rozbolała głowa. Drugi zgodził się z pierwszym, ale zupełnie z innych powodów. Wskazał ręką na umieszczone nad bufetem hasło: ALKOHOL TO NAJSTARSZY I NAJBARDZIEJ ZASŁUŻONY WRÓG LUDZKOŚCI!
– Z nałogiem mamy do czynienia wtedy, gdy jakąś czynność uprawiamy do przesady.
– Najsampierwszym znakiem dla nałogowca są nudności i skłonność do womitacji.
– Każda z naszych czynności pospolitych kryje w sobie ziarenko nałogu, które podlane alkoholem lub zbytnią skłonnością do robienia sobie przyjemności kiełkuje najczęściej w formie palmy.
– Właśnie. Palmy, palmy, a nabawimy się niewątpliwie nałogu tytoniowego. Nałogiem może się okazać wszystko. Nałogi pospolite, jak: picie alkoholu, palenie tytoniu, używanie narkotyków, mycie zębów czy manikiur, lub bardziej wyszukane, jako to: dłubanie w nosie, pisanie wierszem, występowanie estradowe, pozy plastyczne, wysokie C...
– Tak jak nie ma miłości bez zazdrości, tak nie ma...
– Tak nie ma nałogu bez skutku. Skutki bywają główne i uboczne albo oba naraz. Wiemy to z obserwacji albo nam ktoś powiedział.
– Są to rzeczy straszne i nie do oglądania gołym okiem, taka ofiara nałogu...
– Dziwną i niejako zagadkową przygodę przeżył mgr inż. Marian Maruszeczko, wracając wieczorową porą z telewizji od Jadwigi, swej biurowej znajomej. Przygodę, której wydźwięk jest alarmującym ostrzeżeniem dla ludzi ulegających zgubnym nałogom. Przeżywającego nie wiadomo po raz który wspaniały program „Znowu u nas?!!!” i uśmiechniętego do rozpuku pana Mariana wyrwał ze świata rewii i feerii zduszony głos:
– Najuprzejmiej przepraszam pana, czy wolno zadać pytanie?
Przed inżynierem stał wyleniały, zduszony i nieświeży osobnik.
– Gdzie tu, pańskim zdaniem, można znaleźć restaurację?
– Moim skromnym zdaniem, jest ona za rogiem.
– Jak dziękować, sam już nie wiem.
– Taki drobiazg, nie ma o czym.
– Przepraszam, że natrętuję, ale wybaczy pan, znalazłem się w sytuacji bez grosza. Nie chcę pożyczać, broń Boże, mam tutaj... – Nieznajomy wyjął paczkę z teczki, a z niej używane, ale w dobrym stanie, spodnie sztuczkowe. – Gdyby pan się zgodził... okazja... nie chcę drogo, rozumie pan... – Nieznajomy wymownie spojrzał w stronę restauracji, przełykając ślinę. – Proszę, niech pan zmierzy. W razie czego, znam krawca, dobry rzemieślnik. – Ręka nieznajomego trzymającego spodnie sztuczkowe drżała.
– Typowy objaw nałogowego człowieka.
– Jeden rzut oka Mariana Maruszeczki na spodnie wystarczył dla zorientowania się w sytuacji. Spodnie sztuczkowe były o wiele za duże.
– No, więc jak będzie? – spytał szeptem nieznajomy.
– Nie! – odpowiedział Maruszeczko. – Nie na mnie te sztuczki, Bruner! (…)