Strona główna / Literatura polska / Matki, żony, czarownice

Aktualności

22.05.2017

Spotkanie z Panem Poetą

Z okazji Dnia Dziecka zapraszamy na spotkanie z Panem Poetą, autorem książeczki "Kura, co tyła na diecie". Spotkanie odbędzie się w czwartek 1 czerwca o godz. 10:00 w księgarni BookBook (ul. Hoża 29/31) w Warszawie.

Wywiady

10.04.2017

Sarah Pinborough: to opowieść o mrocznej, uzależniającej stronie miłości

Sarah Pinborough, autorka bestsellerowych horrorów i thrillerów, opowiada o swojej nowej książce "Co kryją jej oczy".

Posłuchaj i zobacz

04.05.2017

Czy Wielki Wybuch był głośny?

Zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu z udziałem Karoliny Głowackiej i Jeana-Pierre`a Lasoty, autorów książki "Czy Wielki Wybuch był głośny"!

Bestsellery

TOP 20

  1. Małe wielkie rzeczy Jodi Picoult
  2. Jerzy Dziewulski o polskiej policji Jerzy Dziewulski, Krzysztof Pyzia
  3. Masa o życiu świadka koronnego. Jarosław Sokołowski "Masa" w rozmowie z Arturem Górskim Artur Górski

Fotogaleria

więcej »

Matki, żony, czarownice

Joanna Miszczuk

Krystyna, 1963, Wrocław

Krystyna pracowicie rozdzielała igłą posklejane tuszem rzęsy. Kreski wyszły idealne, jak z żurnala. Zalotka spełniła swoje zadanie i rzęsy miały pół kilometra długości. Tylko ten upiorny tusz się sklejał. Dlatego od pięciu minut mordowała się z igłą. Właśnie dziś chciała wyglądać perfekcyjnie. Odbicie w lustrze pokazywało pieczołowicie wykrochmaloną kieckę na stu halkach, czerwoną jak grzech. Z gramofonu kupionego za pierwszą nauczycielską wypłatę płynęły słowa jakże pasującej piosenki: „…spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka… dziś, właśnie dziś, obym była tak piękna…”. Tak, to dzisiaj zdobędę go na zawsze, pomyślała. „…Bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść…” – zawodziła Violetta Villas ze zdartej płyty.
Krysia zakochała się dwa lata temu. Boże! Jakie wspaniałe były te dwa lata. Rysiek, najprzystojniejszy lekarz, jakiego miała wykształcić Wrocławska Akademia Medyczna, do tego absolutnie samodzielny i niezależny. Miał spółdzielcze m-2 w nowym budownictwie, mimo że był przecież kawalerem. Krysia podziwiała jego zaradność. Jakże cudowne chwile przeżywali razem w tym mieszkanku. Traktowała je jak ich wspólne gniazdko. Upiększała, ozdabiała, całe pensje zostawiała w firaneczkach i bibelotach do „ich mieszkanka”. Mama Krystyny irytowała się, że córka prawie nie mieszka w domu. Kryśka tkwiła po uszy w praniu, gotowaniu i prasowaniu koszul ukochanego Rysia, matka czepiała się o ślub. Żądała powrotów do domu na noce – przynajmniej do zaręczyn. Boże, jaka ona nieżyciowa. Przecież się kochają. Dla Krystyny zaręczyny i ślub były czystą formalnością. Bez nacisków napomykała Rysiowi o konieczności poznania się rodzin, ale ciągle to odkładali. On kończył studia. Utrzymywali go rodzice, tłumaczył więc, że nie chce ich dodatkowo obciążać synową przed dyplomem. Dziwne, bo przecież ona zarabiała. Pracowała od trzech lat, od momentu ukończenia szkoły pedagogicznej. Studia musiała na razie odłożyć. A zresztą, po co studia. Przecież i tak jako żona lekarza będzie się zajmowała mężem i domem. Niemiłym zgrzytem jednak była ta jego niechęć do przedstawienia jej rodzicom. Ryszard pochodził z arystokratycznej rodziny, której udało się przeżyć wojnę i przetrwać. Co prawda, nowa Polska odebrała im cały majątek, ale na szczęście ojciec Rysia był człowiekiem życiowym. Zapisał się do partii wystarczająco szybko, żeby mimo „złego” pochodzenia społecznego miękko wylądować. Ordynator szpitala wojewódzkiego, wysoko postawiony członek partii, słowem, totalne wyżyny społeczne. Matka Rysia, hrabianka Janicka z domu, miała wobec syna niebosiężne plany. W ciągu tych dwóch lat życia z Rysiem nie doszło do spotkania Krysi z jego rodzicami. Nawet się nie ukrywali, po prostu nic nie mówił rodzicom o narzeczonej. Nie mieli pojęcia. Tłumaczył jej, że to za wcześnie, że niedługo im powie, że to szok, bo te klasy społeczne… Jakie klasy społeczne? Dopiero po wizycie u rodziców Krystyny, kiedy jej mama, Maria, zaczęła snuć wspomnienia sprzed wojny, Ryszard przestał się migać. Najpierw długo wypytywał o ten utracony majątek w Wielkopolsce, kazał sobie ze szczegółami opowiadać o balach, zalotnikach i kuligach, a potem z głupia frant rzucił:
– No widzi pani, jaka figlarka z tej Krysi? Opowiada, że jej tatuś jest szewcem, a pani pracowała w polu.
– Bo to prawda, panie Ryszardzie. – Mama Krystyny pokiwała głową. – Popełniłam mezalians. Zakochałam się w Stachu i uciekłam do niego. Mama nie wybaczyła mi tego nigdy. Zamieniłam perły i salony na motykę i strzechę. Ależ to był skandal! – Roześmiała się perliście.
– I nie żałowała pani? – Zrobił wielkie oczy.
Maria spojrzała na niego z zastanowieniem.
– Zdarzały się chwile, kiedy naprawdę było bardzo ciężko – odpowiedziała po namyśle. – Najtrudniej, kiedy mojego męża Niemcy wywieźli na roboty. Proszę sobie wyobrazić rozpieszczoną panienkę z dobrego domu, samą z dwuletnim dzieckiem, w lichej, zimnej chałupie, bez środków do życia. Nawet tego nędznego poletka nie umiałam obrobić. Co posiałam – zmarniało. Jedyne, co potrafiłam uprawiać, to orchidee! Na szczęście Bóg czuwał nad nami. Bogaty Niemiec szukał nauczycielki dla córki. Zaczepił mnie po mszy w kościele. No bo przecież we wsi wszyscy wiedzieli, że ten biedak Stach wziął sobie uczoną pannę ze dworu. Niemiecki, francuski i angielski wynios¬łam z domu. Poznańska pensja dla panien dała mi, jak na przedwojenne czasy, niezłe wykształcenie. Po wsi poszła fama. Niby wstyd był u Niemca pracować, ale dla mnie wtedy wstyd się nie liczył. Krysia leżała z wysoką gorączką, a ja nawet nie miałam z czego upiec chleba. Dostałam posadę, jedzenie, ciepły pokój dla mnie i Krysi. Ten Niemiec był dla nas dobry, trzy lata u niego pracowałam. Kiedy postanowił uciekać przed Rosjanami, zabrał nas ze sobą. A potem już mój mąż nas odnalazł. Tu, we Wrocławiu. – Zamyśliła się. – Nie, panie Ryszardzie, nie żałuję. Zresztą teraz i tak żadne różnice społeczne się nie liczą. Pojęcie mezaliansu przestało istnieć, liczy się tylko miłość.
– No właściwie tak – wymamrotał Ryszard bez przekonania.
To po tej rozmowie ustalili termin zaręczyn. I wtedy zaprosił ją oficjalnie do swojego domu. A ta wizyta obróciła życie Krystyny w gruzy.
Drzwi otworzyła służąca. Zaprowadziła ich do onieśmielającego salonu-biblioteki. Tam zostali posadzeni w głębokich klubowych fotelach przy niskim stoliczku. Służąca wniosła herbatę i ciasteczka. Za nią wszedł wyperfumowany i szalenie elegancki ojciec Rysia.
– Witaj, synu – rzucił prawie w biegu – matka zaraz do ciebie przyjdzie, muszę lecieć, pogadamy w niedzielę.
Krystyny jakby nie zauważył, nie zapytał o nią, zignorował ją kompletnie. Tak też się poczuła – jak nikt. Rysiek nawet gestu nie zrobił, żeby ją przedstawić.
Nie zdążyła nawet ust otworzyć, gdy do salonu wpłynęła szalenie dystyngowana, drobna dama.
– Witaj, kochanie – zwróciła się do Ryszarda.
– Och, witaj, mamusiu, stęskniłem się. – Nowe, nieznane wcześniej Krystynie nutki w jego głosie, strachu przemieszanego z nadskakiwaniem, niemile ją zaskoczyły.
– Poznaj proszę moją… to jest… koleżankę, tak, koleżankę, Krystynę.
Krysia wstała i wyciągnęła rękę, przedstawiając się głośno i wyraźnie:
– Krystyna Jałoch.
Jej ręka zawisła w powietrzu. Dama skinęła głową i bez słowa usiadła przy stoliku. Najpierw długo celebrowała nalewanie herbaty, potem odezwała się do syna:
– Marianna przyjeżdża w czwartek, tak więc już nie musisz się kłopotać o towarzyszkę na bal.
Ryszard zaczerwienił się jak burak.
– Tak, mamo.
Krystyna siedziała sztywno wyprostowana, nic nie rozumiejąc. Przecież na sobotni Bal Medyka, ukoronowanie roku akademickiego, mieli iść razem. Coś tu było szalenie nie w porządku. Nigdy nie uciekała przed konfrontacjami, zawsze stawiała sprawy prosto i uczciwie. Była pewna, że jej ukochany jest taki sam. Tu jednak coś straszliwie nie grało. Dyskretnie kopnęła Ryśka pod stołem. Odpowiedziało jej jedynie ciężko przerażone i spłoszone spojrzenie. Dosyć! Wzięła sprawę we własne ręce i niepytana oznajmiła:
– Cóż, szkoda, że małżonek pani nie znalazł czasu dla nas. Przyszliśmy, aby państwo mogli mnie w końcu poznać.
– W końcu? – pytająco wycedziła różanymi usteczkami mama Ryszarda.
– No tak – Krysia uśmiechnęła się czarująco – już dwa lata jesteśmy razem, jak zapewne pani wie. Ustaliliśmy termin zaręczyn, więc chcieliśmy w imieniu moich rodziców serdecznie państwa zaprosić na tę uroczystość.
Rysio spurpurowiał, przyszła teściowa zbladła.
– Niedorzeczność! – skwitowała ostro. – Ryszard ma przed sobą wspaniałą, już ustaloną przyszłość. Pani się myli! Ryszard! – rzuciła rozkazująco.
Rysio zerwał się z fotela, stanął na baczność i, jąkając się, zaczął zeznawać:
– Mamusiu, ona jest ze szlacheckiej rodziny po kądzieli… z Wielkopolski… tam majątek im przepadł… bo wojna. I dwa lata się… bo ona dba o mnie… I sama mówiłaś, że wydoroślałem… a Marianna już tyle czasu w Warszawie. Bo ja myślałem…
– Bzdura! – Hrabianka de domo Janicka elegancko podniosła się z fotela. – To, synu, że przestałeś przynosić do domu pranie, nie świadczy o twojej samodzielności. Proszę pannie zapłacić za usługę i zakończyć tę znajomość. Marianna wraca po studiach do narzeczonego i nie życzę sobie, żebyś mi tu fanaberie wyczyniał. Do zobaczenia w niedzielę na obiedzie. Służba was odprowadzi.
Po czym, nie dopuszczając nikogo do słowa, po prostu wyszła.
Krystynę zamurowało. Kompletnie nie rozumiała tego, co przed chwilą zostało powiedziane. Narzeczona? Zapłać za usługę? Co to ma niby być?
Ryszard odzyskał wigor, wyciągnął ją za łokieć z fotela, prawie wypchnął z domu i w piorunującym tempie zawlókł do taksówki. Całą drogę usta mu się nie zamykały. Coś tam brzęczał, że się wyjaśni, że trzeba czasu, że ble, ble ble. Wcis¬nął ją do taksówki, podając adres rodziców Krystyny.
Właściwie całą drogę nie myślała o niczym. Właściwie nie myślała o niczym przez całą bezsenną noc. W pracy, patrząc na ufne buzie pierwszoklasistów, też nie myślała. Cztery godziny czytała dzieciom na głos bajki, tylko po to, żeby nie myśleć. Cały ten czas, jak przez mgłę, jak niezmienne tło, dźwięczały jej w głowie słowa „proszę pannie zapłacić za usługę”. Nie cierpiała, nie płakała, nie analizowała. Tkwiła w zawieszeniu. Czekała.
Ryszard nie przyszedł po nią pod szkołę jak co dzień.
Powlokła się sama do „ich mieszkania”.
Klucz nie pasował do zamka.
Wróciła do domu rodziców.
Matka gotowała coś w kuchni. Odwrócona plecami nie zauważyła jej powrotu. Dobrze. Krysia przemknęła do swojego pokoju. Na tapczanie leżały dwa kartony. W jednym kłębiły się jej własne drobiazgi i ubrania, które trzymała u Ryszarda, w „ich mieszkanku”. W drugim ukochany gramofon kupiony za pierwszą wypłatę. Ten sam, którego słuchali z Rysiem w najpiękniejszych, najintymniejszych chwilach. To wszystko. To nie może być prawda. Rzuciła torebkę i pobiegła do kuchni, do matki.
– Mamo? Rysio tu był? U mnie w pokoju? – wyrzuciła z siebie pytania w tempie karabinu maszynowego.
– Nie, córeczko. – Matka odłożyła łyżkę do zupy, wytarła ręce i zbliżyła się do niej z szeroko otwartymi ramionami, jak bezpieczna przystań, w którą można się wtulić. – Kochanie… – zaczęła miękko coś mówić.
– Nie! – Krystyna cofnęła się o krok. – Nie dotykaj mnie, mamo, nie mów nic. Nie! Nie teraz. – Odwróciła się i wyszła do swojego pokoju.
Kolejna noc, bez snu, bez łez, bez myśli. O szóstej rano Krystyna wyszła z domu, nie budząc matki. Poszła do przychodni. Zwolnienie dostała bez problemu – na swoje płuca po przebytych chorobach zawsze mogła liczyć. Wystarczyło jedynie poprosić o L-4 i już je miała. Powolutku otwierały się wszystkie szufladki w mózgu. I te odpowiedzialne za myślenie konstruktywne i te przechowujące wspomnienia. Zespołowa praca komórek mózgowych, które po dwóch dniach bezczynności zechciały się wreszcie uaktywnić, dała efekty. Krysia wróciła do domu. Ojciec już wyszedł do pracy. Usiadły z mamą przy kuchennym stole, zrobiły sobie herbatę.
– Mamo – zapytała bardzo spokojnie, z suchymi oczami – kto przyniósł moje rzeczy?
– Marek, córeczko. – Matka pogładziła ją spracowaną dłonią po policzku. – Marek to dobry chłopak, lojalny i przyzwoity. Nic nie mówił, prosił tylko, żeby ci to oddać. Porozmawialiśmy chwilę przy herbacie. Chyba był strasznie wściekły, bo mu się wyrwało, że żeby nie ty… bo ten bałwan jest świnia. Niewiele z tego rozumiem, ale chyba ta świnia i bałwan to Ryszard? Zgadłam?
Krystyna milcząco skinęła głową.
– Mamo, nie chcę o tym rozmawiać. Nie dziś, dobrze?
– Dobrze, kochanie. – Maria napiła się herbaty. – Marek powiedział, że jakbyś czegokolwiek potrzebowała, to on siedzi do niedzieli w bibliotece, bo uczy się do egzaminów.
Posiedziały w milczeniu w ciepłej, przytulnej kuchni. Kiedy mama wyszła na zakupy, Krysia nastawiła sobie płytę z ukochaną Koterbską i zaczęła rozmyślać. Rzeczywiście, Rysio okazał się świnią. Bez słowa się od niej odciął – tchórz. Ale przecież była pewna, że ją kocha. Może go te zdegenerowane, arystokratyczne elementy zmuszają do tamtych zaręczyn. Gdyby chciał się ożenić z tą całą Marianną, to przecież nie byłoby dwóch ubieg¬łych cudownych lat. Na pewno można wszystko naprawić. Odzyskać Rysia i swoje życie. Tylko jak? Marek. Marek to ich wspólny przyjaciel. Podkochiwał się w niej całą wieczność, dwa lata temu poznał ją z Rysiem. Kiedy zaczęli się regularnie spotykać, Marek z honorem się wycofał. Nadal jednak pozostał ich wspólnym przyjacielem. Jeśli porozmawia z Markiem, na pewno wiele się wyjaśni. Szybko zrobiła makijaż i ruszyła do biblioteki. Marek tam był, siedział w kącie, obłożony książkami, i notował. Kiedy podeszła, wyglądał na zmieszanego.
– Witaj, Krysiu. Tak mi przykro… – zaczął, wstając na powitanie.
– Och, daj spokój, nikt mi nie umarł. – Słysząc jej spokojny, rzeczowy ton, Marek wyraźnie odetchnął.
– Pogadalibyśmy chwilkę, co? – Krysia rozejrzała się po cichej czytelni uniwersyteckiej – Ale może nie tutaj. Mógłbyś wyjść na chwilkę?
– Dobra, czekaj, tylko sobie przechowalnię na książki załatwię. – Marek sprawnie pozbierał bałagan z biurka i powędrował ze schludną wieżą podręczników do bibliotekarza. Już po chwili siedzieli w zadymionej piwniczce kawiarenki Małgosia w Rynku.
– No, co tam, Krysiu? Mogę ci ciacho zafundować? – Uśmiechnął się do niej nieśmiało.
– Zgoda, jedno firmowe. Niby o linię dbać nie muszę, ale kto tam wie? – Krystyna odpowiedziała mu uśmiechem i wzięła byka za rogi. – Słuchaj, znasz Rysia dłużej niż ja, powiedz mi uczciwie, co się właściwie stało? I może wiesz, kto to jest Marianna?
Marek wyraźnie zagotował się w środku. Nie kluczył, nie zmieniał tematu, nie tchórzył, ale widać było wyraźnie, że jest wściekły i czuje się bardzo niezręcznie.
– Nie wiem, jak do tego doszło, ale Rysiek oświadczył, że z wami koniec, bo wraca Marianna. I wręcz zmusił mnie, żebym ci odwiózł rzeczy. Nawet taksówkę sfinansował. Powiedział, że wszystko ci wytłumaczył, i tyle. O Mariannie wiedziałem od zawsze, tylko że ten drań mnie zwyczajnie okłamał. Kiedy wyjechała, twierdził, że to koniec, bo tak się umówili. Wtedy podrywał wszystko jak leci. Kiedy was poznałem, Marianna była przeszłością. Zresztą gdybym wiedział, że to się tak skończy, nigdy bym nie dopuścił do tej znajomości. Krysiu, wybacz mi. Nigdy nie przestałbym o ciebie walczyć, ale ty byłaś z nim taka szczęśliwa. I jeszcze, na dodatek, on się ustatkował. Przy tobie przestał szaleć, nawet byłem pewien, że jest ci wierny. Dlatego dziś nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
– Marek, spokojnie. – Plątanina wątków i wyraźna skrucha Marka nie pozwalała Krystynie zebrać myśli. – Po kolei. Opowiedz mi po kolei o Mariannie i Rysiu.
– No dobra, po kolei. To słuchaj.
(…)