|
Jodi Picoult |
PROLOG: 1996
June
Swego czasu wierzyłam, że zawsze dostajemy od losu drugą szansę. Bo jak inaczej mogłabym wytłumaczyć fakt, że lata temu, tuż po wypadku – kiedy opadł dym, a samochód przestał koziołkować i wylądował w rowie – wciąż żyłam i słyszałam wyraźnie płacz Elizabeth, mojej małej córeczki? Policjant, który wyciągnął mnie z wraku, pojechał z nami do szpitala, gdzie złożono mi złamaną nogę, i przez całą drogę trzymał na kolanach Elizabeth, cudownie nawet niedraśniętą. To on ściskał mnie za rękę, kiedy musiałam zidentyfikować zwłoki Jacka. Potem przyszedł na pogrzeb. A także zjawił się w progu mojego domu, żeby osobiście poinformować o aresztowaniu kierowcy, który po pijanemu zepchnął nas z drogi.
Ten policjant nazywał się Kurt Nealon. Po procesie i skazaniu sprawcy wypadku zaczął wpadać od czasu do czasu, żeby sprawdzić, jak ja i córeczka dajemy sobie radę. Przyniósł Elizabeth zabawki na urodziny, a potem na Boże Narodzenie. Przepchał zatkane rury w łazience. Zajrzał po służbie, żeby skosić sawannę, w jaką zamienił się nasz trawnik.
Wyszłam za Jacka, ponieważ wierzyłam, że jest miłością mojego życia i już na zawsze zostaniemy razem. Ale to było, zanim moja koncepcja „na zawsze” została brutalnie przedefiniowana przez faceta, który miał ponad dwa promile alkoholu we krwi.
Kurt zdawał się rozumieć, że już nikogo nie można pokochać tak gorąco, jak człowieka, który był pierwszą wielką miłością. I to mnie przyjemnie zaskoczyło. Jednak przeżyłam jeszcze większe zaskoczenie, kiedy odkryłam, że mimo wszystko jest to możliwe.
Pięć lat później zaszłam w ciążę i wówczas ogarnął mnie niespodziewany smutek – taki sam jak wtedy, kiedy się stoi pod czystym, błękitnym niebem w cudowny letni dzień i nagle zdaje sobie sprawę, że najprawdopodobniej już nigdy więcej się nie przeżyje równie magicznej chwili. Gdy zginął Jack, Elizabeth miała zaledwie dwa lata; Kurt był jedynym ojcem, jakiego znała. I łączył ich tak szczególny związek, że niekiedy się czułam przy nich intruzem. Jeżeli Elizabeth była księżniczką, to Kurt – jej rycerzem w złocistej zbroi.
Perspektywa przyjścia na świat małej siostrzyczki (o dziwo żadne z nas nie miało wątpliwości, że to będzie dziewczynka) wprowadziła Elizabeth i Kurta w stan gorączkowej mobilizacji. Elizabeth prezentowała na wymyślnych rysunkach, jak powinien wyglądać pokój dla dziecka, Kurt zaś wynajął fachowca, żeby przeprowadził rozbudowę domu. Pech chciał, że w połowie prac nasz majster musiał w trybie awaryjnym przenieść się na Florydę, ponieważ jego matka dostała udaru; na domiar złego żadna z lokalnych ekip budowlanych nie była w stanie wcisnąć nas w swój grafik przed terminem mojego porodu. Tymczasem w ścianie domu ziała wielka dziura, deszcz zalewał poddasze z powodu częściowo rozmontowanego dachu, podeszwy butów zaczęły nam porastać pleśnią.
Pewnego dnia – byłam wówczas w siódmym miesiącu ciąży – weszłam do salonu i zobaczyłam Elizabeth bawiącą się w stercie liści, które pomimo zasłony z grubego plastiku nawiał do środka wiatr. Gdy rozważałam, czy wybuchnąć płaczem, czy się zabrać do grabienia dywanu, rozległ się dzwonek do drzwi.
Mężczyzna trzymał pod pachą zawinięte w płótno narzędzia, z którymi – co wkrótce odkryłam – nigdy się nie rozstawał. Zmierzwione włosy sięgały mu ramion. Ubranie miał nieświeże, pachnące śniegiem – chociaż dopiero zaczęła się jesień.
Tak oto trafił do nas Shay Bourne – przybył równie nieoczekiwanie jak ulotka promująca letni festyn, która wpada do holu w środku zimy wraz z powiewem mroźnego wiatru, a człowiek nie ma pojęcia, gdzie się podziewała przez długie miesiące.
Wysławiał się z trudem: mówił urywkami zdań, mozolnie rozsupływał splątane słowa.
– Chciałbym… – zaczął. – Czy pani… czy jest coś… bo… – Wysiłek zrosił mu czoło potem. – Czy mogę coś dla pani zrobić? – wydukał w chwili, gdy podbiegła Elizabeth.
Tak, możesz się natychmiast wynieść, pomyślałam, przymykając drzwi w instynktownym odruchu obrony córki przed intruzem.
Tymczasem Elizabeth wsunęła rączkę w moją dłoń i podniosła wzrok na mężczyznę.
– Tutaj jest mnóstwo do roboty – oznajmiła.
Bourne opadł przed nią na kolana. Słowa, które wcześniej zdawały się w jego ustach pełne splątanych węzłów, popłynęły niespodziewanie gładko.
– Mogę temu zaradzić – odpowiedział.
Kurt do znudzenia powtarzał, że ludzie nie są tacy, za jakich ich bierzemy, że każdego trzeba starannie prześwietlić, zanim się w jakikolwiek sposób z tym kimś zwiąże. Ja natomiast nieodmiennie powtarzałam Kurtowi, że jest zbyt podejrzliwy, skażony mentalnością gliniarza. Ostatecznie wpuściłam go do swojego życia tylko dlatego, że miał serdeczne spojrzenie oraz dobre serce. I nawet on nie mógł kwestionować rezultatów tego posunięcia, prawda?
– Jak się pan nazywa? – spytałam.
– Shay. Shay Bourne.
– A więc proszę się brać do pracy, panie Bourne – odparłam.
I to był początek końca.
SIEDEM MIESIĘCY PÓŹNIEJ
Michael
Shay Bourne wyglądał zupełnie inaczej, niż się spodziewałem.
Sądziłem, że zobaczę brutalnego osiłka, o wielkich łapach, byczym karku i małych, szparkowatych oczach. Ostatecznie to była zbrodnia stulecia: podwójne morderstwo, które wstrząsnęło wszystkimi mieszkańcami stanu – od Nashua po Dixville Notch; morderstwo wyjątkowo porażające, zważywszy na ofiary: małą dziewczynkę i oficera policji, jej ojczyma. Taka zbrodnia każe nam wątpić, czy jesteśmy bezpieczni we własnym domu, czy ludzie, których znamy, niespodziewanie nie zwrócą się brutalnie przeciwko nam, i może właśnie dlatego prokuratura stanu New Hampshire wystąpiła o karę śmierci – po raz pierwszy od pięćdziesięciu ośmiu lat.
Z powodu szaleństwa medialnego zaczęto snuć przypuszczenia, że nie znajdzie się dwunastu przysięgłych, którzy już zaocznie nie osądzili tej sprawy, jednak wymiarowi sprawiedliwości udało się nas zlokalizować. Mnie wyłuskano z zakątka biblioteki Uniwersytetu Stanu New Hampshire, gdzie pilnie pisałem pracę licencjacką z matematyki. Od miesiąca nie miałem porządnego posiłku w ustach, nie oglądałem na oczy żadnej gazety, a więc byłem idealnym kandydatem na przysięgłego w procesie Shaya Bourne’a zagrożonego karą śmierci.
Kiedy pierwszego dnia wprowadzono nas na rozprawę z małego pomieszczenia dla przysięgłych – pomieszczenia, w którym po pewnym czasie zacząłem się czuć równie swojsko jak w swoim pokoju w akademiku – pomyślałem, że zostaliśmy skierowani do niewłaściwej sali. Siedzący tam oskarżony był drobny, wręcz delikatnie zbudowany – typ faceta, który w szkole musiał stanowić wdzięczną pointę rozlicznych dowcipów. Miał na sobie tweedową marynarkę, pod którą niemal ginął, a węzeł krawata odchylał mu się prostopadle do kołnierzyka, niczym odpychany magnetyczną siłą. Jego skute dłonie kuliły się jak małe zwierzątka. Przez cały czas wbijał wzrok we własne kolana i nie podniósł oczu nawet wtedy, gdy jego nazwisko, wypowiedziane przez sędziego, poniosło się po widowni z sykiem pary uwolnionej z przegrzanej chłodnicy.
Gdy sędzia wraz z prawnikami omawiał reguły obowiązujące na jego sali, nad stołem obrony zabrzęczała mucha. Zwróciłem uwagę na ten drobny szczegół z dwóch zasadniczych powodów: po pierwsze, muchy w marcu są raczej niezwykłym zjawiskiem w New Hampshire; po drugie, intrygowało mnie, jak można odgonić owada, gdy ma się ręce skute kajdankami umocowanymi do grubego skórzanego pasa.
Shay Bourne wpatrzył się w muchę, która usiadła na leżącym przed nim prawniczym bloku, a potem ze szczękiem metalu uniósł dłonie i gwałtownie opuścił na stół, miażdżąc insekta.
A w każdym razie tak mi się zdawało do chwili, gdy odwrócił ręce i po kolei rozwarł palce, spomiędzy których wyfrunęła mucha, żeby uprzykrzać życie komuś innemu na sali.
W tym samym momencie zerknął na mnie spod oka i wówczas uświadomiłem sobie dwie rzeczy:
Był przerażony.
Miał mniej więcej tyle samo lat co ja.
Ten podwójny morderca, ten POTWÓR, był łudząco podobny do kapitana drużyny piłki wodnej, który w zeszłym semestrze siedział obok mnie na seminarium z ekonomii. Przypominał dostawcę z mojej ulubionej pizzerii, wypiekającej wyjątkowo cienkie placki. Miał w sobie nawet coś z chłopaka, którego zobaczyłem w drodze do sądu: brnął przez śnieg, więc się zatrzymałem, opuściłem szybę i zapytałem, czy gdzieś go nie podrzucić. Innymi słowy, Bourne zupełnie nie wyglądał jak morderca z moich wyobrażeń. Był taki sam jak inne dwudziestolatki. Taki sam jak ja.
Tyle że on siedział kilka metrów ode mnie ze skutymi rękami i nogami. A ja miałem zdecydować, czy zasługiwał na dalsze życie.
June
Swego czasu wierzyłam, że zawsze dostajemy od losu drugą szansę. Bo jak inaczej mogłabym wytłumaczyć fakt, że lata temu, tuż po wypadku – kiedy opadł dym, a samochód przestał koziołkować i wylądował w rowie – wciąż żyłam i słyszałam wyraźnie płacz Elizabeth, mojej małej córeczki? Policjant, który wyciągnął mnie z wraku, pojechał z nami do szpitala, gdzie złożono mi złamaną nogę, i przez całą drogę trzymał na kolanach Elizabeth, cudownie nawet niedraśniętą. To on ściskał mnie za rękę, kiedy musiałam zidentyfikować zwłoki Jacka. Potem przyszedł na pogrzeb. A także zjawił się w progu mojego domu, żeby osobiście poinformować o aresztowaniu kierowcy, który po pijanemu zepchnął nas z drogi.
Ten policjant nazywał się Kurt Nealon. Po procesie i skazaniu sprawcy wypadku zaczął wpadać od czasu do czasu, żeby sprawdzić, jak ja i córeczka dajemy sobie radę. Przyniósł Elizabeth zabawki na urodziny, a potem na Boże Narodzenie. Przepchał zatkane rury w łazience. Zajrzał po służbie, żeby skosić sawannę, w jaką zamienił się nasz trawnik.
Wyszłam za Jacka, ponieważ wierzyłam, że jest miłością mojego życia i już na zawsze zostaniemy razem. Ale to było, zanim moja koncepcja „na zawsze” została brutalnie przedefiniowana przez faceta, który miał ponad dwa promile alkoholu we krwi.
Kurt zdawał się rozumieć, że już nikogo nie można pokochać tak gorąco, jak człowieka, który był pierwszą wielką miłością. I to mnie przyjemnie zaskoczyło. Jednak przeżyłam jeszcze większe zaskoczenie, kiedy odkryłam, że mimo wszystko jest to możliwe.
Pięć lat później zaszłam w ciążę i wówczas ogarnął mnie niespodziewany smutek – taki sam jak wtedy, kiedy się stoi pod czystym, błękitnym niebem w cudowny letni dzień i nagle zdaje sobie sprawę, że najprawdopodobniej już nigdy więcej się nie przeżyje równie magicznej chwili. Gdy zginął Jack, Elizabeth miała zaledwie dwa lata; Kurt był jedynym ojcem, jakiego znała. I łączył ich tak szczególny związek, że niekiedy się czułam przy nich intruzem. Jeżeli Elizabeth była księżniczką, to Kurt – jej rycerzem w złocistej zbroi.
Perspektywa przyjścia na świat małej siostrzyczki (o dziwo żadne z nas nie miało wątpliwości, że to będzie dziewczynka) wprowadziła Elizabeth i Kurta w stan gorączkowej mobilizacji. Elizabeth prezentowała na wymyślnych rysunkach, jak powinien wyglądać pokój dla dziecka, Kurt zaś wynajął fachowca, żeby przeprowadził rozbudowę domu. Pech chciał, że w połowie prac nasz majster musiał w trybie awaryjnym przenieść się na Florydę, ponieważ jego matka dostała udaru; na domiar złego żadna z lokalnych ekip budowlanych nie była w stanie wcisnąć nas w swój grafik przed terminem mojego porodu. Tymczasem w ścianie domu ziała wielka dziura, deszcz zalewał poddasze z powodu częściowo rozmontowanego dachu, podeszwy butów zaczęły nam porastać pleśnią.
Pewnego dnia – byłam wówczas w siódmym miesiącu ciąży – weszłam do salonu i zobaczyłam Elizabeth bawiącą się w stercie liści, które pomimo zasłony z grubego plastiku nawiał do środka wiatr. Gdy rozważałam, czy wybuchnąć płaczem, czy się zabrać do grabienia dywanu, rozległ się dzwonek do drzwi.
Mężczyzna trzymał pod pachą zawinięte w płótno narzędzia, z którymi – co wkrótce odkryłam – nigdy się nie rozstawał. Zmierzwione włosy sięgały mu ramion. Ubranie miał nieświeże, pachnące śniegiem – chociaż dopiero zaczęła się jesień.
Tak oto trafił do nas Shay Bourne – przybył równie nieoczekiwanie jak ulotka promująca letni festyn, która wpada do holu w środku zimy wraz z powiewem mroźnego wiatru, a człowiek nie ma pojęcia, gdzie się podziewała przez długie miesiące.
Wysławiał się z trudem: mówił urywkami zdań, mozolnie rozsupływał splątane słowa.
– Chciałbym… – zaczął. – Czy pani… czy jest coś… bo… – Wysiłek zrosił mu czoło potem. – Czy mogę coś dla pani zrobić? – wydukał w chwili, gdy podbiegła Elizabeth.
Tak, możesz się natychmiast wynieść, pomyślałam, przymykając drzwi w instynktownym odruchu obrony córki przed intruzem.
Tymczasem Elizabeth wsunęła rączkę w moją dłoń i podniosła wzrok na mężczyznę.
– Tutaj jest mnóstwo do roboty – oznajmiła.
Bourne opadł przed nią na kolana. Słowa, które wcześniej zdawały się w jego ustach pełne splątanych węzłów, popłynęły niespodziewanie gładko.
– Mogę temu zaradzić – odpowiedział.
Kurt do znudzenia powtarzał, że ludzie nie są tacy, za jakich ich bierzemy, że każdego trzeba starannie prześwietlić, zanim się w jakikolwiek sposób z tym kimś zwiąże. Ja natomiast nieodmiennie powtarzałam Kurtowi, że jest zbyt podejrzliwy, skażony mentalnością gliniarza. Ostatecznie wpuściłam go do swojego życia tylko dlatego, że miał serdeczne spojrzenie oraz dobre serce. I nawet on nie mógł kwestionować rezultatów tego posunięcia, prawda?
– Jak się pan nazywa? – spytałam.
– Shay. Shay Bourne.
– A więc proszę się brać do pracy, panie Bourne – odparłam.
I to był początek końca.
SIEDEM MIESIĘCY PÓŹNIEJ
Michael
Shay Bourne wyglądał zupełnie inaczej, niż się spodziewałem.
Sądziłem, że zobaczę brutalnego osiłka, o wielkich łapach, byczym karku i małych, szparkowatych oczach. Ostatecznie to była zbrodnia stulecia: podwójne morderstwo, które wstrząsnęło wszystkimi mieszkańcami stanu – od Nashua po Dixville Notch; morderstwo wyjątkowo porażające, zważywszy na ofiary: małą dziewczynkę i oficera policji, jej ojczyma. Taka zbrodnia każe nam wątpić, czy jesteśmy bezpieczni we własnym domu, czy ludzie, których znamy, niespodziewanie nie zwrócą się brutalnie przeciwko nam, i może właśnie dlatego prokuratura stanu New Hampshire wystąpiła o karę śmierci – po raz pierwszy od pięćdziesięciu ośmiu lat.
Z powodu szaleństwa medialnego zaczęto snuć przypuszczenia, że nie znajdzie się dwunastu przysięgłych, którzy już zaocznie nie osądzili tej sprawy, jednak wymiarowi sprawiedliwości udało się nas zlokalizować. Mnie wyłuskano z zakątka biblioteki Uniwersytetu Stanu New Hampshire, gdzie pilnie pisałem pracę licencjacką z matematyki. Od miesiąca nie miałem porządnego posiłku w ustach, nie oglądałem na oczy żadnej gazety, a więc byłem idealnym kandydatem na przysięgłego w procesie Shaya Bourne’a zagrożonego karą śmierci.
Kiedy pierwszego dnia wprowadzono nas na rozprawę z małego pomieszczenia dla przysięgłych – pomieszczenia, w którym po pewnym czasie zacząłem się czuć równie swojsko jak w swoim pokoju w akademiku – pomyślałem, że zostaliśmy skierowani do niewłaściwej sali. Siedzący tam oskarżony był drobny, wręcz delikatnie zbudowany – typ faceta, który w szkole musiał stanowić wdzięczną pointę rozlicznych dowcipów. Miał na sobie tweedową marynarkę, pod którą niemal ginął, a węzeł krawata odchylał mu się prostopadle do kołnierzyka, niczym odpychany magnetyczną siłą. Jego skute dłonie kuliły się jak małe zwierzątka. Przez cały czas wbijał wzrok we własne kolana i nie podniósł oczu nawet wtedy, gdy jego nazwisko, wypowiedziane przez sędziego, poniosło się po widowni z sykiem pary uwolnionej z przegrzanej chłodnicy.
Gdy sędzia wraz z prawnikami omawiał reguły obowiązujące na jego sali, nad stołem obrony zabrzęczała mucha. Zwróciłem uwagę na ten drobny szczegół z dwóch zasadniczych powodów: po pierwsze, muchy w marcu są raczej niezwykłym zjawiskiem w New Hampshire; po drugie, intrygowało mnie, jak można odgonić owada, gdy ma się ręce skute kajdankami umocowanymi do grubego skórzanego pasa.
Shay Bourne wpatrzył się w muchę, która usiadła na leżącym przed nim prawniczym bloku, a potem ze szczękiem metalu uniósł dłonie i gwałtownie opuścił na stół, miażdżąc insekta.
A w każdym razie tak mi się zdawało do chwili, gdy odwrócił ręce i po kolei rozwarł palce, spomiędzy których wyfrunęła mucha, żeby uprzykrzać życie komuś innemu na sali.
W tym samym momencie zerknął na mnie spod oka i wówczas uświadomiłem sobie dwie rzeczy:
Był przerażony.
Miał mniej więcej tyle samo lat co ja.
Ten podwójny morderca, ten POTWÓR, był łudząco podobny do kapitana drużyny piłki wodnej, który w zeszłym semestrze siedział obok mnie na seminarium z ekonomii. Przypominał dostawcę z mojej ulubionej pizzerii, wypiekającej wyjątkowo cienkie placki. Miał w sobie nawet coś z chłopaka, którego zobaczyłem w drodze do sądu: brnął przez śnieg, więc się zatrzymałem, opuściłem szybę i zapytałem, czy gdzieś go nie podrzucić. Innymi słowy, Bourne zupełnie nie wyglądał jak morderca z moich wyobrażeń. Był taki sam jak inne dwudziestolatki. Taki sam jak ja.
Tyle że on siedział kilka metrów ode mnie ze skutymi rękami i nogami. A ja miałem zdecydować, czy zasługiwał na dalsze życie.









1
2
3
4