Strona główna / Biografie, wspomnienia / Ł jak Łepkowska

Zaproszenia

07.02.2012

Każda mama jest superbohaterką!

Podziel się z nami historią o niezwykłym bohaterstwie Twoich bliskich i wygraj rodzinny wyjazd do Pensjonatu „Karkonoski” w Karpaczu oraz bestsellerową powieść „Ocal mnie”.

Wydarzenia

09.02.2012

Wyniki konkursu SMS - wygraj romantyczną kolację dla dwojga!

"Spakowałam do walizki urlopowe słowa  i na Wakacje w Italii już jestem gotowa!"  - oto zwycięskie hasło.

Wywiady

26.01.2012

W każdym z nas jest tęsknota za nowym początkiem

Rozmowa z Renatą L. Górską, autorką powieści "Błędne siostry"

Posłuchaj i zobacz

01.02.2012

Nowa powieść Małgorzaty Wardy

Zapraszamy do obejrzenia zwiastuna powieści "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele".

Bestsellery

TOP 20 - STYCZEŃ 2012

  1. Każdy szczyt ma swój Czubaszek Artur Andrus, Maria Czubaszek
  2. Tam gdzie ty Jodi Picoult
  3. Dallas '63 Stephen King

Fotogaleria

więcej »

Ł jak Łepkowska

Andrzej Opala, Ilona Łepkowska

Analfabeci, czyli o co komu chodzi w polskim show-biznesie

Jest rok 2004. Pani komedia romantyczna „Nigdy w życiu!” dostaje nominację do polskiej nagrody filmowej Orzeł za... najlepszy dźwięk. Czy to zemsta krytyków? A może pomylili się kinomani, którzy na ten film zagłosowali nogami?
Uznano widocznie, że to jedyna w tym filmie rzecz godna uwagi i warta nominacji... Okej, to jest prawo kolegów z Akademii. Sama jestem jej członkiem i co roku też te nominacje przyznaję. Być może się czasem mylę. Ja nie mam o to pretensji. Bardziej mam pretensje o takie sprawy, jak te związane z festiwalem w Gdyni w 2008 roku, o których mówiliśmy. Jeszcze na moment wrócę do tego tematu, bo ludzie, którzy zakwalifikowali do konkursu „Lejdis” i „Ranczo Wilkowyje”, a odrzucili „Nie kłam, kochanie”, podali uzasadnienie wyboru. Otóż stwierdzili, że zakwalifikowali te dwa filmy, owszem, komercyjne w formie, ale mówiące prawdę o przemianach zachodzących w Polsce, oddające nowe zjawiska, które się w naszym kraju pojawiły. To ja wtedy pytam, czy komedia „Nie kłam, kochanie” też w jakimś sensie nie pokazuje ludzi w nowej polskiej rzeczywistości? Wokół nas jest mnóstwo takich facetów, którzy szybko przyzwyczaili się do wysokiego standardu życia, a potem nie potrafią sobie poradzić, gdy to się kończy, gdy ich świat się wali, bo tracą pracę i lądują na bruku...
Natomiast Orły to jest nagroda środowiska i przed werdyktem kolegów ja mogę tylko kiwnąć głową i stwierdzić, że jeśli tak, to znaczy, że film nie jest wiele wart... Widzę jednak, że zachowana została przy tych nagrodach tendencja odwracania się od publiczności. Ja nie mówię, że fakt sukcesu kasowego usprawiedliwia wszystko. I że gdy pojawi się źle nakręcony film o haniebnym przekazie moralnym, ale będzie miał dużą publiczność, to należy paść przed nim na kolana i dać mu nagrodę. Absolutnie nie! Ale jeśli filmy są nieźle zrobione, jak „Nigdy w życiu!” i „Nie kłam, kochanie”, mają dobre aktorstwo, niezłą muzykę, to należy je potraktować jak inne. One są tylko przedstawicielami odmiennej kategorii, innego gatunku. To komedie romantyczne, od lat znane i powszechnie oglądane na całym świecie. I można je robić gorzej albo lepiej. Ale nie można ich z zasady dyskwalifikować. A już na pewno nie powinno się pomijać dobrych kreacji aktorskich tylko dlatego, że pojawiły się w filmie komercyjnym z założenia.

Może zacząć – wzorem Amerykanów – przyznawać z pompą nagrody typu box office, czyli za największą frekwencję?

Ależ my już mamy taką nagrodę, tylko chyba mało kto – poza zainteresowanymi – o niej wie! Istnieje Stowarzyszenie „Kina Polskie”, zrzeszające właścicieli kin, które przyznaje – podobnie jak za płyty – Srebrne, Złote i Platynowe Bilety za liczbę widzów, którzy kupili bilet na film. Ja – jako współproducentka – jestem posiadaczką już dwóch Platynowych Biletów, za „Nigdy w życiu!” i „Nie kłam, kochanie”.

Jest także nagroda Bursztynowe Lwy, po raz pierwszy wręczona w roku 2006 na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.
Otrzymują ją twórcy filmu – reżyser, producent i dystrybutor – o największej w kraju frekwencji. Pierwsze przyznano za „Tylko mnie kochaj”, ale już dwa lata później nagrodę odebrał Andrzej Wajda za „Katyń”. Ja mam bardzo, bardzo krytyczne zdanie o komedii „Dlaczego nie”, chociaż zrobili ją moi bliscy znajomi i współpracownicy, ale jednak jest to film, który miał milion trzysta tysięcy widzów. I dostał tę nagrodę w roku 2007. Proszę jednak zauważyć, jak zachowują się czasem koledzy. Gdy na scenę w Gdyni wszedł Tadeusz Lampka, by jako producent „Dlaczego nie” odebrać Bursztynowe Lwy, na sali rozległy się gwizdy i buczenie.
Dlatego mówię głośno: jeśli ktoś zrobił film dla ponad miliona widzów i nie wziął ani grosza z państwowych pieniędzy, nikomu nie ukradł ani złotówki, nie zmuszał widzów do pójścia do kina, i nie jest to film niemoralny ani wypaczający gust widowni, film szkodzący psychice widzów, to, przepraszam bardzo – odczepcie się! Nie idźcie do kina, jeśli nie chcecie, ale nie gwiżdżcie! Bo to jest w końcu efekt czyjejś ciężkiej pracy... Trzeba było zrobić coś lepszego, co zgromadziłoby większą publiczność, droga wolna.
Znam również argumenty drugiej strony. Że takie filmy psują gust widzów, bo się kinomanów przyzwyczaja do łatwego kina... Moim zdaniem widzowie nie są idiotami. Oczywiście, na film trudny i jak to się ładnie mówi: ambitny, nie pójdzie pewnie półtora miliona widzów, jeśli nie będzie to ekranizacja szkolnej lektury, ale pięćset tysięcy już może pójść. Myślę o takich obrazach, jak „Plac Zbawiciela” czy „Edi”, bo one miały taką widownię. O tym, czy ja psuję gust kinomanów, mogą ze mną rozmawiać państwo Krauze, autorzy pierwszego wspomnianego filmu, bądź Piotr Trzaskalski, reżyser drugiego. A nie osoby, które robią filmy dla czterdziestu tysięcy widzów. Naprawdę trzeba mieć jakiś tytuł do tego, żeby szydzić z czyjegoś sukcesu frekwencyjnego.

Czy polscy krytycy zawsze tacy byli?
Prawdę mówiąc, nie pamiętam, w jaki sposób oceniany był „Och, Karol”. Podejrzewam, że równie źle. Jeśli jednak co roku ten film jest powtarzany w telewizji i zawsze ma widownię rzędu trzech, a czasem czterech milionów, to ja powiem tylko: dziękuję. Jeśli ludzie ten film znają, cytują z pamięci całe dialogi, wiedzą, jak się kończy, a mimo wszystko decydują się go oglądać, mając do dyspozycji czterdzieści innych kanałów i półkę z filmami na DVD w domu, to o czymś to chyba świadczy. Być może krytycy pisali o tej komedii źle, natomiast ja uważam, że ten film miał naprawdę fajny pomysł. Zrobiony dzisiaj w Hollywood w gwiazdorskiej obsadzie, gdzie Karola zagrałby jakiś młody George Clooney, albo ktoś tego typu, otoczony ślicznymi aktorkami, byłby przebojem na całym świecie. Ponieważ jest to dobrze pomyślana, dobrze skonstruowana historia, w dodatku całkiem zabawna. Nie mam się czego wstydzić, naprawdę. Uważam też, że w ogóle nie mam na swoim koncie niczego, czego musiałabym się wstydzić. Żadnej totalnej kichy, może poza serialem „Aby do świtu”.
Naprawdę, gdy spoglądam rano w lustro „przy goleniu”, że się tak wyrażę, to spokojnie patrzę sobie w oczy, bo nigdzie i nigdy nie dałam ciała. Nie mam takiego poczucia. Natomiast wiem oczywiście, że nie jestem ulubienicą i pieszczoszkiem krytyki, ale też nie spodziewam się nią być. Nigdy. Nigdy w życiu (śmiech).

Jak Pani sądzi, co takiego jest w krytykach filmowych, którzy widzą przecież to samo co kinomani, ale odbierają film zupełnie inaczej?

Przede wszystkim myślę, że ten zawód wybierają ludzie, którzy lubią krytykować. I wydaje im się, że to cokolwiek zmienia. Uważają chyba, że mają w sobie jakąś moc. Szczerze powiedziawszy, usłyszałam już z wielu ust takie opinie, że jeśli w „Gazecie Wyborczej” w dodatku „Co jest grane?” pan Szczerba da filmowi jedną gwiazdkę, czyli uzna go za bardzo słaby, to bankowo trzeba na ten film iść, bo będzie świetna zabawa. Przynajmniej w Warszawie jest już taki trend. Dlatego właśnie myślę, że im – krytykom – coś się wydaje, gdy przydzielają te gwiazdki i ktoś bardzo nad tym deliberuje, myśląc, że w jakiś sposób ta przytłaczająca, negatywna recenzja coś zmieni w historii światowego kina.
Otóż moim zdaniem zmieni niewiele, ponieważ krytycy w większości wypadków są bardzo, bardzo, bardzo niefachowi. Nie znają się na przykład na technicznej stronie filmu, robią błędy po prostu amatorskie, dotyczące choćby oceny warstwy wizualnej lub dźwiękowej. Nie widzą profesjonalizmu. Myślę, że Julek Machulski w swojej komedii „Superprodukcja” pokazał właśnie, między innymi, to rozgoryczenie twórców kina komercyjnego, ale przyzwoitego kina komercyjnego.
Krytykiem bardzo często zostaje człowiek, który jest niespełnionym autorem, scenarzystą, twórcą filmowym. Są również – i to mnie bardzo bawi – osoby, które łączą te funkcje. To tacy ludzie, którzy sami piszą scenariusze, występują jako script doctors, piszą dialogi, a później jednocześnie piszą recenzje i nadają te gwiazdki...

Usłyszymy choć jedno nazwisko?
Proszę bardzo. Paweł Mossakowski jest jednym z nich. Pisał i chyba pisze nadal recenzje w „Gazecie Wyborczej”, a jednocześnie był na etacie w Canal+ i kwalifikował projekty do koprodukcji. Ostatnio zaś przyłożył rękę do naprawiania scenariusza komercyjnego filmu „Miłość na wybiegu”. Myślę, że gdyby miał dawać gwiazdki temu filmowi, to musiałby – znając trend „Gazety Wyborczej” w ocenianiu takich filmów – dać naprawdę niewiele. Wydaje mi się, że nie można być sędzią we własnej sprawie i albo się jest krytykiem, albo twórcą. A jak widać, niektórzy mają ochotę być jednym i drugim.
Mówiąc szczerze, mnie taka nieprofesjonalna krytyka średnio boli. No, chyba że ktoś naprawdę zauważy jakiś poważny błąd konstrukcyjny czy warsztatowy. Wtedy się zawstydzę. Z dużo większym zainteresowaniem oglądam w poniedziałek po premierowym weekendzie swojego filmu wyniki box office. To jest dla mnie ważniejsze niż recenzje. Interesuje mnie, czy widzom się podobało. Nie spodziewam się bowiem, by to kiedykolwiek się zmieniło, i wiem, że wybrałam sobie poletko, na którym nie rosną róże zachwycające krytyków.

Ale mówi to Pani dzisiaj, gdy jest już uznaną scenarzystką i producentką.

Powtarzam – wtedy gdy zaczynałam filmem „Och Karol”, też widziałam tylko stumetrowe kolejki przed kinami. I to pamiętam, i to było i jest dla mnie najważniejsze – widzowie, którzy głosują nogami na moje filmy. Nie pamiętam ani jednej recenzji, ale ten widok spod kina Luna zostanie pod moimi powiekami na zawsze. Zapamiętuję komentarze internautów, gdy po raz kolejny pojawia się w telewizji „Kogel­-mogel” i gdy ludzie przerzucają się cytatami na forum. Szczerze powiem, że wolę właśnie to pamiętać.
Ostatnio na przykład przeczytałam felieton w którymś dodatku telewizyjnym, gdzie jakiś człowiek labiedził potwornie, że polskie seriale są takie beznadziejne i że co roku puszczają „Stawkę większą niż życie” czy „Czterech pancernych i psa”, bo to przynajmniej były przyzwoite seriale. Niezależnie od ich politycznej proweniencji, to rzeczywiście były bardzo dobrze zrealizowane seriale. To prawda. Natomiast jeśli stawiać w opozycji do przygód Klossa perypetie rodziny Mostowiaków, to chyba coś jest nie w porządku, bo to zupełnie inny typ serialu.
Poza tym my jesteśmy niezbyt dużym krajem, który ma telewizję publiczną i tak produkującą bardzo dużo, ale musi ona produkować głównie rzeczy tańsze, albowiem droższe się z naszego rynku nie zwrócą. Taka jest bolesna prawda. Jeśli się jest człowiekiem piszącym o tym, należy znać tego przyczyny. Nie trzeba, oczywiście, wszystkiego usprawiedliwiać i uważać, że nie powinno się włączać jakichś mechanizmów wspierających ambitniejsze produkcje. Oczywiście, że trzeba. Ale należy też wiedzieć, skąd się wzięła taka sytuacja, że bardziej się będzie telewizji opłacało puścić – najchętniej codziennie – „M jak miłość” niż coś ambitniejszego. Taka jest rzeczywistość ekonomiczna. Zanim zacznie się wylewać z siebie jad na telenowele, trzeba wiedzieć, skąd się to bierze. Uważam, że obok rzeczy ambitnych potrzebna jest widzom rozrywka i kino komercyjne. Bo też spełniają swoją rolę. A my robimy właśnie to i staramy się robić to jak najlepiej.
(…)