Strona główna / Literatura polska / Co to jest miłość. Wiersze i piosenki zebrane. Tom II

Aktualności

21.11.2017

Salon Ciekawej Książki

Wszystkich miłośników czytania serdecznie zapraszamy na VII edycję Salonu Ciekawej Książki, która odbędzie się 24–26 listopada 2017 r. w Hali Expo-Łódź przy al. Politechniki 4 w Łodzi.

Wywiady

03.11.2017

Do dystansu mam dystans

Rozmowa z językoznawcą profesorem Jerzym Bralczykiem, autorem książki „1000 słów” o słowach niepokojących, obiecujących i tych, którym na nas nie zależy.

Posłuchaj i zobacz

13.10.2017

Pan Poeta dla najmłodszych!

Jeśli nie znacie jeszcze książek Pana Poety, zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu o tej wyjatkowej serii dla najmłodszych!

Bestsellery

TOP 20

  1. Śpiące królewny Owen King, Stephen King
  2. Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz Artur Górski
  3. Byłam kochanką arabskich szejków Laila Shukri

Co to jest miłość. Wiersze i piosenki zebrane. Tom II

Jonasz Kofta

KUP MI JEDNĄ GRUBĄ I JEDNĄ CIENKĄ
o Jonaszu i jego twórczości rozmawiają Jaga Kofta i Piotr Kofta


Piotr Kofta: Na początek jesteśmy winni czytelnikom wyjaś­nienie, skąd taki, a nie inny układ książki.

Jaga Kofta: Przychodziły nam do głowy różne warianty tego ułożenia, łącznie z alfabetycznym. Ale finalnie zdecydowaliśmy się podzielić te wiersze i piosenki na osiem części, które oddają właściwie nie tyle charakter tych utworów, ile różne pola zainteresowań twórczych Jonasza.

Jakie są to części – łatwo sprawdzić. Niemniej warto je wymienić. Tom pierwszy otwiera „Jej portret” – piosenki, które zyskały miano przebojów i często nie są nawet kojarzone z osobą Jonasza, bo od lat funkcjonują już samodzielnie, w radiu, telewizji czy internecie. W „Wygnaniu z raju” mamy piosenki i wiersze miłosne – one zajmują w dorobku Jonasza znaczące miejsce, co nie dziwi, bo poeta musi jakoś zarabiać na chleb, a ludzie lubią słuchać dobrze skrojonych piosenek o miłości. „Femme fatale” to rozmaite parodie, które wyszły spod pióra Jonasza – choćby mniej lub bardziej żartobliwe teksty pisane do muzyki poważnej. „Blues – minus” dokumentuje teksty, które Jonasz pisał dla kabaretu – czy to dla siebie, czy to dla innych wykonawców.

Tom drugi otwierają „Fale Amuru”. Ta część powstała właściwie dość niespodziewanie – to zbiór rosyjskich romansów, które Jonasz tłumaczył i pastiszował, choć nie tylko, bo pisał też
własne. Okazało się, że jest to tak istotny segment jego twórczości, że warto go wydzielić z całej reszty. W części „Czasami pech się uśmiecha” – w której znajduje się chyba największa reprezentacja młodzieńczej twórczości Jonasza – również przedstawiamy wiersze i piosenki traktujące o uczuciach, ale lekko, przyjemnie i nie całkiem poważnie. W „Muzie mojej codziennej” znajdują się wiersze i fraszki o zacięciu satyrycznym, w większości pisane w latach 80. dla tygodnika „Polityka”. Wreszcie „Epitafium dla frajera” stanowi swoiste podsumowanie – bo umieściliśmy tam poezję, którą Jonasz pisał przede wszystkim z myślą o sobie samym, lirykę osobistą, intymną, mówiącą wiele o samym artyście jako człowieku.

Jak sądzisz – ile wierszy i piosenek napisał Jonasz?

Myślę, że w okolicach sześciuset. To wiadomo dopiero teraz – w 1988 roku, kiedy Jonasz umarł, w archiwum jego tekstów było może dwieście pozycji. Wcześniej, gdy pytałam go, kiedy usiądziemy, żeby uzupełnić archiwum, odpowiadał, że to w ogóle nie jest konieczne, przynajmniej na razie, bo on ma wszystko w głowie. No ale głowy zabrakło i trzeba było po prostu próbować na wszelkie sposoby jakoś to skompletować. Siedziałam więc chyba z pół roku w archiwum ZAiKS-u i przepisywałam utwory, które były tam zarejestrowane. Część tekstów udało się zdobyć od wykonawców i kompozytorów. Część była w rękopisach, które musiałam rozszyfrowywać, bo Jonasz pisał tak jak ty, raczej niewyraźnie, jego charakter pisma przypominał zdechłe komary sprzed roku na białym parapecie. A to i tak, okazuje się, nie było wszystko – przecież teraz, przeglądając różne stare papiery, znaleźliśmy jeszcze z tuzin nieznanych wierszy pisanych w latach 80., choćby „Cyrkowy namiot” czy „Pacjenta”. Ale ta archeologia też ma swój kres – różni znajomi mówią, że mają coś na serwetkach, a potem się okazuje, że to już dawno jest u nas.

Dlaczego Jonasz tak beztrosko podchodził do swojej spuścizny?

Masz na myśli to, że ciągle wynosił z domu ostatnie egzemplarze tekstów i one już nigdy do nas nie wracały? Bo pamiętał. Naprawdę. Podrzucało mu się tytuł, a on zaczynał dyktować piosenkę czy wiersz. Jestem w stu procentach przekonana, że skatalogował sobie w mózgu wszystko, co napisał.

A nie było tak jak z encyklopedią? Jonasz twierdził, że zna odpowiedź na każde pytanie, które mu zadam. Więc, jako sprytny jedenastolatek, brałem czterotomową encyklopedię PWN albo „Słownik mitów i tradycji kultury” Kopalińskiego, wyszukiwałem jakieś idiotyczne hasło, powiedzmy, umiak – łódź tradycyjnie używana przez Inuitów do polowań na wieloryby, i próbowałem go przechytrzyć. Ku swojemu zdumieniu spostrzegłem, że w większości przypadków odpowiadał bezbłędnie. A kiedy nie wiedział, to zmyślał, z pokerową twarzą i bez chwili zawahania.

Podejrzewam, że w przypadku wiersza, jakby chodziło o coś z zamierzchłej przeszłości i zabrakłoby mu jakiejś frazy, to szybciutko by to na pewno uzupełnił. Zresztą pamiętam, a mieszkaliśmy wtedy w fińskim domku na tyłach Parku Ujazdowskiego, że przyszłam kiedyś z miasta, a on mówi do mnie: „Słuchaj, przeczytałem wspaniały artykuł i wyobraź sobie, że był taki król, który nazywał się Jogurt”. A ja na to: „Też czytałam tę gazetę”. Król, dodajmy, nazywał się Jugurta. A Jonasz bywał zachwycony, kiedy udawało mu się kogoś nabrać.
Wrócę jeszcze do tego braku dbałości o własną twórczość – archiwum od połowy lat 60. prowadził Jonaszowi jego ojciec, Mietek Kofta. Jak wiesz, był bardzo skrupulatny. Jonasz bez przerwy do niego przychodził po jakieś utwory i zabierał ostatnie egzemplarze maszynopisów – Mietek w pewnym momencie nie chciał mu już ich dawać do ręki. A ten je dosłownie wyrywał i uciekał. Archiwum pustoszało. Pewnego dnia Mietek przyniósł te wszystkie teczki, rzucił je na stół i powiedział: „Teraz to już sami o to dbajcie. Ja nie mam do tego nerwów”. On sobie po prostu nie mógł poradzić z tą sytuacją, a nie wierzył, że Jonasz ma wszystko zapisane w głowie. W związku z tym zbieranie i katalogowanie utworów spadło na mnie, podobnie zresztą jak książeczka czekowa.

Mietek był w błędzie – Jonasz naprawdę miał fenomenalną pamięć.

Kiedy się wprowadziliśmy na Groty, to było w 1977 roku, teren wokół domu po ukończeniu budowy nie był, delikatnie mówiąc, zbyt uporządkowany. Ciebie to bardzo cieszyło i mówiłeś, że tu jest „jedna wielka piaskownica”. Trzeba było tę piaskownicę jakoś uporządkować, posadzić drzewa, krzewy. Domowym ogrodnikiem byłam ja. Ale jak przyjeżdżali do nas znajomi, to Jonasz ich oprowadzał po ogrodzie, pokazywał na maleńkie krzaczki i opowiadał jakieś niesłychane rzeczy o rozmaitych roślinach – nie mam pojęcia, skąd wziął tę wiedzę – włącznie z łacińskimi nazwami. Miałam ochotę go zamordować – cała moja praca to było nic. Co z tego, że baba posadziła, jeśli nie umie o tym opowiedzieć. To też trzeba złożyć na karb tej jego cholernej pamięci: on miał gdzieś rozmaite szufladki, w których wszystkie informacje były przechowywane. Normalnie ludzie mają w głowie mętlik, tu zapomną, tam zgubią, nie umieją powiązać ze sobą sznurków. A u niego to przebiegało inaczej: otwierała się szufladka, informacja wpadała do środka, a kiedy chciał z niej skorzystać, wystarczyło szufladkę otworzyć. I już. Wszystko wylatywało, w dodatku posegregowane.

Pamiętam, że Jonasz miał też dosyć osobliwe obyczaje czytelnicze. A były one powiązane generalnie ze sposobem, w jaki organizował sobie czas – pracował nocami, dnie często przesypiał, a kiedy nie spał, to i tak chodził w szlafroku, nawet narzuconym na normalne ubranie.

Szlafrok to był dom. W szlafroku można było prowadzić życie domowe. A wracając do czytania – mamy to wszyscy, cała rodzina: koło łóżka stosy książek. Przypomina mi się taka anegdota – kiedy mieszkaliśmy we wspomnianym już fińskim domku, księgarnię mieliśmy naprawdę niedaleko, bo na Wiejskiej, przy Czytelniku. Powiedzmy, że wybierałam się na zakupy, a Jonasz mówił wtedy: „Kup mi, proszę, coś do czytania”. „Ale co?”. „Jedną grubą, a jedną cienką”. Można to rozumieć dwojako – po pierwsze, że miał do mnie zaufanie, bo wiedział, że nie przyniosę mu byle czego. A po drugie, że naprawdę było mu wszystko jedno, co czyta, bo pochłaniał wszystko. Byleby były literki. Kiedy pojechaliśmy na orbisowską wycieczkę do Libanu, włożyłam do walizki dwie grube książki. Jonasz zużył je w ciągu tygodnia i zaczął lamentować, że nie ma co czytać. I, przysięgam, dawałam mu stare bilety tramwajowe wygrzebane z torebki. Potem czytał etykietki na puszkach i dżemie.

Mieliście też ukochane książki, którymi się w domu rozmawiało niemal explicite.

Owszem, to były na przykład „Przygody dobrego wojaka” Szwejka Haszka, „Dwanaście krzeseł” Ilfa i Pietrowa, „Trzech panów w łódce” Jerome’a Klapki Jerome’a. Te nasze ukochane książki musiały być śmieszne. W sumie to, myślę sobie, tylko takie rzeczy warto pamiętać. Mieć na nie otwarte oczy. Resztę można wyrzucić. Pamiętam z „Trzech panów w łódce” taką scenę: pies goni kota. Kot ucieka, ale widzi, że jego położenie robi się niewesołe. Więc w pewnym momencie siada i podnosi łapę, pies zdumiony się zatrzymuje, a kot pyta: „Czy szanowny pan sobie czegoś życzy?”. I tak potem mówiło się u nas w domu, kiedy była jakaś podbramkowa sytuacja. Albo: „Czy chcesz może jeszcze klucze od mieszkania, w którym leżą pieniądze?”. To z „Dwunastu krzeseł”.

Zestawy lektur Jonasza – podaję z autopsji, bo oglądałem z zaciekawieniem te góry książek koło jego łóżka – bywały dość szczególne. Wspomnienia sowieckich generałów, numery „Literatury na świecie” i „Dialogu”, rozprawy historyczne o wojnie na Pacyfiku, kryminały, skrypt akademicki o średniowiecznej muzułmańskiej sekcie asasynów…

***

Czy w tym zbiorze, który teraz oddajemy do druku, są jakieś rzeczy, które nigdy wcześniej nie były publikowane w formie książkowej?

Spora część – myślę, że mniej więcej połowa. Tak się jakoś złożyło, że w poprzednich książkach z wierszami i piosenkami Jonasza wiele utworów się powtarzało – był taki rdzeń, żelazny zestaw ważnych tekstów, a różne inne kawałki krążyły po jego orbicie. Najważniejsza publikacja, która w pewien sposób wyznaczyła późniejszy kanon, to był zbiór wydany w 1991 roku w Czytelniku, a przygotowywany przeze mnie niedługo po śmierci Jonasza, w latach 1988–1989. Pracowałam wtedy ograniczona tym, co po prostu miałam do dyspozycji. Ale też do teraz tamten zbiór był najszerszy – późniejsze książki miały bardziej charakter tematyczny. Miały też, oczywiście, ograniczoną objętość.

Trzeba pamiętać, że wiele utworów, które nigdy nie ukazały się drukiem, funkcjonowało w inny sposób – one były wykonywane i nagrywane jako piosenki.

Owszem. Zresztą, jak sam niedawno zauważyłeś przy zbieraniu materiałów, są rzeczy, które Jonasz pisał dla siebie, i są takie, które pisał na zamówienie, często do muzyki. Te ostatnie żyją trochę innym życiem, są jakby uboższe o tę muzykę, niestety.

Jak to się stało, że za życia Jonasza nie ukazał się żaden zbiór jego wierszy i piosenek?

On mawiał, że na klasyka jest jeszcze na młody, a utwory zebrane to co najwyżej „utwory żebrane”. Ale, o dziwo, jakoś w 1986 czy 1987 roku podpisał z Czytelnikiem umowę na książkę – właśnie tego rodzaju zbiór. I z Czytelnika zwrócono się do mnie, już po jego śmierci, że Jonasz wziął zaliczkę, a wierszy niestety brak. Przynosił im po parę kartek od czasu do czasu, żeby nie wpadali w zbyt duży niepokój, ale tego było za mało na książkę. Wyszło w końcu na to, że ja ją musiałam wydać.

Ale dlaczego właściwie to nie było dla niego takie ważne – żeby wydać książkę z poezją? Przecież w sumie to raczej nobilitujące przedsięwzięcie.

Rzecz w tym – a to jest motyw, który się przewija przez całą twórczość Jonasza – że on lubił sprawy doraźne, szybkie, z jasno wytyczonym, osiągalnym celem. I takie, które zakładały bezpośrednią interakcję z widzem. Publikował przecież wiersze w wielu czasopismach – no ale okres oczekiwania wynosił tu tydzień, a nie trzy lata, bo tyle zajmowało w PRL-u wydanie książki.

Wyszło na to, że za życia jedyną jego większą samodzielną – bo bez współautorstwa – publikacją książkową był dramat „Wojna chłopska”.

Tak. I tu pojawia się drugi stały motyw: Jonaszowi do większych przedsięwzięć potrzebna była lokomotywa, ktoś, kto pociąg­nie jego sprawy, kto zwiąże twórczość z doczesnością. Stąd lubił – z pożytkiem dla obu stron – pracować w duetach. Ze Stefkiem Friedmannem zrobił „Dialogi na cztery nogi” i „Fachowców”, z Andrzejem Dudzińskim wydali przekomiczną książkę „Księga zdziwień”, z Bene Rychterem napisał musical Kompot, bardzo odważną jak na owe czasy sztukę o narkomanach

Bo przecież narkomanów w Polsce Ludowej nie było.

Te duety zaistniały nie dlatego, że on sam nie potrafiłby napisać tych wszystkich rzeczy, ale były po pierwsze po to, żeby ktoś zadzwonił i powiedział: „Do roboty”, a po drugie, żeby nie było nudno. Andrzej Dudziński opowiadał, jak umawiał się z Jonaszem na sesje robocze nad „Księgą zdziwień” – Jonasz przyjeżdżał do niego, pili jedną kawkę, potem drugą, gadali, schodzili do kawiarni na trzecią kawkę, i Jonasz mówił: „Dzisiaj już nic z tego nie będzie”. Za kilka dni przychodził znowu i ni stąd, ni zowąd, nawet bez kawy, pisali dwa rozdziały, a to przecież nie była łatwa robota, bo chodziło o umiejętne, żartobliwe zgranie tekstu z grafiką. Jonasz sam dla siebie bywał nieprzewidywalny i potrzebował kogoś, kto go zdyscyplinuje. Inna sprawa, że uwielbiał się śmiać i to też był wabik, można go było dyscyplinować przez zabawę. Kiedy z Friedmannem układali te „Dialogi na cztery nogi” i „Fachowców”, to ryczeli tak, że ściany się trzęsły. Oni się z tego, podejrzewam, śmiali bardziej niż potem radiosłuchacze i czytelnicy. Byli zachwyceni swoimi żartami, każdy z nich przygotowywał się wcześniej, przez spotkaniem, żeby mieć coś w zanadrzu, jakiś granacik – w pewnym momencie ten granacik wybuchał, słychać było dziki chichot, a potem komentarz: „No, to było niezłe”.
(…)