Strona główna / Literatura światowa / Zimowe zjawy

Zaproszenia

07.02.2012

Każda mama jest superbohaterką!

Podziel się z nami historią o niezwykłym bohaterstwie Twoich bliskich i wygraj rodzinny wyjazd do Pensjonatu „Karkonoski” w Karpaczu oraz bestsellerową powieść „Ocal mnie”.

Wydarzenia

09.02.2012

Wyniki konkursu SMS - wygraj romantyczną kolację dla dwojga!

"Spakowałam do walizki urlopowe słowa  i na Wakacje w Italii już jestem gotowa!"  - oto zwycięskie hasło.

Wywiady

26.01.2012

W każdym z nas jest tęsknota za nowym początkiem

Rozmowa z Renatą L. Górską, autorką powieści "Błędne siostry"

Posłuchaj i zobacz

01.02.2012

Nowa powieść Małgorzaty Wardy

Zapraszamy do obejrzenia zwiastuna powieści "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele".

Bestsellery

TOP 20 - STYCZEŃ 2012

  1. Każdy szczyt ma swój Czubaszek Artur Andrus, Maria Czubaszek
  2. Tam gdzie ty Jodi Picoult
  3. Dallas '63 Stephen King

Fotogaleria

więcej »

Zimowe zjawy

Kate Mosse

I nagle dotknąłem czegoś. Kawałka szorstkiego materiału, całkiem innego w strukturze niż reszta jej sukni. Ostrożnie uniosłem włosy dziewczyny i ujrzałem prosty krzyż z żółtej tkaniny, wielkości mniej więcej męskiej dłoni, który był naszyty na plecach.
– Co to jest? – spytałem.
Potrząsnęła głową, jakby wyjaśnienia były zbyt skomplikowane. Teraz dostrzegłem coś, co przedtem umknęło mojej uwagi – mianowicie, że kilkoro gości nosiło takie same krzyże, przypięte do szat albo naszyte na plecach sukien.
– Fabrissa, co one oznaczają?
Nie odpowiedziała, ale widziałem, że zrobiła się niespokojna. Atmosfera na sali była ciężka i duszna od napięcia. Wszyscy czekali na coś, co wkrótce się wydarzy, bez trudu mogłem to odczuć. Dreszcz spłynął mi po kręgosłupie. Sięgnąłem po szklankę z winem, całkiem zapominając, że jest pusta.
– Cholera!
Chyba jednak dobrze się stało, bo kontury przedmiotów zaczynały mi się lekko rozmazywać. Zdaje się, że byłem trochę podcięty.
Wtedy doleciał do mnie całkiem wyraźny stukot końskich kopyt, dobiegający z ulicy, a potem brzęk uprzęży. Zmarszczyłem brwi. Kto o tej porze i przy takiej temperaturze włóczył się po mieście?
– Nic ci się nie stanie – powiedziała prędko Fabrissa. – Nikt nie zrobi ci krzywdy.
Po długim milczeniu jej głos zabrzmiał zaskakująco głośno. Obejrzałem się na nią spłoszony.
– Nie zrobi mi krzywdy? Co chcesz przez to powiedzieć?
Ale jej oczy znów stały się pochmurne. Całkiem zbiło mnie to z tropu. Zupełnie nie wiedziałem, co o tym sądzić, co sądzić o tym wszystkim.
Spojrzałem na prawo. Mój sąsiad wciąż siedział pochylony nad swoim talerzem, ale przerwał jedzenie. Ten sam widok powtarzał się wzdłuż naszego stołu i na całej sali. Zaniepokojone twarze. Twarze pełne przestrachu. Twarze tych, którym wcześniej przedstawił mnie Guillaume Marty. Siostra Maury o pomarszczonych policzkach, Senher i Na Bernard, kurczowo trzymający się za ręce, wdowa Azema, spoglądająca w dal swoimi zmętniałymi od starości oczyma. Znów poszukałem wzrokiem madame Galy, wiedząc, że widok znajomej osoby w pewnym stopniu mnie uspokoi, lecz nadal nie udało mi się nigdzie jej dostrzec.
Sala wydawała się zimniejsza i wypełniona tym samym poczuciem żalu, które uderzyło mnie po wejściu do Nulle – z tą różnicą, że teraz smutek zaprawiony był strachem.
Naraz w odległym końcu sali wybuchła jakaś sprzeczka. Słychać było podniesione głosy, potem łoskot wywracanej ławy. Z początku sądziłem, że chodzi o jakąś pijacką burdę. Ostatecznie było dość późno, a wino przez cały wieczór lało się strumieniami.
Fabrissa odwróciła się ku wejściu. Ja także spojrzałem w tamtym kierunku i dokładnie w tym momencie ciężkie drewniane drzwi otworzyły się z rozmachem. Do sali wkroczyli dwaj mężczyźni.
– Co, do diabła...
Ich twarze skrywały kwadratowe osłony żelaznych hełmów; blask świec zamigotał na ostrzach obnażonych mieczy, odbijając się od metalu smugami roztańczonych, złotych iskier, podobnie jak po uderzeniu młotem w kowadło.
Przez moment panowało ogólne milczenie. Przelotnie zastanowiłem się, czy ten incydent także stanowił część wieczornego rytuału. Może chodziło o absurdalnie wierne odtworzenie oryginalnych, dawno zapomnianych obchodów fete de Saint-Etienne, które potraktowano zbyt poważnie, podobnie jak sprawę kostiumów, tradycyjnych potraw czy występ trubadura i jego vielle.
Wtedy rozległ się krzyk kobiety i już wiedziałem, że to nie przedstawienie. Wybuchła panika. Mój nieokrzesany sąsiad niezgrabnie gramolił się na równe nogi, dając mi łokciem solidnego kuksańca. Upadłem na Fabrissę, a jej gęste włosy przelotnie musnęły mi twarz. Ogarnął mnie subtelny zapach lawendy i jabłek.
– Freddie... – wyszeptała.
Kilku mężczyzn starało się wypchnąć intruzów poza obręb budynku. Niektórzy wywijali nożami myśliwskimi, wyciągniętymi z pochew przy paskach, inni chwycili prowizoryczną broń, która akurat znalazła się pod ręką: polana, metalowe pręty z paleniska, a nawet ciężki szpikulec, na którym pieczono mięso.
Ostrza dźgały zajadle i ze świstem przeszywały powietrze, lecz ani razu nie zdołały się zetknąć. To była nierówna walka, bo choć żołnierze byli lepiej uzbrojeni, ich przeciwnicy mieli zdecydowaną przewagę liczebną. Tłum ryczał i parł do przodu, wymachując niezliczoną ilością rąk i nóg. Podniósł się wrzask, żeby zabarykadować drzwi. Sytuacja była naprawdę paskudna i z każdą chwilą stawała się coraz gorsza. Nie chciałem, żeby Fabrissa znalazła się w niebezpieczeństwie.
Dziwne, lecz mimo wyczerpujących przeżyć tego dnia i chociaż musiało być już dobrze po północy, poczułem nagle przypływ energii, woli działania. Adrenalina krążyła mi w żyłach. Tym razem postanowiłem nie cofnąć się przed niczym.
Chwyciłem dłoń Fabrissy.
– Musimy się stąd wydostać.
– Jesteś pewien?
W jej tonie brzmiała śmiertelna powaga, jakby moja raczej oczywista propozycja miała jeszcze inne znaczenie, wykraczające poza zdrowy rozsądek. Wziąłem ją za rękę i fala gorąca pomknęła przez moje żyły, niosąc krew aż do podstawy kręgosłupa. Poczułem, że rosnę; że jestem zdolny do czegoś nadzwyczajnego.
– Chodź. Muszę zabrać cię daleko stąd.
Czy udało mi się powstrzymać radosny uśmiech? Spoglądając wstecz, wcale nie jestem tego pewien, ponieważ wreszcie nadeszła moja godzina. Przez całe życie byłem kimś drugim, poślednim. Niewłaściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu. Kimś, kogo łatwo pokonać.
Nie takim jak George.
Tej nocy wszystko się odmieniło. Fabrissa obdarzyła mnie zaufaniem; wybrała właśnie mnie. To był dar, którego wcale się nie spodziewałem. Nawet teraz, po ponad pięciu latach od tamtego wydarzenia i w świetle wszystkich następnych wydarzeń, czuję, że euforia tamtej chwili nigdy mnie nie opuściła.
– Czy jest stąd inne wyjście?
Wskazała na odległy kąt sali.
Żołnierze zostali wypchnięci na zewnątrz, ale w środku trwała walka na całego pomiędzy ludźmi, którzy nosili znak żółtego krzyża, i tymi, którzy go nie mieli. Miałem wrażenie, że obserwuję tę scenę gdzieś z wysoka, że nic mnie z nią nie łączy, a mimo to znajduję się w samym centrum wydarzeń. Ściskając dłoń Fabrissy, rzuciłem się prosto w masę ludzkich ciał, jak gdyby starając się płynąć naprzeciw fali. Biegliśmy razem, ona i ja, niezgrabnie trzymając się za ręce.
– Tędy? – rzuciłem podniesionym głosem, żeby mogła mnie usłyszeć.
Dostrzegłem nieduże drzwi w ścianie, na wpół ukryte za piramidą drewnianych krzeseł i ciężką drewnianą skrzynią z metalowymi zamkami i okuciami.
Fabrissa skinęła głową.
– Te drzwi prowadzą do tunelu, który biegnie pod Ostal.
Z siłą, o której posiadanie nawet się nie podejrzewałem, przeciągnąłem skrzynię na bok i zrzuciłem krzesła z taką łatwością, jakby zrobiono je z tektury.
Czy byłem przerażony? Powinienem być, to jasne, ale nie sądzę, żebym wówczas odczuwał strach. Dotąd pozostało mi jedynie wspomnienie determinacji, z jaką dążyłem do jasno wyznaczonego celu – żeby zabrać Fabrissę w bezpieczne miejsce. Odczepiłem haczyk i parłem na drzwi obiema dłońmi, aż powstała szpara wystarczająco szeroka, żebyśmy mogli się tamtędy przecisnąć. Wystarczyło dać nura pod niską poprzeczną belką i po chwili obydwoje zsunęliśmy się w mrok.
Stopnie były dość płytkie i wyraźnie zniszczone pośrodku, więc mocniej niż dotąd trzymałem dłoń Fabrissy, żebyśmy się nie poślizgnęli. Ze znajdującej się nad naszymi głowami sali dobiegały wrzaski kobiet, wykrzykiwane męskimi głosami polecenia i płacz dzieci. Potem rozległ się trzask rozłupywanego drewna i szczęk metalu, który uderzał o metal. Chwilę później drzwi zamknęły się z trzaskiem i zanurzyliśmy się w całkowitej ciszy.
Pędziłem naprzód, lecz wkrótce musiałem zwolnić, bo przecież nie znałem na pamięć wymiarów tego tunelu. Tutaj powietrze było przynajmniej suche, bez śladu wilgoci, a jego zapach przypominał mi katedrę i katakumby – wszystkie te ukryte miejsca, które pozostawały w zapomnieniu przez długie, nudne lata. Jakaś pajęcza sieć zawisła na mojej twarzy, oblepiając usta i oczy. Splunięciem odrzuciłem precz filigranowe nici, choć nieprzyjemne wrażenie pozostało.
– Czy chcesz, żebym szła przed tobą? – W ciemności jej głos brzmiał niezwykle miękko. – Chodziłam tędy już wcześniej.
Uścisnąłem jej dłoń, żeby zaznaczyć, że dobrze mi tak, jak jest, i zaraz poczułem, jak odwzajemnia mój uścisk. Uśmiechnąłem się.
– Dokąd prowadzi ten tunel?
– Na zbocze pagórka na zachód od wsi. To całkiem niedaleko.