Strona główna / Literatura polska / Co to jest miłość. Wiersze i piosenki zebrane. Tom 1

Aktualności

21.11.2017

Salon Ciekawej Książki

Wszystkich miłośników czytania serdecznie zapraszamy na VII edycję Salonu Ciekawej Książki, która odbędzie się 24–26 listopada 2017 r. w Hali Expo-Łódź przy al. Politechniki 4 w Łodzi.

Wywiady

03.11.2017

Do dystansu mam dystans

Rozmowa z językoznawcą profesorem Jerzym Bralczykiem, autorem książki „1000 słów” o słowach niepokojących, obiecujących i tych, którym na nas nie zależy.

Posłuchaj i zobacz

13.10.2017

Pan Poeta dla najmłodszych!

Jeśli nie znacie jeszcze książek Pana Poety, zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu o tej wyjatkowej serii dla najmłodszych!

Bestsellery

TOP 20

  1. Śpiące królewny Owen King, Stephen King
  2. Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz Artur Górski
  3. Byłam kochanką arabskich szejków Laila Shukri

Co to jest miłość. Wiersze i piosenki zebrane. Tom 1

Jonasz Kofta

Wstęp, Ryszard Marek Groński

Nasz Jonasz

W dowodzie miał Janusz, Jonaszem nazwał się sam. Początkowo była to prowokacja artystyczna, pogoń za oryginalnością. Po Marcu ’68 przypomnienie, skąd przychodzi. Z jakiego świata. Chociaż ten świat wracał do niego jedynie na kartach książek. Wabiąc blaskiem świec, cieniem osłaniających je rąk, słowami w języku obcym i nieznanym, echem melodii. Był jeszcze epizod podwórkowy z dzieciństwa: szewc opiewający piosenkę o siedmiu braciach. Czy śpiewał ją w wersji zapamiętanej przez Jonasza? Było siedmiu braci, handlowali niebem. To niebo na sprzedaż jest pewnie pierwszym wierszem ułożonym przez autora lirycznej frazy – Zostawmy ziemi ciężar stóp, a niebu jego niebieskość. Wspomniałem o przybranym imieniu. Nazwisko Kofta stało się również pretekstem do opowieści. Jonasz myślał obrazami. Budował więc chutor w zapad­łym kącie Wołynia. Tam zakończyła się ucieczka z Warszawy rodziny Kaftalów. Z pomocą przyszedł im miejscowy gryzipiórek. Wyskrobał z dokumentów literę „i”. A potem, by dopełniła się aryzacja, przerobił „a” na „o”. Rodzina Kaftalów wyciągnęła szczęśliwy los. Dzięki temu Jonasz miał matkę i ojca, rzadkość w latach po Holocauście. Świadomość, kim jest, jakie są jego związki z polskością potwierdzone w chwilach próby, wróciły strofami recytowanymi na spotkaniach ze słuchaczami:

Wiem na pewno, że ze sobą zostaniemy
Chociaż życie nam układa się nieprosto
Nie możemy rozstać się, trzasnąwszy drzwiami
Moja miła, moja droga
Moja Polsko
Patos bywa dopuszczalny w kabarecie, gdy chodzi o rzeczy naprawdę ważne. A Jonasz umiał się nim posługiwać, rzucając w twarz obecnym na premierach dygnitarzom i aparatczykom odpowiedź na ankietę:

Jakie są pana przekonania?
Jakie rodzice pana mieli?
Czy pan przeżywał załamania
Światopoglądów i idei?
Trudno w pytaniach oderwanych
Zawrzeć tak podstawowe treści
Mój światopogląd, proszę pana
Pan lepiej zna. Pan za mnie skreśli.

Cały czas krążę wokół kabaretu, bo właśnie nadscenka, pełnoprawny kuzyn teatru, to była trybuna Jonasza, studenta Akademii Sztuk Pięknych. Nigdy jej nie ukończył, lecz stąd wzięła jego wrażliwość na barwę słów, nieszablonowość kompozycji. W latach sześćdziesiątych XX wieku centrum kultury studenckiej to były Hybrydy na Mokotowskiej w Warszawie. W Hybrydach debiutował Kofta, wykonując parodystyczny numer Grande valse frottée, pisząc swój pierwszy przebój:

Pamiętajcie o ogrodach
Przecież stamtąd przyszliście
W żar epoki użyczą wam chłodu
Tylko drzewa, tylko liście.

Hybrydy to także związki przyjacielskie i zawodowe Jonasza z Adamem Kreczmarem, Janem Pietrzakiem, kompozytorami, o których już wkrótce było głośno. Tam, w studenckim klubie, nieład artystycznego życia, nieład pozorny pozwalający zapomnieć o szarzyźnie rzeczywistości, stał się klimatem inspirującym młodego poetę, pytającego z niepodrabianą tęsknotą:

Gdzie ta bohema?
Gdzie ta bohema?
Papuga zdechła i marmur pękł
Dzieła w muzeach, a śmieci w Desie
My w kabarecie
To ma swój wdzięk.

Ten kabaret to Egida grająca na Chmielnej. Premiera pierwszego programu – Na co pan czeka? – pyta przechodzień. – Ja... na antabus!
Z Egidy wyfrunęły w świat piosenki: Blues – minus, Anastazja Pietrowna, Ech, wy ludzie, co żyć potraficie, Gdybym miał dziesięć tysięcy ton – wzbogacając słownictwo i skałę uczuć ówczesnych inteligentów. Ale w tych dniach, miesiącach i latach objawił się milionom Kofta, twórca kultury masowej, autor przebojów jakże innych od unurzanych w glicerynie sentymentów utworach mniej zdolnych kolegów. Każdy piszący z cierp­liwością Kadłubka o dziejach swojskiej piosenki musi wyróżnić Jonasza. Autora, kto wie czy nie najpiękniejszej pochwały miłości zatytułowanej Jej portret, autora Kwiatu jednej nocy, Autobusów zapłakanych deszczem czy Radości o poranku. I jak tu się dziwić, kiedy zazdrośnicy opowiadali: Kofta wybrał się do lekarza. – Panie doktorze – jęknął – kapie mi z ZAiKS-u! Najpewniej sam wymyślił tę historyjkę: chętni e i często posługiwał się autoironią, żywiołem parodii, przeciwwagą dla misyjności, w jaką popadło wielu kabaretowych pomazańców:

Kiedy już wlazłeś pod górę
Nerwy ci drgają napiętą struną
Czas spuścić z tonu, trochę się stoczyć
Wypoczynkowo obsunąć.

Wbrew pozorom wypoczywał rzadko, spełniając się na wielu polach. Występy estradowe i festiwalowe (Opole), pisanie szlagierów dla gwiazd (Rodowicz, Prus, Mec), współpraca z radiową Trójką (Dialogi na cztery nogi ze Stefanem Friedmanem), no i wreszcie sztuki teatralne: Wojna chłopska wywiedziona z dramaturgii Brechta, wystawiona w Münster przez Goswina Moniaca, Wątroba faraona, Kompot – bodajże pierwsza opowieść o narkomanach. Oko mający prapremierę w 1970 roku z songiem o Janie Palachu, mieszkańcu Pragi, który spalił się na znak protestu przeciwko wkroczeniu sojuszniczych wojsk do Czechosłowacji:

Ostatni Ikar wczoraj spadł
Nakryła go powieka fali
Ulgę mu przyniósł wody chłód
Bo kiedy spadał, to się palił.

Dziwne to, zaskakujące – Jonasz zaplątany w życie towarzyskie, niekreujący się na bojownika, reagował na wydarzenia polityczne, pisząc nie do bezpiecznej szuflady, lecz dla słuchaczy, nie oglądając się na cenzurę. Szary poemat, jeden z najświetniejszych utworów pióra Kofty, był odpowiedzią na to, co stało się w Radomiu w 1976 roku:

W pancerny waciak zbrojny golem
Nadciąga kartoflanym polem
Krwawy i pusty, bo bez Boga
W gumiak obuta jego noga
A w ręku jego ciężka laga
Którą mu dała władza naga
By odwet wziął i bił, jak umie
Tych wszystkich, których nie rozumie.

Przepraszam za to, że wyręczam się cytatami z wierszy przyjaciela. Właśnie one pomagały mu w zmaganiach z chorobą, kiedy nie mógł już jeździć na recitale, błyszczeć na celebryckich spotkaniach. Układał wtedy strofy będące aluzją do sytuacji, w jakiej się znalazł: Czekamy na wyrok, Samba przed rozstaniem. Wrócił również do początków swojej twórczości, do satyry: miał stały kącik w tygodniku „Polityka”. W latach osiemdziesiątych XX wieku, bo o nich mowa – czytano i komentowano fraszki Jonasza. Aktualne jak choćby ta o katastrofie w Czarnobylu:
Czasie mój groźny i bezsenny
Ślę ci swój uśmiech popromienny.

i historiozoficzne, jak czterowiersz:

Polak wewnętrznie się najeża
Świat chce pouczać albo zbesztać.
Co inni wiedzą o krzywych wieżach
Jeśli nie muszą w nich mieszkać.

Gdy wydawało się, że najgorsze minęło, Jonasz wróci do zdrowia, stało się nieszczęście – głupi wypadek w głupich okolicznościach. Potem trzy miesiące w szpitalu bez przytomności, kontaktu z bliskimi. Pogrzeb odbył się 26 kwietnia 1988 roku na Wojskowych Powązkach. Czterdziestosześcioletniego poetę, satyryka i dramaturga żegnały w jasny, mroźny dzień tłumy tych, co przyszli pożeg­nać twórcę sięgającego po formy sprawdzone i zużyte – romans, balladę, kuplet, fabułę w kostiumie sprzed wieków, by mówić o współczes­ności. Kogo tam nie było w żałobnym orszaku – siwowłosi generałowie, klezmerzy, artyści o sławnych nazwiskach, kawiarniani inteligenci, prascy menele i rozszlochane warszawianki. Dla każdego z nich Jonasz Kofta był kimś, komu zawdzięczali chwile wzruszenia, radości, zadumy nad własnym losem i wiary w świt po długiej nocy błądzenia w ciemności.

Ryszard Marek Groński