|
Jasvinder Sanghera |
PROLOG
W budce telefonicznej wcale nie było tak źle. W przeciwieństwie do miejskich klitek tego typu, do których zdążyłam już przywyknąć, tu nie trzeba było wstrzymywać oddechu, żeby nie czuć paskudnego fetoru uryny zmieszanego z zatęchłym smrodem dymu z papierosów. Poza tym cieszyłam się, że jestem w środku, ponieważ podczas spaceru przez wioskę moja osoba zdecydowanie wyróżniała się z tłumu. Dookoła kręciło się mnóstwo ludzi – szli do pubu lub po herbatę do sklepiku na rogu, a dzieciaki szalały na rowerkach – lecz nie dostrzegłam nikogo o azjatyckich rysach. Jassey także zwrócił na to uwagę i nawet podzielił się ze mną tym spostrzeżeniem. Teraz opierał się o zewnętrzną ścianę budki i przez szklany panel obserwował mnie bacznym wzrokiem. Popatrzyłam na niego i uśmiechnęłam się, udając, że wciąż grzebię w torebce w poszukiwaniu dziesięciopensowych monet.
Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić. Od wielu tygodni czekałam na tę rozmowę; tęskniłam za dźwiękiem znajomych głosów, za nowinami i słowami zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Dzisiejszego ranka otworzyłam oczy i od razu wiedziałam, że tęsknota urosła do tak niebotycznych rozmiarów, iż dłużej tego nie wytrzymam, nie przetrwam nawet jednego dnia bez rozmowy z kimś z mojej rodziny. Chciałam zamienić parę słów z mamą, usłyszeć w jej głosie ulgę i radość, z jaką powtarza moje imię, i dowiedzieć się, że im obojgu, jej i tacie, strasznie mnie brakuje.
Nie mogłam przyznać się Jasseyowi, ale pragnęłam usłyszeć od mamy, żebym wracała do domu. Po drodze z Newcastle snułam fantazje, że powie coś w stylu: „zostań tam, gdzie jesteś, putt, już po ciebie jedziemy”. Putt znaczy mniej więcej tyle co „kochanie”. Mój tata czasami tak się do mnie zwracał i marzyłam, że znów od niego to usłyszę. W wyobraźni widziałam siebie, jak siedzę z tyłu stareńkiej cortiny taty, a mama co chwila spogląda przez ramię, żeby sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku, tata zaś nie odrywa wzroku od drogi, bo chce bezpiecznie przywieźć mnie z powrotem do Derby.
Zerknęłam na zegarek. Dochodziła siódma wieczorem. O tej porze mama stoi przy kuchence i miesza coś, co właśnie gotuje się w garnku. Niemal czułam bijące od kuchenki gorąco i wszechobecny zapach kurkumy. Lucy na pewno siedzi w salonie i jak zwykle gapi się w telewizor. Ciekawe, czy nauczyciele w szkole spytali ją, gdzie się podziałam. A tata pewnie poszedł do odlewni. Czy opowiedział swoim kolegom o ucieczce córki? Oczywiście tamci świetnie o tym wiedzieli; minęły dwa miesiące, odkąd opuściłam dom i plotki z pewnością przedostały się na zewnątrz przez ściany naszej sikhijskiej świątyni, gurdwary. Miałam nadzieję, że nie zraniłam taty zbyt dotkliwie. Miałam nadzieję, że on tęskni za mną tak samo mocno, jak ja za nim.
Jassey delikatnie zapukał w szkło i bezgłośnie wyszeptał: „idziemy”. Zadrżałam; wieczory stawały się coraz chłodniejsze, a ja na śmierć zapomniałam wziąć ze sobą kurtkę. Na ramionach wyskoczyła mi gęsia skórka, a zimny pot kroplami sączył się po plecach. Serce waliło mi jak młotem; cała odwaga znikła, gdy tylko podniosłam słuchawkę i wsunęłam w szczelinę pierwszą z przygotowanych monet.
Mama odebrała niemal natychmiast.
– Mamusiu, to ja... – wykrztusiłam.
Od razu mnie odepchnęła, wrzeszcząc i płacząc do słuchawki, a jej głos, za którym tak tęskniłam, brzmiał ochryple i nieprzyjemnie ostro.
– Coś ty nam zrobiła?! Jak mogłaś?! Okryłaś nas hańbą! Przez ciebie musimy znosić taki wstyd!
Moje marzenia o szczęśliwym pojednaniu prysły jak bańka mydlana. Jakże byłam naiwna i głupia! Hańba i dyshonor należały do spraw, których mama obawiała się najbardziej na świecie, i powinnam była wiedzieć, że nigdy mi tego nie wybaczy. Jednak bardziej uparta część mojej natury wciąż nie dawała za wygraną, usiłując znaleźć coś na swoją obronę. W owej chwili płakałam już rzewnymi łzami, ale mimo to zdołałam wykrztusić parę słów.
– Mamusiu, wiesz przecież, dlaczego wyjechałam.
Ale ona nie chciała o niczym słyszeć. Jej zdaniem przez ucieczkę z jednym z chamar okryłam hańbą swoją rodzinę. Mama zawsze mi powtarzała, że chamar są najniższą kastą, że zajmują się zbieraniem nawozu, i uznawani są za pariasów. Moja rodzina należy do jat. W Indiach jat są posiadaczami ziemskimi; wprawdzie jedyną ziemią, którą posiada w Derby mój ojciec, jest niewielki skrawek trawy za naszym segmentem, ale ten fakt nie ma tu najmniejszego znaczenia. Przynależność do wyższej kasty jest dla nas czymś bardzo ważnym. W powodzi histerycznych krzyków mamy nie mogłam się zorientować, czy bardziej gniewa się na mnie o to, że połączyłam się z kimś tak nisko urodzonym, czy że w krytycznym momencie zostawiłam wybranego przez nich narzeczonego – godnego człowieka, z kasty jat, jak my.
– To przez ciebie nie mam odwagi wychodzić w Derby na ulicę! Nie mogę iść do gurdwary, bo ludzie wciąż gadają. Plują na mój widok!
Zamilkła i przez chwilę myślałam, że skończyła, ale ona tylko zamilkła, by nabrać oddechu.
– Masz to, na co sobie zasłużyłaś za zniszczenie całej naszej rodziny! Jeszcze sama się przekonasz. Za parę miesięcy ty i ten twój chłopak z chamar będziecie tarzać się w rynsztokach, bo niewarta jesteś niczego innego! Do niczego nie dojdziesz, do niczego, słyszysz mnie?! Mam nadzieję, że urodzisz córkę, i że ona zrobi ci to samo, co ty mi zrobiłaś! Przekonasz się, jak to jest, kiedy wychowa się prostytutkę!
Byłam do tego stopnia wstrząśnięta gwałtownością tego ataku, że trzęsłam się jak galareta. Nie wierzyłam własnym uszom, że moja mama aż tak źle mi życzy. Teraz zależało mi tylko na tym, żeby wreszcie przestała na mnie krzyczeć. Bardziej niż czegokolwiek pragnęłam, żeby nasza rozmowa była serdeczniejsza, żeby mama wreszcie powiedziała mi coś miłego – cokolwiek – dzięki czemu mogłabym przekonać się, że mnie kocha albo przynajmniej że mój los choć trochę ją obchodzi. Zależało mi również, by dać jej odczuć, że ja także bardzo ją kocham.
– Wrócę do was, mamusiu – mówiłam głosem nabrzmiałym od łez. – Chcę do was wrócić. Ale nie wyjdę za tamtego człowieka. Mam szesnaście lat i wolno mi żyć swoim własnym życiem. Chcę pójść do college’u.
Starałam się wypowiedzieć te słowa najszybciej jak się da, czym prędzej wszystko jej wytłumaczyć, ale nie pozwoliła mi skończyć. Znów zaczęła krzyczeć, a w jej głosie brzmiała pogarda.
– W takim razie żyj swoim własnym życiem, proszę bardzo! Życzę powodzenia! Dla nas jesteś już martwa!
I rzuciła słuchawką.
Czułam, jak uginają się pode mną nogi. Wciąż ściskałam w ręku słuchawkę i wpatrywałam się w nią, jakby potrzebny był mi namacalny dowód, że mama przerwała połączenie. Wreszcie zsunęłam się po szklanej ścianie budki i przykucnęłam na podłodze. W piersi czułam bolesny ucisk, jakby miażdżyła ją czyjaś niewidzialna dłoń. Dosłownie dławiłam się własnym łkaniem. Jassey wsunął się do środka i otoczył mnie ramionami, starając się mnie pocieszyć, ale mimo jego ciepłych słów i czułych pocałunków jeszcze nigdy dotąd nie czułam się tak rozpaczliwie samotna. Miałam wrażenie, że ktoś wyrwał ze mnie szczęśliwe wspomnienia dzieciństwa i poszarpał je na strzępy. Przez kilka następnych dni wciąż powtarzałam sobie w pamięci tę rozmowę, aż w końcu niewiele brakowało, żebym oszalała.
„Okryłaś nas hańbą...”. „Dla nas jesteś już martwa...”.
Czy naprawdę mój postępek był aż tak straszny, że rodzice musieli się mnie wyrzec? Czyżby rzeczywiście przestali mnie kochać? Czy można uznać za zbrodnię decyzję, by przeżyć własne życie na swój sposób?
W budce telefonicznej wcale nie było tak źle. W przeciwieństwie do miejskich klitek tego typu, do których zdążyłam już przywyknąć, tu nie trzeba było wstrzymywać oddechu, żeby nie czuć paskudnego fetoru uryny zmieszanego z zatęchłym smrodem dymu z papierosów. Poza tym cieszyłam się, że jestem w środku, ponieważ podczas spaceru przez wioskę moja osoba zdecydowanie wyróżniała się z tłumu. Dookoła kręciło się mnóstwo ludzi – szli do pubu lub po herbatę do sklepiku na rogu, a dzieciaki szalały na rowerkach – lecz nie dostrzegłam nikogo o azjatyckich rysach. Jassey także zwrócił na to uwagę i nawet podzielił się ze mną tym spostrzeżeniem. Teraz opierał się o zewnętrzną ścianę budki i przez szklany panel obserwował mnie bacznym wzrokiem. Popatrzyłam na niego i uśmiechnęłam się, udając, że wciąż grzebię w torebce w poszukiwaniu dziesięciopensowych monet.
Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić. Od wielu tygodni czekałam na tę rozmowę; tęskniłam za dźwiękiem znajomych głosów, za nowinami i słowami zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Dzisiejszego ranka otworzyłam oczy i od razu wiedziałam, że tęsknota urosła do tak niebotycznych rozmiarów, iż dłużej tego nie wytrzymam, nie przetrwam nawet jednego dnia bez rozmowy z kimś z mojej rodziny. Chciałam zamienić parę słów z mamą, usłyszeć w jej głosie ulgę i radość, z jaką powtarza moje imię, i dowiedzieć się, że im obojgu, jej i tacie, strasznie mnie brakuje.
Nie mogłam przyznać się Jasseyowi, ale pragnęłam usłyszeć od mamy, żebym wracała do domu. Po drodze z Newcastle snułam fantazje, że powie coś w stylu: „zostań tam, gdzie jesteś, putt, już po ciebie jedziemy”. Putt znaczy mniej więcej tyle co „kochanie”. Mój tata czasami tak się do mnie zwracał i marzyłam, że znów od niego to usłyszę. W wyobraźni widziałam siebie, jak siedzę z tyłu stareńkiej cortiny taty, a mama co chwila spogląda przez ramię, żeby sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku, tata zaś nie odrywa wzroku od drogi, bo chce bezpiecznie przywieźć mnie z powrotem do Derby.
Zerknęłam na zegarek. Dochodziła siódma wieczorem. O tej porze mama stoi przy kuchence i miesza coś, co właśnie gotuje się w garnku. Niemal czułam bijące od kuchenki gorąco i wszechobecny zapach kurkumy. Lucy na pewno siedzi w salonie i jak zwykle gapi się w telewizor. Ciekawe, czy nauczyciele w szkole spytali ją, gdzie się podziałam. A tata pewnie poszedł do odlewni. Czy opowiedział swoim kolegom o ucieczce córki? Oczywiście tamci świetnie o tym wiedzieli; minęły dwa miesiące, odkąd opuściłam dom i plotki z pewnością przedostały się na zewnątrz przez ściany naszej sikhijskiej świątyni, gurdwary. Miałam nadzieję, że nie zraniłam taty zbyt dotkliwie. Miałam nadzieję, że on tęskni za mną tak samo mocno, jak ja za nim.
Jassey delikatnie zapukał w szkło i bezgłośnie wyszeptał: „idziemy”. Zadrżałam; wieczory stawały się coraz chłodniejsze, a ja na śmierć zapomniałam wziąć ze sobą kurtkę. Na ramionach wyskoczyła mi gęsia skórka, a zimny pot kroplami sączył się po plecach. Serce waliło mi jak młotem; cała odwaga znikła, gdy tylko podniosłam słuchawkę i wsunęłam w szczelinę pierwszą z przygotowanych monet.
Mama odebrała niemal natychmiast.
– Mamusiu, to ja... – wykrztusiłam.
Od razu mnie odepchnęła, wrzeszcząc i płacząc do słuchawki, a jej głos, za którym tak tęskniłam, brzmiał ochryple i nieprzyjemnie ostro.
– Coś ty nam zrobiła?! Jak mogłaś?! Okryłaś nas hańbą! Przez ciebie musimy znosić taki wstyd!
Moje marzenia o szczęśliwym pojednaniu prysły jak bańka mydlana. Jakże byłam naiwna i głupia! Hańba i dyshonor należały do spraw, których mama obawiała się najbardziej na świecie, i powinnam była wiedzieć, że nigdy mi tego nie wybaczy. Jednak bardziej uparta część mojej natury wciąż nie dawała za wygraną, usiłując znaleźć coś na swoją obronę. W owej chwili płakałam już rzewnymi łzami, ale mimo to zdołałam wykrztusić parę słów.
– Mamusiu, wiesz przecież, dlaczego wyjechałam.
Ale ona nie chciała o niczym słyszeć. Jej zdaniem przez ucieczkę z jednym z chamar okryłam hańbą swoją rodzinę. Mama zawsze mi powtarzała, że chamar są najniższą kastą, że zajmują się zbieraniem nawozu, i uznawani są za pariasów. Moja rodzina należy do jat. W Indiach jat są posiadaczami ziemskimi; wprawdzie jedyną ziemią, którą posiada w Derby mój ojciec, jest niewielki skrawek trawy za naszym segmentem, ale ten fakt nie ma tu najmniejszego znaczenia. Przynależność do wyższej kasty jest dla nas czymś bardzo ważnym. W powodzi histerycznych krzyków mamy nie mogłam się zorientować, czy bardziej gniewa się na mnie o to, że połączyłam się z kimś tak nisko urodzonym, czy że w krytycznym momencie zostawiłam wybranego przez nich narzeczonego – godnego człowieka, z kasty jat, jak my.
– To przez ciebie nie mam odwagi wychodzić w Derby na ulicę! Nie mogę iść do gurdwary, bo ludzie wciąż gadają. Plują na mój widok!
Zamilkła i przez chwilę myślałam, że skończyła, ale ona tylko zamilkła, by nabrać oddechu.
– Masz to, na co sobie zasłużyłaś za zniszczenie całej naszej rodziny! Jeszcze sama się przekonasz. Za parę miesięcy ty i ten twój chłopak z chamar będziecie tarzać się w rynsztokach, bo niewarta jesteś niczego innego! Do niczego nie dojdziesz, do niczego, słyszysz mnie?! Mam nadzieję, że urodzisz córkę, i że ona zrobi ci to samo, co ty mi zrobiłaś! Przekonasz się, jak to jest, kiedy wychowa się prostytutkę!
Byłam do tego stopnia wstrząśnięta gwałtownością tego ataku, że trzęsłam się jak galareta. Nie wierzyłam własnym uszom, że moja mama aż tak źle mi życzy. Teraz zależało mi tylko na tym, żeby wreszcie przestała na mnie krzyczeć. Bardziej niż czegokolwiek pragnęłam, żeby nasza rozmowa była serdeczniejsza, żeby mama wreszcie powiedziała mi coś miłego – cokolwiek – dzięki czemu mogłabym przekonać się, że mnie kocha albo przynajmniej że mój los choć trochę ją obchodzi. Zależało mi również, by dać jej odczuć, że ja także bardzo ją kocham.
– Wrócę do was, mamusiu – mówiłam głosem nabrzmiałym od łez. – Chcę do was wrócić. Ale nie wyjdę za tamtego człowieka. Mam szesnaście lat i wolno mi żyć swoim własnym życiem. Chcę pójść do college’u.
Starałam się wypowiedzieć te słowa najszybciej jak się da, czym prędzej wszystko jej wytłumaczyć, ale nie pozwoliła mi skończyć. Znów zaczęła krzyczeć, a w jej głosie brzmiała pogarda.
– W takim razie żyj swoim własnym życiem, proszę bardzo! Życzę powodzenia! Dla nas jesteś już martwa!
I rzuciła słuchawką.
Czułam, jak uginają się pode mną nogi. Wciąż ściskałam w ręku słuchawkę i wpatrywałam się w nią, jakby potrzebny był mi namacalny dowód, że mama przerwała połączenie. Wreszcie zsunęłam się po szklanej ścianie budki i przykucnęłam na podłodze. W piersi czułam bolesny ucisk, jakby miażdżyła ją czyjaś niewidzialna dłoń. Dosłownie dławiłam się własnym łkaniem. Jassey wsunął się do środka i otoczył mnie ramionami, starając się mnie pocieszyć, ale mimo jego ciepłych słów i czułych pocałunków jeszcze nigdy dotąd nie czułam się tak rozpaczliwie samotna. Miałam wrażenie, że ktoś wyrwał ze mnie szczęśliwe wspomnienia dzieciństwa i poszarpał je na strzępy. Przez kilka następnych dni wciąż powtarzałam sobie w pamięci tę rozmowę, aż w końcu niewiele brakowało, żebym oszalała.
„Okryłaś nas hańbą...”. „Dla nas jesteś już martwa...”.
Czy naprawdę mój postępek był aż tak straszny, że rodzice musieli się mnie wyrzec? Czyżby rzeczywiście przestali mnie kochać? Czy można uznać za zbrodnię decyzję, by przeżyć własne życie na swój sposób?









1
2
3
4